Robi się ciężko. Powrót tego kolegi do pracy mnie rozbił. Mam ochotę go ochronić, a nic nie mogę zrobić, bo oficjalnie nic nie wiem.
Irytacja w związku z życiem wzrasta. Frustracja co do mojej osoby znowu się obudziła. Apetyt maleje (to akurat dobrze). Melancholia i zmęczenie się rozgościly. W pracy nie potrafię się skupić, a to sprawia, że się stresuję.
Koleżanka ma romans co przypomina mi dni z Uwodzicielem. Smuci mnie to, że nie mogę z nim nawet porozmawiać.
Do pracy wrócił facet, którego "wysłałam" do szpitala psychiatrycznego. Facet bardzo mądry, ale mający problemy z umiejętnościami interpersonalnymi. W styczniu postanowiłam mu z tym pomóc i gadaliśmy 4 godziny przez telefon, on bardzo się nakręcił. To był piątek, w weekend dostał jakiegoś ataku psychozy i od tego czasu był na L4. Wiem, że był w szpitalu psychiatrycznym. Teraz wrócił i dowiedziałam się z wiarygodnego źródła, że ma ciężką depresje, bierze leki. A mnie do niego ciągnie, chciałabym z nim złapać kontakt, pomoc, powiedzieć, że mam ChAD, podzielić się swoimi przeżyciami... jego powrót wprowadził mnie w melancholijny nastrój. Mam wrażenie jakby depresja u innych ludzi mnie przyciągała. Odnoszę wrażenie, że jest we mnie nadzieja, że taki człowiek zrozumie co czuję. A tak naprawdę to człowiek w depresji jest przede wszystkim egoistyczne nastawiony, skupia się na sobie, nie dostanę od niego wsparcia, które sama jestem w stanie zaoferować. W sobotę mam terapię, może o tym porozmawiam.
Od prawie dwóch miesięcy pracuję zdalnie. Trzy czwarte tego czasu spędziłam u rodziców, bo u mnie w mieszkaniu skiepścił się internet i nie byłam w stanie wykonywać obowiązków. I popełniłam ogromny błąd - przeniosłam się do rodziców. Jak może pamiętacie moi rodzice oboje są alkoholikami, a trzydziestoczteroletni brat jest alkoholikiem i narkomanem. I właśnie do tej trójki się przeniosłam. Nie wiem co sobie myślałam. Na początku tutaj spałam, mieszkałam, żyłam, ale po trzech-czterech tygodniach nie wyrobiłam psychicznie i przeniosłam się ze spaniem do siebie. Nie wiem co ja sobie myślałam, co chciałam osiągnąć skazując siebie na codzienną obecność tutaj. Terapeutka sugeruje, że chciałam mieć kontrolę nad rodzicami. Mi się nie wydaje żeby tak było. Ja chyba po prostu byłam naiwna, nie sądziłam, że jest z nimi aż tak źle, że piją tak często i tak dużo.
Z jednej strony dużo przecierpiałam psychicznie przez ten czas, a z drugiej myślę, że było to terapeutyczne, bo pozbyłam się złudzeń. Już po prostu wiem jak to wygląda, już mnie nie oszukają, że jest ok. Cała trójka jest siebie warta, cała trójka jest codziennie pijana. Jasne, że brat i ojciec piją więcej niż mama, bo mama potrzebuje mniej alkoholu żeby się upić. Co ciekawe kiedyś (jak jeszcze byłam nastolatką) to tata był tym alkoholikiem łagodnym, z którym nawet po pijaku można było porozmawiać, miał jakiś rodzaj empatii i zrozumienia. Mama za to była bardzo agresywna słownie. Teraz jest na odwrót.
Na szczęście od jutrzejszego popołudnia będę wolna. Dzisiaj jeszcze pracuję, a tata (który jest kierowcą) pije sobie z bratem w piwnicy, więc nie zawiezie mi komputera do mnie do domu. Ale jesteśmy umówieni na jutro, że przyjedzie on i mama na kawę i przywiozą mi służbowy PC, który ma zostać u mnie w mieszkaniu "w razie czego" (zarządzenie przełożonej).
Natomiast od poniedziałku wracam do biura. Nareszcie!
Na razie będzie nas tylko dziewięć osób, ale to zawsze coś. Będzie trzeba się jakoś lepiej ubrać, może zrobić make-up, pomalować paznokcie.
Na pewno nie będzie jakoś super dobrze, bo na terapii jest ciężko, ale przynajmniej odejdzie mi bezpośredni czynnik, który robi mi krzywdę, a jakim jest przebywanie przez większość dnia z trójką nawalonych alkoholików.
Próbowałam dzisiaj wyjaśnić przyjaciółce jak się czuję i chyba znalazłam najlepsze porównanie dla depresji, w której obecnie jestem. To nie jest silna depresja. To jest taka depresja o mocy 6/10 gdzie 1 to słaba depresja, a 10 to nieumiejętność wstania z łóżka
Znalazłam takie porównanie.
Czuję się jakbym płakała 4 godziny non stop i w końcu się uspokoiła. Nie ma już łez, wszystkie smutki zostały wypłakane i została pustka. Dodatkowo, jak to po tak długim płaczu, czuję się zmęczona, ospała, ale nie mogę się położyć, bo trzeba iść do pracy. Boli mnie głowa, czuję zatoki, kręci mi się w głowie, ciało jest słabe, ciężko jest się na czymkolwiek skupić, rozmawiać, śmiać się, bo to wszystko zabiera energię, która i tak jest na wyczerpaniu.
Napisałam jej wcześniej smsa, że mam duży spadek nastroju, czuję się 4/10 (gdzie 10 to świetny humor). Napisałam, że powiedzenie "cześć" rano znajomym z pracy przychodzi mi z trudnością. I że w sobotę wróciłam z pracy i po prostu zaczęłam płakać nie wiadomo dlaczego.
Jak z nią rozmawiałam to już było lepiej, byłam po kawie i energetyku, znajomi z pracy też mnie trochę rozruszali. Pani doktor powiedziała, że to kwestia obniżania dawek leków i ona by antydepresanta nie dawała, bo może mnie wybić w manię. Że najlepszym sposobem będzie zacisnąć zęby i przeczekać - chyba, że zacznie być niebezpiecznie źle.
Wspomniała, że obniżamy dawki leków z mojej inicjatywy i byłam przygotowana na ewentualne cierpienie.
Obie mamy nadzieję, że to minie z końcem roku - skończy mi się wtedy ważny projekt w pracy i miną święta.
Trzymajcie za mnie kciuki! Bardzo chcę zejść z części leków, bo biorę tego naprawdę dużo, a wątroba nie zawsze będzie sobie tak dobrze radziła jak teraz.
Napisałam siostrze wprost, że będę teraz potrzebowała pomocy i jak będzie miała czas to niech wpadnie. Napisała, że rozumie i będzie pamiętać. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Mam nadzieję, że ten post nie będzie bezsensowny. Mam takie poczucie, że nic sensownego nie mogę napisać. Ale wydaje mi się, że to tylko takie przeświadczenie.
Ostatnio jest mi ciężej. Mam nadzieję, że to przez to, że to taki czas w roku, a nie dlatego, że schodzenie z kwetiapiny mnie destabilizuje i woła depresję.
Tracę zainteresowanie tym, co ludzie do mnie mówią. Tracę zainteresowanie ich problemami, ich zdaniem i samopoczuciem. Zamykam się w sobie.
W pracy jakoś ciężko. Też możliwe, że to już przepracowanie, bo od kilku miesięcy pracuje od poniedziałku do soboty. Ciężko mi się myśli.
No i gdzieś w środku pojawia się zalążek tej strasznej pustki, którą zna każdy kto kiedykolwiek był w depresji.
Co z tym zrobię? Poczekam do najbliższej terapii (21.12) i tam poruszę temat. Może zwykła rozmowa pomoże. Jak nie to dzwonię do lekarki.
Długo zastanawiałam się czy ta notka jest ważna. I, jak widać, doszłam do wniosku, że jest. Nie przez jej treść, ale przez piosenkę, którą do niej wrzuciłam.
„Już nie pamiętam prawie jak w dobrym wstać humorze, i coraz częściej kłamię i sypiam coraz gorzej…Robię nic i chodzę z kąta w kąt… I czego bym nie zrobił, i tak za każdym razem, te same słyszę głosy, te same widzę twarze. Czarny kot przebiega drogę mi co noc. Nawet gdybym nie chciał każdy kolejny dzień wygląda tak, jak ten.”
Czy to nie jest wspaniały opis życia w depresji? Życia w długiej, męczącej depresji, w której funkcjonujesz, chodzisz do pracy, wracasz do domu i od nowa. I jest Ci źle, bardzo źle, ale funkcjonujesz dalej. Kto zna ten stan?
To moje pierwsze zetknięcie z diagnozą. Pierwszy szok, pierwsze niedowierzanie. I jedna z pierwszych notek na blogu.
Pamiętam mojego pierwszego lekarza. Byłam może na trzech wizytach u niego, bo uznałam wtedy, że źle mnie potraktował. Teraz wiem, że nie potraktował mnie jakoś specjalnie źle, był po prostu bardzo zdystansowany. Nie mogę też mieć do niego pretensji o złą diagnozę, bo w końcu, gdy do niego przyszłam to miałam depresję. Mam natomiast żal o tabletki, które mi przepisał. Byłam kompletnym świeżakiem w temacie, nigdy wcześniej nie brałam żadnych psychotropów, a on dał mi Alprox (z rodziny benzodiazepin) i Oroes (escitalopram). Skończyło się to tym, że zrobiłam akcję z alkoholem, alproxem i kawałkiem potrzaskanego lustra. Na szczęście dla moich nóg takim lustrem nie da się głęboko pociąć, bo mogłabym umrzeć - nie pamiętam nic z tamtego wieczoru, odcięło mnie. Kiedy pokazałam mu nogi na następnej wizycie zasugerował, że mam borderline. I myślę, że to już było bardziej zbliżone do prawdy niż sama depresja. A z escitalopramu schodziłam długo, powoli i z potężnymi schizami. Nie polecam.
Nie wiem jak mam cokolwiek napisać. Miałam remisję - kilka miesięcy. Trzy tygodnie temu mój brat trafił po raz kolejny na blok operacyjny przez swoją głupotę. Miałam tego dosyć, chciałam żeby umarł i żeby był już spokój. Ale żyje. W dniu kiedy dowiedziałam się, że brat walczy o życie uruchomiła się hipomania. Jak się później okazało - dosyć spora. Przez bite dwa tygodnie czułam się codziennie jakbym wypiła piętnaście kaw. To się jednak już skończyło i przyszła depresja. Tydzień temu. Tydzień temu uświadomiłam sobie jak bardzo siebie nienawidzę. I zawsze nienawidziłam. Zastanawiałam się jakim cudem w jednym człowieku może się zmieścić tyle nienawiści do siebie. Przede wszystkim z powodu zaburzeń odżywiania. Nie chodzi tylko o to, że teraz jestem gruba. Chodzi też o czas kiedy byłam chuda, a i tak zawsze było "za dużo", "za mało kontroli" itp.
. Dobrze się czuję jedynie w pracy.
Tam idzie mi dobrze, tam potrafię się szczerze roześmiać z jakiejś śmiesznej sytuacji. Jednak gdy już wychodzę z pracy to czuję jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.
Jeżeli chodzi o top 10 moich depresji to ta jest na drugim miejscu - i z zacięciem stara się o pierwsze.
Nie wiem, więcej nie dam rady napisać. Jest sobota, godzina dziesiąta i zaraz idę się z powrotem położyć
Ale to minie. Zawsze mija.
Minął już ponad rok od mojej diagnozy, która brzmiała „Choroba afektywna dwubiegunowa”.
Myślę, że to dobry czas na podsumowanie pewnych rzeczy i podzielenie się z Wami sposobami na radzenie sobie z tą chorobą.
W jaki sposób zdiagnozowano u mnie chorobę afektywną dwubiegunową?
Zanim trafiłam do „mojej” Pani Doktor, leczyłam się u dwóch innych psychiatrów. Pierwszy rozpoznał u mnie borderline i przewlekłą depresję, a drugi stwierdził nerwicę.
Oboje, gdy tylko robiło się lepiej, przerywali leczenie. Natomiast mi po pewnym czasie robiło się znowu gorzej. Moja przyjaciółka obserwowała to wszystko i w końcu podała mi namiary na Panią Doktor. Cena pierwszej wizyty mnie powaliła: 250zł! Następne po 150zł. Przyjaciółka jednak powiedziała, że dopóki nie będę miała pieniędzy żeby sama płacić za wizyty, ona będzie płacić za mnie. To było bardzo wielkoduszne z jej strony szczególnie, że z początku miałam nawet po cztery wizyty w miesiącu.
Nauczona doświadczeniem, po wizytach u poprzednich psychiatrów, postanowiłam się naprawdę porządnie do tej wizyty przygotować. Robiłam notatki, wypisywałam w punktach swoje objawy, próbowałam nawet robić wykresy. W końcu stwierdziłam, że najlepiej będzie wziąć swoje pamiętniki z ostatnich dziesięciu lat i pozaznaczać w nich najważniejsze fragmenty.
Myślę, że to był najlepszy pomysł. Pani Doktor przeczytała to, co jej przedstawiłam i powiedziała, że rzadko zdarza się pacjent, u którego tak wyraźnie widać chorobę afektywną dwubiegunową.
Dlaczego ciężko jest zdiagnozować ChAD?
Najpewniej dlatego, że pacjenci przychodzą do psychiatry wtedy, kiedy jest źle – depresja, stan mieszany. W stanach manii lub hipomanii zarówno pacjent jak i jego otoczenie myślą, że osoba chora na depresję ozdrowiała i przyjmują nadmiar energii za coś normalnego i dobrze wróżącego na przyszłość.
Choroba afektywna dwubiegunowa to oszustwo umysłu!
Te słowa kiedyś powiedział mi mądry człowiek (Krzysiu, jeśli to czytasz, to pozdrawiam!). W życiu chorych na ChAD jedynie stan remisji jest stanem „prawdziwego ja”. Chory musi nauczyć się rozpoznawać fazy swojej choroby i pamiętać, że to, co czuje, myśli, robi i mówi może być wynikiem choroby. Cały czas trzeba mieć siebie pod ścisłą obserwacją.
Mi w pamiętaniu o tym pomaga ta piosenka:
Czym jest depresja w chorobie afektywnej dwubiegunowej?
Depresja w ChAD zwykle nieco różni się od normalnej depresji. W chorobie afektywnej dwubiegunowej depresja jest cicha i boli tylko w środku, najczęściej nie wychodzi na zewnątrz poprzez łzy. Płaczliwość jest za to domeną depresji jednobiegunowej. W ChADzie człowiek żyje i cierpi po cichu. Jest jednak pewien plus choroby afektywnej dwubiegunowej – chory wie, że ten stan kiedyś się skończy. Nie wie kiedy, często boi się, że jednak się nie skończy, ale doświadczenie mu podpowiada, że kiedyś przyjdzie lepszy czas.
Czym jest mania w chorobie afektywnej dwubiegunowej?
Mania w ChAD to stan ogromnego uniesienia. To stan, w którym pacjent wierzy, że może wszystko i nikt nie jest w stanie zmienić jego myślenia o sobie. Kiedy ktoś próbuje porozmawiać z nim i przekonać go do innych racji – reaguje agresją. Uważa, że wszyscy są w błędzie i tylko on ma racje. Mania w stosunkach międzyludzkich może objawiać się dwojako: agresją wobec innych bądź stanem „kocham wszystkich i wszystko”.
Chory, który jest w stanie manii, często wierzy, że ma jakąś wyjątkową misję do wypełnienia. Kto jak nie ja? W końcu jestem taki wyjątkowy/taka wyjątkowa. Ja najczęściej w stanie manii odczuwam, że przewiduję przyszłość, uznaję, że sen jest dla słabych, mam mnóstwo genialnych i… „genialnych” pomysłów. Nie da się przemówić mi do rozsądku. Kiedy robię coś, o czym wiem, że inni będą uważali to za maniakalne – ukrywam to przed nimi albo ich oszukuję.
Czym jest hipomania w chorobie afektywnej dwubiegunowej?
Hipomania w ChAD to faza dosyć przyjemna. Pani Doktor określa to jako uczucie zakochania bez zakochania. Zgadzam się z nią. Kolory świata są piękniejsze, muzyka bardziej brzmiąca, ludzie wydają się łatwiejsi do kochania. W hipomanii ma się przypływ sił, ale nie tak gwałtownych jak w manii. Na twarzy pojawia się szczery uśmiech, rzadko występuje agresja. Chory zachowuje krytycyzm wobec siebie, swoich pomysłów i otaczającego go świata.
Niebezpieczeństwo hipomanii polega na tym, że wcale nie ma się ochoty mówić o tym stanie lekarzowi. Tak, jak mania jest od razu widoczna w kontakcie z lekarzem, tak hipomanię da się ukryć. Natomiast hipomania może doprowadzić do manii. I co najważniejsze – im dłuższa hipomania/mania tym dłuższa później depresja. W końcu jesteśmy na huśtawce.
Czym jest stan mieszany w chorobie afektywnej dwubiegunowej?
Stan mieszany w ChAD to połączenie (hipo)manii i depresji. Brzmi niewiarygodnie? Jednak to możliwe. I jest to stan najgorszy z możliwych.
Wyobraź sobie, że przelatuje Ci przez głowę tysiąc genialnych pomysłów, ale jednocześnie siedzisz na krześle i jesteś tak słaby, że nie możesz się ruszyć. Albo na odwrót: czujesz ogromne pobudzenie psycho-ruchowe, ale nie wiesz co masz ze sobą zrobić, wszystko wydaje się bez sensu, a Twoja wiara w siebie jest równa zeru. Tak to wygląda.
Remisja, czyli stan, do którego dążymy w chorobie afektywnej dwubiegunowej
Myślę, że każdy chory na ChAD, który doświadczył remisji przyzna, że jest to najpiękniejszy stan jaki może być. To stan zdrowia. To w remisji mogę doświadczyć tego, jaka jestem w rzeczywistości. Brak lęków, realne podejście do otaczającego świata, brak wyolbrzymionych emocji. Coś pięknego
Choroba afektywna dwubiegunowa – test
Tę notkę pisałam przede wszystkim dla tych osób, które podejrzewają u siebie ChAD, ale ciągle nie są tego pewni. Notka jest również przeznaczona dla bliskich, którzy podejrzewają u kogoś tę właśnie chorobę.
Aby zwieńczyć całość moich wypocin dorzucę jeszcze linka do testu na ChAD ze strony psychiatria.bydgoszcz.eu Oczywiście żaden test nie zastąpi wizyty u psychiatry.
Co ważne – jeżeli jakiś psychiatra Ci nie odpowiada, nie masz do niego zaufania albo czujesz wewnątrz siebie, że jego diagnoza Ciebie nie dotyczy, idź do kolejnego. Choroby psychiczne są na tyle wyjątkowymi chorobami, że współpraca pacjent – lekarz musi być na naprawdę wysokim poziomie.
Kilka dni temu odebrałam wyniki krwi, między innymi TSH, T3 i T4. Okazało się, że mam mocno podwyższone TSH (norma jest do 4, a ja mam 9), przy czym T3 i T4 mam w normie. Byłam bardzo zaskoczona i narodziła się we mnie iskierka nadziei, że być może nie mam wcale ChADu tylko po prostu chorą tarczycę i hormony mi wariują. Ta wizja była piękna i straszna zarazem. Piękna, bo zawsze lepiej jest być zdrowym niż chorym. Straszna, bo bałam się kompromitacji - w końcu nie raz informowałam rodzinę, że mam depresję czy hipomanię. Jakby się okazało, że nie mam ChADu to wyszłoby, że zmyślam.
Zadzwoniłam do Pani Doktor. Ta oblała mnie kubłem zimnej wody. Stwierdziła, że przy takim poziomie TSH powinnam być w totalnej depresji, a ja jeszcze niedawno byłam w potężnej hipomanii. Powiedziała, że te wyniki są jedynie potwierdzeniem tego, że jestem chora na chorobę afektywną dwubiegunową.
Mam się niezwłocznie zapisać do endokrynologa. Ona przepisała mi wstępnie najniższą dawkę Euthyroxu, aby już coś zacząć robić w tym kierunku. Podobno ChAD i choroby tarczycy często idą ze sobą w parze. Jak już będę po kilku wizytach u lekarzy, dowiem się konkretów, to oczywiście opowiem o tym na blogu.
No i się podziało, bo rano wzięłam Euthyrox, a w nocy obudziły mnie... wymioty. I teraz - czy to przypadek? Wyrzygałam chyba pół tygodnia żarcia. Tak, przyznaję, objadłam się tego dnia, wręcz bulimicznie, więc to mało prawdopodobne, że tabletki to zdziałały, pewniej się po prostu przejadłam i zatrułam. Następnego dnia nie mogłam się ruszyć z łóżka, bo było mi niedobrze. Jeszcze następnego - byłam bardzo śpiąca, zmęczona. Dzisiaj jest tak samo, na nic nie mam siły. Czuję się słabo i depresyjnie. Czy to przez siedzenie w domu? Przez zatrucie pokarmowe? Przez hormony z Euthyroxu? Przez (w końcu pewną!) diagnozę ChADu?
No właśnie. Ten ChAD. Dotychczas było tak, że moja Pani Doktor była pewna diagnozy, a ja nie bardzo. Cały czas gdzieś tam wydawało mi się, że może zmyślam, może tylko mi się wydaje, może ja jestem normalna tylko przesadzam? Może lubię się nad sobą przesadnie pochylać? Te wyniki, które mam wypisane na kartce, czarno na białym, wprawiły mnie w... szok? Czarno na białym... Mam ChAD. Trzeba nauczyć się z nim żyć, a przestać mieć nadzieję, że magicznie okaże się, że to tylko pomyłka.
Co jeszcze? Mam nadzieję, że schudnę. Bardzo prawdopodobnym jest, że te 23kg, które przytyłam przez ostatnie pół roku to nie jest wyłącznie moja wina, ale może to być również wina problemów z tarczycą. Może te wszystkie ciuchy schowane w nieużywanej szafie znowu wrócą do łask?
Nic. To słowo chyba można uznać za przewodnie w moim obecnym stanie. Nic mi się nie chcę, niczego nie chcę, na nic nie mam ochoty. Miałam iść na rower, nawet się ubrałam, ale właściwie to nie umiem wyjść z domu. Miałam wziąć prysznic, bo już dwa dni nie brałam, ale nie umiem się zebrać.
Wysłałam mojej siostrze nagranie Dwubiegunovej - czego nie powie wam osoba w depresji. Zaznaczyłam, że chodzi przede wszystkim o fragment od minuty 6:50.
Dokładnie tak czuję się w dołku. Kiedy później zapytałam czy to odsłuchała powiedziała, że tak i jest to bardzo smutne, ale to myślenie życzeniowe, bo nikt nie będzie się domyślał bez komunikatu. To prawda. Może po prostu trzeba pogodzić się z tą nieznośną samotnością w depresji. Z tym nic.
Po ostatniej hipomanii w końcu uwierzyłam, że rzeczywiście mam chorobę afektywną dwubiegunową. Przeszłam z etapu zaprzeczania do etapu gniewu.
"Oto 5 etapów żałoby:
ZAPRZECZENIE – Nie, to nie może być prawda. To na pewno jakaś pomyłka.
GNIEW – Za co to spotyka akurat mnie? Są na tym świecie gorsi ludzie, którzy na to zasłużyli.
TARGOWANIE – Jak bardziej o siebie zadbam, to może się poprawi. Jak będę się więcej modlił, to wyzdrowieję.
DEPRESJA – To wszystko nie ma najmniejszego sensu.
AKCEPTACJA – Teraz już nic nie zmienię, muszę się pogodzić z losem." źródło: Psycholog Pisze
Chciałabym mieć w kimś wsparcie, a zorientowałam się, że wokół mnie nie ma nikogo. Każdy jest zajęty swoim życiem. Przyjaciółka od momentu diagnozy się ode mnie oddala. Być może to moja wina, nie wiem. Mam do niej żal, bo gdy zerwał z nią facet to ja (pomimo tego, że byłam wtedy w najgorszej depresji w moim życiu) ją wspierałam, a gdy ja zerwałam z Uwodzicielem - nie mogłam na nią liczyć. Pomimo tego, że jasno i wyraźnie poprosiłam ją o spotkanie - nie doszło do niego. Gdy zadzwoniłam do niej zapłakana po zerwaniu zapytała czy jeśli będzie bardzo źle to pojadę na izbę przyjęć. Kiedy już się pozbierałam i postanowiłam spotkać się z K., po którym to spotkaniu czułam się cudownie, zadzwoniłam do niej, aby podzielić się moją radością. Zamiast cieszyć się razem ze mną zaczęła zbijać mój entuzjazm. Zadawała pytania zupełnie niezwiązane z tematem, typu jak sobie wyobrażam swoje życie, do czego zmierzam, czy nie przeszkadza mi, że on jest niewierzący. Na nic zdały się tłumaczenia, że po prostu spotkałam kogoś z kim się świetnie rozumiem i się tym cieszę nie wybiegając w żadną przyszłość ani niczego dalej nie planując. Po prostu chciałam się podzielić radością, która mnie spotkała. Mam w sobie poczucie krzywdy, bo kiedy ona jest rozentuzjazmowana to nawet jeśli mam jakieś wątpliwości co do jej radości, staram się być delikatna. A ja jej zachowanie odczytałam tak, że kiedy jest mi źle to mi nie pomoże, a kiedy jest mi dobrze to nie podzieli tej radości ze mną. Tak, moje stany smutku i radości są często wynikiem choroby i ona zapewne patrzy na mnie przez jej pryzmat, ale sorry - taka jestem. To, że jestem chora nie znaczy, że trzeba mnie traktować z dystansem.
Powinnam z nią o tym porozmawiać, ale nie umiem się do tego zebrać.
Czuję się bardzo samotna, a równocześnie nie mam ochoty nikogo widzieć.
Schowałam się w swoim świecie i nikogo do siebie nie dopuszczam.
Rozmawiałam wczoraj z Przyjaciółką. Ona żyje pełnią życia. Wychodzi z domu, poznała mężczyznę, realizuje swoje pasje i marzenia, jest szczęśliwa. Podejmuje wyzwania, poznaje nowych ludzi, cieszy się tym. A ja co? Siedzę w domu z pijaną rodzinką, a gdy ktoś mnie gdzieś zaprasza to kombinuję tylko w jaki sposób mogę się z tego wykręcić.
Mam wrażenie, że każdy korzysta z życia i tylko ja jestem nijaka. Zastanawiam się dlaczego Przyjaciółka tak mnie kocha skoro jestem ucieleśnieniem nudy.
Nie ma mnie dla nikogo...
Nie ma mnie dla nikogo...
Znasz to, nie?
(...)
Chcę mieć spokój
W stresowych sytuacji
Natłoku
Jestem jak statek zadokowany
W doku
Od półtora roku
Nikogo na widoku
(...)
Badam grunt pod stopami
Gdzie mi kurwa z butami?
To jak Koontz'a szepty
Słyszane za uszami
Wciąż sam jak palec
To dobrze nie wróży
Obcy jak ósmy pasażer podróży
Milionami
Na przestrzeni Ziemi rozsiani
Obcują tu obcy wyobcowani
Ludzie
Co to ma być?
Pytam
Co to ma znaczyć?
(...)
Panie i panowie
Są tacy co stają na głowie
Tak jakby wszyscy byli w zmowie
Do czasu aż sobie jeden z drugim uzmysłowi
Jacy oni wszyscy są małostkowi
Aż rzygać się chce
Ten kto to wie kurwa
Życie upstrzone jak gołębim gównem
Bulwar
Zrobi tak jak ja
Pójdzie własną drogą
Prócz cienia
Nie ma mnie dla nikogo
Rozmawiałam też wczoraj z moją panią doktor. Poleciła mi zwiększyć Miansec z 30mg na 45mg (antydepresant) i gdyby coś się działo (głębszy dół lub wysoka górka) to mam znowu dzwonić. Cenię sobie to, że mam taką dostępną lekarkę. Normalnie musiałabym się zapisywać na wizytę, czekać, a potem jeszcze płacić za jej dwa zdania. A konsultacje telefoniczne mam za darmo. To naprawdę lekarka z powołania.
Gruba, bezradna, słaba i zdołowana. Oto ja od kilku dni.
Wczoraj ból psychiczny był tak silny, że nie wytrzymałam i pocięłam sobie delikatnie dłoń - tak, aby nie zostały blizny, ale żeby ból fizyczny przez kilka dni mi towarzyszył. Ulga przyszła.
Czuję się nierozumiana przez nikogo. Odwiedziłam przyjaciela żeby wyjść z domu, ale niewiele mi to pomogło. Zadzwoniłam do przyjaciółki - też nie umiem się otworzyć.
Dzisiaj jestem w pracy i stresuję się pewnym zadaniem, które mnie czeka.
Muszę dać radę.
Mam ochotę uciec z pracy. Zwolnić się, zwiać, poddać się. Bo przecież z niczym nie daję sobie rady. Na szczęście dzisiaj nie ma moich dwóch prześladowczyń.
Popieprzona ta notka, bez ładu i składu.
Nie mam siły na nic.
Czuję się jakby ktoś ze mnie wypompował całą energię.
O, przepraszam. Od dwóch godzin czuję się odrobinę lepiej i tylko dlatego udało mi się zmusić do tego, aby cokolwiek napisać.
Całymi dniami śpię, w nocy chodzę do pracy. Jak mam dwa dni wolnego to dwa dni śpię. I dwie noce. Nie mam siły się myć. Nie mam siły - fizycznie. Robi mi się słabo, gdy tylko podejmę jakiś większy wysiłek. Co wieczór mam stany podgorączkowe. Sen nie daje wypoczynku.
A przecież w życiu wszystko idzie dobrze, wszystko się układa. A ja nie mam siły na nic.
Tym razem słowa mamy rozpoczynają mój post.
Jak wiecie, w październiku rzuciłam wszystko (pracę, mieszkanie), postawiłam przyjaciółkę przed faktem dokonanym, i przeprowadziłam się do Krakowa. Tam nie bardzo mi się poukładało.
Hipomania i depresja
Najprawdopodobniej we wrześniu byłam w stanie hipomanii.
Zauważyłam wtedy, że wszystko idzie jak z płatka, nowa praca, nowe mieszkanie, zakończenie spraw w moim mieście. Byłam pewna, że Bóg oczekuje ode mnie, że się do tego Krakowa przeprowadzę.
Po hipomanii przychodzi depresja. Tak też było u mnie. Kilka dni w Krakowie i poległam. Depresja, przeziębienie, nieobecności w pracy. Kiedy pojawiły się myśli samobójcze i wiedziałam, że nie wydolę finansowo w następnym miesiącu w Krakowie wróciłam... do rodziców. Cofnęłam się dwa kroki w tył. Byłam bez pracy i bez mieszkania. Na szczęście udało mi się wrócić do dawnej pracy. A dwa dni temu rozmawiałam z właścicielką dawnego mieszkania i ona chce, abym tam wróciła. Umówiłyśmy się na przeprowadzkę w kwietniu.
Lęk przed przeprowadzką
Czuję lęk, gdy myślę o tej przeprowadzce. Mam sporo nieprzyjemnych wspomnień z nim związanych: jak się okaleczałam, jak piłam, aby zapomnieć, jak stałam na balkonie i patrzyłam w dół. Z drugiej strony nie mogę zbyt długo mieszkać u rodziców, bo tutaj też nie jest dobrze (choćby np. Dom samobójców, A dupa rośnie!), tata jak się nawali to gada sam do siebie w kuchni, krzyczy takie rzeczy, że aż boli w sercu.
Nie wiem co jeszcze napisać. Cieszę się też z tej sytuacji, bo odzyskuję swoje życie. Będę miała to, co miałam + kolejne doświadczenia. Może tym razem będzie lepiej?
Od kilku tygodni jem zdecydowanie więcej niż zwykle... Albo i nie.
Nie wiem dokładnie, bo moim sposobem na zaburzenia odżywiania był brak kontroli - nie myśleć co i ile jem. Kiedy tylko zaczynałam się tym interesować to od razu wpadałam w spiralę odchudzania, obżerania, wydalania i rzygania.
Teraz nie mogę zapomnieć o tym ile jem. Kiedy jem mniej otrzymuję komentarz ze strony rodziców (szczególnie mamy): "no ileś ty sobie tego nałożyła, weź więcej, xxx jest zdrowe!". Kiedy jem więcej otrzymuję komentarz (szczególnie od taty): "ile ty jesz? A dupa rośnie!".
I w ten sposób każdego dnia przesyłany jest mi komunikat
Nie chcę pokazywać jak bardzo te komentarze mi przeszkadzają, jak bardzo słowa taty mnie ranią, bo potem upiją się i będą wiedzieli jaki jest mój słaby punkt. Zresztą i tak wiedzą, przecież moje problemy z odchudzaniem mam nie od dzisiaj. Jednak jeszcze nigdy nie bolało mnie to tak bardzo. Jeszcze nigdy nie czułam się tak przytłoczona swoją wagą. Bardzo rzadko chciało mi się płakać na myśl o tym jak wyglądam.
Uwodzicielowi podoba się moja nowa waga (przytyłam 4kg), ale cały czas się boję, że przytyję więcej i potem nie uda mi się tego zrzucić. Już i tak przekroczyłam nieprzekraczalny dla siebie pułap.
Koniec tego. Pierdolę. Muszę schudnąć, bo nie zniosę kolejnych komentarzy.
Są tacy ludzie, których znosisz wokół siebie tylko dlatego, że nie masz innego wyjścia. Może to być koleżanka z pracy, sąsiadka, współlokatorka... Uczepi się taka i nie chce się odczepić, nie rozumie słowa "nie" i zupełnie nic nie robi z sygnałów jasno mówiących "nie lubię cię! Odejdź!". Pomimo tego, że raczej całkiem nieźle radzę sobie z takimi osobami, to jest jedna, wobec której jestem bezsilna - ma na imię Depresja.
Przychodzi i rozsiada się w fotelu, nalegając, aby zrobić jej herbaty. Mówię jej: wyjdź! i staram się traktować ją jak powietrze, ale ona nic sobie z tego nie robi! Wstaje, robi sobie sama tej pieprzonej herbaty i zachowuje jakby była u siebie. Niech ją szlag! Przecież zaraz mają przyjść goście, których chcę przyjąć. Znają się z Depresją, bo już nie raz spotykaliśmy się, gdy ona się wprosiła, ale jednak spotkanie bez niej jest dużo fajniejsze. Ona potrafi naprawdę popsuć atmosferę. Ja coś opowiadam z zapałem, a ona nagle zaczyna melancholijnie milczeć. Albo świetnie się bawię, a ona mi mówi, że powinnam coś zrobić, bo mam bardzo smutne oczy. "Zobacz jakie są smutne" - powtarza - "zobacz jak cierpisz". Najgorzej jest jak zbieram się do pracy, a ona, bezczelna, zbiera się ze mną! Rozumiesz!? Wlecze się za mną do roboty! Zwykle nikogo o to nie podejrzewam, ale mam czasem wrażenie, że ona celowo psuje mi humor. Idę do tej pracy, a ona zaczyna swoją gadkę o tym, że nie chce jej się tam tyle czasu siedzieć, że to tyle godzin, że nie wiadomo co się stanie. "Patrz na tego gościa" - zmienia na chwilę temat - "czy mi się wydaje, czy patrzy na ciebie z politowaniem?". Mówi to z tak autentyczną troską, że trochę mi głupio, że podejrzewałam ją o niecne zamiary. Ten gość rzeczywiście tak na mnie patrzy. I tamta kobieta też. Gdyby nie Depresja to bym tego nie zauważyła, dobrze, że była przy mnie. Nagle przypominam sobie, że siostra też tak na mnie patrzyła ostatnio. I przyjaciółka. Pewnie męczę ich tak, jak mnie męczy Depresja, mają mnie dosyć.
Chcę do łóżka.
Poważnie.
Moje życie jest składową uczuć, podjętych decyzji i konsekwencji. Nie da się żyć bez nich.
Nawet kiedy w depresji leżę w łóżku i nie mam siły na nic, nie mam siły, bo jestem w rozpaczy to nieustannie podejmuję pewne decyzje, np. że nie wstanę z łóżka, aby zrobić sobie herbaty. Konsekwencją tego będzie doskwierające mi pragnienie.
Są też dobre konsekwencje. Weźmy taką samą sytuację - też leżę w łóżku, jestem w rozpaczy i dzwoni przyjaciółka. Czuję niechęć, ale odbieram telefon przeciwstawiając się temu uczuciu. Konsekwencją może być wtedy lepsze samopoczucie po rozmowie z nią.
Uczucia są jak motyle lub jak ćmy
Uczucia są wolne i żyją krótko. Przez emocje-motyle rozumiem te przyjemne w przeżywaniu - radość, podekscytowanie, miłość, ciekawość i wiele innych. Emocje-ćmy to dla mnie te, które trudno zaakceptować, z którymi trudno sobie poradzić - smutek, rozpacz, złość, zazdrość, nienawiść...
Zdarza mi się często podejmować decyzję pod wpływem różnych uczuć. Potem ono przemija, umiera jak motyl, a ja budzę się z ręką w nocniku.
Codziennie uczę się tego, aby pozwolić uczuciu przelecieć przez moje serce, potem skierować je w stronę rozumu, by w końcu pozwolić mu odlecieć i zostawić pole do popisu rozumowi. Rozum to rozsądne podejście do tematu, przemyślenie sprawy, wypunktowanie za i przeciw. Wydaje mi się, że rozum powinien być wolny od uczuć, a idąc dalej, powinien kierować się doświadczeniem - nie tylko moim, ale też innych, oraz moralnością. Dopiero kiedy rozum dogłębnie zbada sprawę powinnam podejmować jakiekolwiek decyzje.
Przyznaj, że czujesz to, co czujesz!
Retrospekcja, lipiec 2017r. Tego dnia wstałam o czwartej rano. Przyszykowałam się do pracy i zostało mi jeszcze nieco czasu dla siebie, więc usiadłam na wersalce, aby się pomodlić. Uwodziciel nieprzerwanie od kilkunastu dni siedział w mojej głowie, a ja przecież... Przecież ja kocham Boga! To pożądanie, które jest w moim ciele jest niedobre, ono nie powinno znaleźć we mnie miejsca. Wcale go nie pożądam. Nie, wcale nie. On należy do niej, nie mogę go pragnąć. Powinnam mu powiedzieć, że nic z tego nie będzie. Przecież nic do niego nie czuję, nie ma żadnej iskry. On jest stary, nie wiem w ogóle czego on chce. Jak mu nie wstyd? Przecież to on powinien być tym rozsądnym i dać mi spokój! Tak bardzo go pragnę, tak bardzo chcę, aby mnie dotknął, tak bardzo... Nie. Tak. Przyznaj, że tak. Przyznaj, że czujesz to, co czujesz! TO i tak jest. Zaprzeczając temu nie sprawisz, że TO zniknie. Ale będziesz mogła coś z tym zrobić, chwycić to uczucie w ręce i będziesz mogła decydować. No tak, to ma sens. To mi da władzę. Tak, pragnę Uwodziciela. Tak, pragnę, aby mnie dotknął. Pragnę, aby mnie pieprzył i kochał. Ulga.
To był początek podejmowania przeze mnie decyzji. Jeszcze wtedy nie wiedziałam czy z nim będę czy nie. Być może nie widać tego w tej retrospekcji, ale to było naprawdę trudne. Cała się trzęsłam, waliłam pięściami w ściany, krzyczałam.
Potem podobną walkę, choć już nie tak wykańczającą, stoczyłam z uczuciem pt. "chcę jego serca". Nie tylko chcę jego ciała, ale także serca. Przyznałam to przed sobą.
Miłość?
Piszę tę notkę, ponieważ od dłuższego czasu chodzi za mną uczucie miłości. Nie zakochania, ale miłości. Wypieram je mówiąc sobie, że nigdy nie podejmę decyzji o kochaniu go. Dzisiaj zorientowałam się co robię - znowu wypieram swoje uczucia. Mogę go kochać pomimo tego, że nie będziemy razem, że zmierzamy do nieuchronnego końca. Miłość, jak każde inne uczucie, jest motylem - w końcu umiera. Jednak to wcale nie oznacza, że go nie było. To właśnie wtedy normalne związki mają problem, bo tutaj jest moment na trwanie w decyzji o miłości. Czytałam, że zwykle tak się dzieje po dwóch-trzech latach.
Podsumowując: kocham Uwodziciela, ale nie podejmuję decyzji o tym, że będę go kochać zawsze, nawet wtedy, gdy uczucie przeminie (chociaż bym chciała).
Mam poczucie, że jest jeszcze coś czego nie akceptuję. Być może chodzi o tę miłość dalej? Albo gdzieś się oszukuję.
Chciałabym podjąć decyzję o miłości. Przeciwstawić się wszelkim przeciwnościom, zamieszkać z nim, prowadzić wspólne życie, nawet wyjść za niego. Jednak tego nie zrobię, bo to się nigdy nie stanie. Może tutaj jest źródło tego dyskomfortu? No właśnie...
...podejmowanie decyzji niezgodnej z uczuciami jest niekomfortowe.
Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak ogromnego wysiłku wymagałoby ode mnie podjęcie decyzji, że nie dam zawładnąć sobą uczuciowi pożądania.Próbowałam się temu przeciwstawić, nawet przeprowadziłam z Uwodzicielem poważną rozmowę, w której wyjaśniłam dlaczego nie możemy być razem. To było takie trudne! Przez chwilę byłam z siebie dumna, a potem poczułam się jakby mi odebrano coś bardzo, bardzo ważnego, jakąś część mnie - moje marzenie, moje pragnienie.Tak samo było z Krakowem. Z tym, że tutaj sprawa tyczyła się Boga. Przeprowadziłam się do Krakowa, bo byłam pewna, że Bóg tego ode mnie chce, że to On mnie prowadzi. Byłam przepełniona radością i miłością do Niego. Pojechałam, posłuchałam serca, uczuć... I okazało się, że tego nie przemyślałam, że depresja w obcym mieście, bez rodziny, jest jeszcze trudniejsza do zniesienia. Przed wyjazdem nie myślałam o tym co się stanie, gdy choroba się odezwie. Byłam pewna, że wszystko będzie dobrze, że może będą przeciwności, ale ze wszystkim dam radę. Poszłam za emocjami, za sercem, za miłością do Boga i pragnieniem życia w tej radości, którą wówczas czułam. A na miejscu powitała mnie depresja.
Decyzja na przekór uczuciom?
Więc jak to zrobić? Jak nie dać się uczuciom, które szarpią mną na wszystkie strony? Jak to zrobić, aby podejmować rozsądne decyzje kiedy serce mówi, że to najlepsza możliwa droga?