Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty

Psychologia - studia!

Cześć!
Chciałam Wam się pochwalić, że po konsultacji z rodziną i z psychiatrą zapisałam się na studia. Kierunek: psychologia. 


Namówiła mnie siostra, która już studiuje na uczelni, na którą i ja się wybrałam. Jak co roku powiedziałam jej: "za rok pójdę na psychologię", a ona na to, że mam iść w tym roku. Podała sensowne argumenty świadczące za tym, że jest to dobry pomysł, przede wszystkim ekonomiczne.
No i tak się stało. Poszłam, zapisałam się, zapłaciłam, podpisałam umowę i jestem studentką. 
No dobra, nie było to takie proste. 
Odkąd pamiętam zawsze miałam ogromny problem z wejściem na jakąkolwiek uczelnię wyższą. Po prostu blokada. Nie wejdę bom głupia. No i z tymi lękami zwróciłam się do siostry - żeby pomogła mi tam wejść po raz pierwszy. Siostra prowadziła mnie przez telefon pod samą uczelnię i krok po kroku pomagała mi psychicznie przełamać, abym tam weszła. Bardzo chciało mi się płakać, przerastało mnie to, niesamowity lęk. Ale w końcu weszłam tam - zobaczyć tylko czy jest kolejka. No i jak już zobaczyłam, że kolejki nie ma to już było wszystko dobrze, bo tam weszłam. A sprawy załatwiać potrafię, więc podeszłam do okienka, zapisałam się i już potem było dobrze (choć miałam lekki zawał, bo przez chwilę nie umiałam znaleźć dowodu osobistego! o zgrozo!). 

Oczywiście rozmawiałam o tym też z psychiatrą. Ona wiedziała, że od zawsze chciałam być psychologiem. Konsultowałam się jednak pod kątem hipomanii/manii oczywiście. Wstępnie doszłyśmy do wniosku, że to raczej nie jest hipomania, bo pomysł o studiach w tym roku nie był mój, a w dodatku czuję lęk przed nadchodzącym wyzwaniem. Przypomniała mi za to to, co powiedziała jakiś rok temu o tym, że ona cały czas szuka dobrych psychologów do współpracy. No i że jest bardzo za tym żebym w tym roku szła na studia, bo im szybciej zacznę tym szybciej skończę (mam już 27 lat!). Także będzie mnie wspierać.

Rodzina również zareagowała bardzo pozytywnie, przyjaciele również. Co do przyjaciół to nie miałam wątpliwości, ale nie byłam pewna co powie moja rodzinka na to, że drugi psycholog będzie im się kształcił. Natomiast zaskoczyli mnie bardzo pozytywnie - zarówno rodzice jak i babcia. 

Także jest mi dobrze.

Co do wkurwu, o którym pisałam w poprzedniej notce to go rozpracowałam. Złość i agresja są naturalnymi reakcjami na lęk i stres, a ja byłam wówczas bardzo się bałam powrotu do pracy po trzytygodniowej przerwie. I rzeczywiście - jak tylko wróciłam do pracy i okazało się, że nie było się czego bać to od tego momentu nie mam już problemów ze złością. 
Czuję się normalnie. Poza tym, że bardzo mnie boli ząb... I prawdopodobnie czeka mnie dentysta. Choć dzisiaj już boli mniej, więc może znowu to odwlekę ;)

Pozdrawiam Was wszystkich :)
 

Po prostu zasnąć...

 Od kilku dni zbieram się, aby napisać tego posta. Na początku było mi wstyd. Przed czym? Otóż wstydziłam się tego, że... się pogorszyło. Wiem, głupie. Szczególnie, że ten blog jest o chorobie afektywnej dwubiegunowej, która charakteryzuje się tym, że raz jest lepiej, a raz gorzej. Jednak przejmowałam się tym, że przecież było tak normalnie, tak dobrze, tak spokojnie. Choć nie do końca. W okolicach 7-10 sierpnia zaczęła mi się lekka hipomania. Było to na pewno po części spowodowane poznaniem M., zakochaniem. Myślałam jednak, że dobrze sobie z tym poradziłam - nie zrobiłam żadnej głupoty, nie wzięłam żadnego kredytu, nie wykupiłam połowy żadnego sklepu itp. Gdyby nie obecny stan to nie wierzyłabym, że to rzeczywiście była hipomania.

No właśnie - obecny stan. Jestem na L4, mam fazę dosyć ciężkiej depresji.



W poniedziałek zwolniłam się wcześniej z pracy, bo już nie umiałam wytrzymać. Zero skupienia, spowolnione ruchy, nadmierna płaczliwość. W dodatku przedtem trudny weekend - pełen płaczu, przynaglających do czynu myśli autoagresywnych, poczucia beznadziei. Powiedziałam w pracy, że mam problem z żołądkiem i że potrzebuję L4. Ponieważ do mojego mieszkania przyjechała na kilka dni córka właścicielki, odstąpiłam jej mieszkanie na czas pobytu, a sama przeniosłam się do babci. Poprosiłam ją wcześniej żeby pilnowała żebym się codziennie myła, żeby mnie wyciągała na spacer, wmuszała we mnie coś zdrowego i żebym wstawała przed 10. Niewiele z tego udaje nam się zrealizować. I też wcale nie czuję się lepiej. Co wieczór cieszę się, że już koniec kolejnego dnia. Równocześnie boję się, bo każdy dzień przybliża mnie do końca L4, a nie wyobrażam sobie iść w tym stanie do pracy. Mimo to najszczęśliwsza jestem jak zostaję w nocy sama ze sobą, gdy babcia już pójdzie spać. Mogę po prostu zasnąć. I rano znowu świadomość, że kolejny dzień pełen walki przede mną. 
L4 mam od internistki. Dzwoniłam do psychiatry, ale nie odebrała - uznałam, że poradzę sobie bez niej, myślałam, że przerwa w pracy mi wystarczy. Wygląda jednak na to, że będę potrzebowała zmiany leków. Tylko tutaj znowu - wstydzę się. Tak, wstydzę się powiedzieć mojej lekarce, że się pogorszyło. Nie wiem czemu tak jest. Może przez te telewizyty. Chciałabym już ją zobaczyć, porozmawiać z nią twarzą w twarz, ale na to się nie zanosi. No nic, tak czy inaczej chyba w poniedziałek będę musiała próbować się do niej dodzwonić i załatwić tę sprawę. 
Okej, kładę się do łóżka. Już za kilka godzin nadejdzie ta chwila, w której zostaję sama i mogę po prostu zasnąć...


Klucz

 Takie trochę błędne koło. 

1. Przerabiam coś na terapii i otwieram się na emocje

2. Nie potrafię poradzić sobie z trudnymi emocjami

3. Tnę się

4. Dzwonię do psychiatry, że jest gorzej, że się tne

5. Psychiatra zmienia mi leki

6. Moje emocje są przytłumione

(...) 1 -> 2 -> 3 -> 4 -> 5 -> 6 -> 1 -> 2 -> 3 -> 4 -> 5 -> 6 -> 1 (...)

Czas zmienić punkt 4. Nie będę dzwonić do lekarki tylko porozmawiam z terapeutką o moim problemie z radzeniem sobie z emocjami. Może to jest klucz.




4/10

 Rozmawiałam ze swoją lekarką.

Napisałam jej wcześniej smsa, że mam duży spadek nastroju, czuję się 4/10 (gdzie 10 to świetny humor). Napisałam, że powiedzenie "cześć" rano znajomym z pracy przychodzi mi z trudnością. I że w sobotę wróciłam z pracy i po prostu zaczęłam płakać nie wiadomo dlaczego.

Jak z nią rozmawiałam to już było lepiej, byłam po kawie i energetyku, znajomi z pracy też mnie trochę rozruszali. Pani doktor powiedziała, że to kwestia obniżania dawek leków i ona by antydepresanta nie dawała, bo może mnie wybić w manię. Że najlepszym sposobem będzie zacisnąć zęby i przeczekać - chyba, że zacznie być niebezpiecznie źle.

Wspomniała, że obniżamy dawki leków z mojej inicjatywy i byłam przygotowana na ewentualne cierpienie. 

Obie mamy nadzieję, że to minie z końcem roku - skończy mi się wtedy ważny projekt w pracy i miną święta. 

Trzymajcie za mnie kciuki! Bardzo chcę zejść z części leków, bo biorę tego naprawdę dużo, a wątroba nie zawsze będzie sobie tak dobrze radziła jak teraz.

Napisałam siostrze wprost, że będę teraz potrzebowała pomocy i jak będzie miała czas to niech wpadnie. Napisała, że rozumie i będzie pamiętać. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Czekam...

Nie umiem doczekać się 13 listopada, czyli dnia, w którym pójdę na pierwszą wizytę do psychoterapeutki. Co kilka dni wchodzę na jej stronę na znanylekarz i przeglądam nowe, fantastyczne komentarze, które się tam pojawiają. Najbardziej się boję, że w tym wszystkim się na niej zawiodę. Podobno pomaga też wyleczyć się z zaburzeń odżywiania.

Zastanawiałam się na co postawić nacisk na tej pierwszej wizycie i właśnie to przyszło mi do głowy. Najbardziej teraz przeszkadza mi moja tusza. Kompulsywne objadanie się naprzemienne z głodówkami i wymiotowaniem. Mieszanka wybuchowa, a waga cały czas rośnie. Dzisiaj rano zmierzyłam sobie cukier na czczo i wyszło mi 117 - stan przedcukrzycowy. To już przestaje być zabawa, a zaczyna być poważny problem. Jak do ChADu i hashimoto dojdzie mi jeszcze cukrzyca to się pochlastam przecież. I będę mogła wtedy winić tylko siebie.

Jest też oczywiście mnóstwo innych tematów, które muszę z nią poruszyć, ale nie da się powiedzieć wszystkiego na raz. Zwykle starałam się tak zrobić i nic z tego nie wychodziło. Tym razem postaram się to rozciągnąć w czasie, powoli dawkować informacje o sobie - od najważniejszych dla mnie, po te mniej istotne w obecnym czasie.

Pojutrze mam wizytę u mojej pani doktor psychiatry. Kilka tygodni temu napisałam jej wiadomość o tym, że źle się czuję w swoim ciele, że uważam, że tyć z początku zaczęłam przez leki i chciałabym z części zrezygnować, bo może to pomoże mi schudnąć. Przypomniałam, że odkąd pamiętam mam zaburzenia odżywiania i ta sfera jest dla mnie bardzo ważna. Odpisała, że porozmawiamy na wizycie. Jeszcze nigdy mi tak nie odpisała, zawsze można było wszystko załatwić przez telefon. Przeczuwam, że nie jest za moim pomysłem i dlatego potrzebuje się spotkać, aby dłużej porozmawiać i wyperswadować mi ten pomysł z głowy. Nie wiem czy uda mi się jej postawić.




Powspominamy? Pierwsza wizyta u psychiatry.

 11 marca 2017 roku. 

To moje pierwsze zetknięcie z diagnozą. Pierwszy szok, pierwsze niedowierzanie. I jedna z pierwszych notek na blogu. 

Pamiętam mojego pierwszego lekarza. Byłam może na trzech wizytach u niego, bo uznałam wtedy, że źle mnie potraktował. Teraz wiem, że nie potraktował mnie jakoś specjalnie źle, był po prostu bardzo zdystansowany. Nie mogę też mieć do niego pretensji o złą diagnozę, bo w końcu, gdy do niego przyszłam to miałam depresję. Mam natomiast żal o tabletki, które mi przepisał. Byłam kompletnym świeżakiem w temacie, nigdy wcześniej nie brałam żadnych psychotropów, a on dał mi Alprox (z rodziny benzodiazepin) i Oroes (escitalopram). Skończyło się to tym, że zrobiłam akcję z alkoholem, alproxem i kawałkiem potrzaskanego lustra. Na szczęście dla moich nóg takim lustrem nie da się głęboko pociąć, bo mogłabym umrzeć - nie pamiętam nic z tamtego wieczoru, odcięło mnie. Kiedy pokazałam mu nogi na następnej wizycie zasugerował, że mam borderline. I myślę, że to już było bardziej zbliżone do prawdy niż sama depresja. A z escitalopramu schodziłam długo, powoli i z potężnymi schizami. Nie polecam.

Notka oryginalna: Co to znaczy, że mam depresję?

Hipo - jest czy nie jest? Się okaże!


Jestem bardzo ucieszona Waszym odzewem pod ostatnią notką! Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, mobilizację i akceptację, które mi dajecie.

Byłam dzisiaj na terapii. Ostatnio terapię miewam co dwa tygodnie - niestety terapeutyzuję się na NFZ, więc muszę się dostosować. Obijam natomiast mit, że nie można mieć dobrego terapeuty/dobrej terapeutki z Narodowego Funduszu Zdrowia. Ja mam dobrą terapeutkę i jeśli ktoś jest ze Śląska to z czystym sercem mogę ją polecić.
Jeśli ktoś jest zainteresowany jej nazwiskiem i informacjami gdzie przyjmuje - zapraszam do zakładki "Mary Margaret?"- tam jest podany mój adres email.



Moja terapeutka zasugerowała mi, że idę w górkę. Nie zgodziłam się z nią, choć zwykle ma rację. Stwierdziła to po tym, że zapominam brać leki, chciałam odmówić wizytę u psychiatry, jest mi dobrze i równocześnie jest we mnie wiele złości. Brzmi to sensownie i rzeczywiście tak jest, więc zadzwoniłam do pani doktor. Po konsultacji z nią byłam spokojniejsza. Powiedziała, że ona na razie nie wyczuwa we mnie górki, ale terapeutka lepiej mnie zna i konsultacja telefoniczna to nie to samo co spotkanie twarzą w twarz. Wypytała mnie o moje zachowanie ostatnimi czasy: sen, praca, aktywność fizyczna... Powiedziała, że wydaje jej się w normie, ale mam zachować ostrożność. Zapytała mnie czy wyczuję jeśli będę szła w górę. Powiedziałam, że tak. No bo wyczuję, znam ten stan doskonale. To zakochanie bez obiektu westchnień. Albo wkurw bez przyczyny. Jeśli tylko pojawią się jakieś symptomy to mam zejść z 20mg seronilu na 10mg. Da się zrobić. Choć podoba mi się jego działanie, bo zmniejsza łaknienie - jego skutkiem ubocznym jest anoreksja i ostatnio przyjemnie to odczuwam, bo w końcu udaje mi się odmówić sobie jedzenia - jem cztery małe posiłki dziennie i to mi wystarcza, bez fast foodów i słodyczy, żadnych przegryzaczy, tylko to, co trzeba.

Planuję we wrześniu wyjechać nad morze z koleżanką z pracy. To nowa koleżanka, bo i sama praca jest nowa. Przejmuję się swoimi bliznami, ale przecież nie mogę ich ukrywać całe życie - są i będą. Najwyżej powiem, że to błędy młodości i tyle.

Piszę tę notkę siedząc z maseczką na twarzy i foliowym czepkiem na włosach. Tak! Mini-SPA! Czasem trzeba coś dla siebie zrobić. Jeszcze wysmaruję się balsamem i będę ładnie pachnieć. Odkąd znowu jestem z Uwodzicielem mam ochotę być ładna. Odkąd tyle przytyłam i większość ciuchów stała się za mała, przestałam o siebie dbać. No bo po co skoro i tak jestem gruba? Teraz wierzę, że powoli schudnę, a i nawet teraz mogę ładnie wyglądać.

Ja już nie chcę..!

W niedzielę, po spotkaniu z Uwodzicielem, dopadł mnie pierwszy od jakiegoś czasu stan depresyjny. Kilkugodzinny atak.
Znowu czułam ten przeszywający ból, ten bezsens, brak nadziei, poczucie bezwartościowości, wszechogarniającą obojętność połączoną z irracjonalnymi lękami.
Nie mogłam spać, miałam mdłości.

depresja

Na szczęście następnego dnia miałam wizytę u pani psychiatry.
Opowiedziałam jej w skrócie o ostatnich dwóch tygodniach, o tym jak się czułam, o swoich radościach, o energii, ale też o lękach, drażliwości i agresji.
Przyznałam się również do strachu - strachu przed kolejną depresją.
Pani doktor, ja już nie chcę tego znowu przeżywać, ja nie chcę, boję się, ostatnio było tak strasznie, ja już nie chcę... - prosiłam jak dziecko. Myślę, że moje oczy były tak samo żałosne w tym momencie jak moje błagania.
Uspokoiła mnie mówiąc, że właśnie dlatego tak szybko zwiększa mi dawki leków, aby spróbować stłumić tę depresję w zarodku. Uchwyciłam się tej myśli jak tonący pierwszej lepszej rzeczy - może nie będzie tak strasznie!
Od dzisiaj zaczynam nowe dawkowanie. Pani doktor zapowiedziała, że prawdopodobnie przez pewien (bliżej nieokreślony) czas będę przede wszystkim spała.
I tak do końca miesiąca nie pracuję, więc mnie to nie boli.
Zresztą... chętnie zrobię sobie przerwę od życia. Szczególnie teraz, gdy naprawdę nie wiem co się dzieje wokół mnie. Najpierw jakieś lęki irracjonalne, potem deprecha, potem energia nie wiadomo skąd, teraz za to drażliwość i skołowanie, nieumiejętność zebrania myśli... I znowu deprecha... Pomieszanie z poplątaniem.
Proszę państwa, dziękuję bardzo - ja na chwilę wysiadam, biorę wolne od życia.
Będę w łóżku.
W razie pożaru przenieść w bezpieczne miejsce.

Diagnoza - ChAD i borderline

diagnoza chad

Depresja chyba już za mną. Ostatnie kilka dni dały mi możliwość odetchnięcia. Towarzyszy mi jeszcze nikły cień lęków, trochę jak ból fantomowy, ale ogólnie jest naprawdę dobrze.

W poniedziałek byłam u pani doktor. Po raz pierwszy w życiu chciałam uciec z poczekalni. Byłam dobrze przygotowana do wizyty, w końcu przygotowywałam się do niej ponad tydzień - analizowałam siebie, robiłam wykresy, próbowałam znaleźć schematy, zaglądałam w przeszłość. Wiedziałam też w jak kiepskim byłam stanie, gdy do niej szłam. Co prawda brak energii zamienił się już wówczas w energię nerwową, ale pamiętałam swoje myśli i plany samobójcze, jeszcze tego samego dnia rano lęk paraliżował mnie tak, że nie umiałam się ruszyć. Jechałam tam z myślą, że powiem jej na początku "pani doktor, powiem co mi jest, ale niech mi pani obieca, że nie wsadzi mnie pani do szpitala przed 18 listopada!". Byłam spanikowana.
Gdy nadeszła chwila mojego wejścia do gabinetu zebrałam się w sobie i weszłam. Powiedziałam to, co piszę tu na blogu, powiedziałam o Krakowie, o opinii moich bliskich, o tym jak ciężka była depresja i że chyba się już kończy, pokazałam jej mój prywatny dziennik żeby sama mogła poczytać jak to wszystko przebiega "na bieżąco". Pytała o choroby psychiczne w rodzinie, o psychiatrów, do których chodziłam i leki, które brałam. Zapisała cztery kartki A4 notatek po czym je przejrzała, spojrzała na mnie i powiedziała, że ona nie rozumie leczenia, które zostało mi przypisane, że ono jeszcze bardziej mnie destabilizowało - te leki, które brałam doraźnie w dawkach, które miały dosyć szerokie widełki. Powiedziała, że ona leczyłaby mnie inaczej, że rzadko kiedy zdarza się pacjent, u którego tak jasno widać chorobę afektywną dwubiegunową.
Byłam w szoku.
Znaczy myślałam o tym wcześniej, ale usłyszeć coś takiego od lekarza to co innego.
Zapytałam czy w takim razie to wyklucza borderline? Powiedziała, że borderline też mam. I mam też objawy typowo nerwicowe.
Podobno to połączenie ChAD+borderline jest dosyć częste. Przy ChAD nierzadko wytwarza się zaburzenie osobowości z pogranicza, szczególnie gdy człowiek wychowuje się w niesprzyjających warunkach.
Mam leki przepisane na ChAD, będę się z lekarką widywać dosyć często, bo co tydzień-dwa na początku.
Nie wiem czy to trafna diagnoza, zobaczymy. Sądzę, że najbliższy rok to pokaże. Mam nadzieję.

Energia

Czuję się... niekomfortowo.
Jestem nerwowa i agresywna, wszystko mnie drażni. Niewiele trzeba, aby mnie wyprowadzić z równowagi.

Próbowałam wczoraj przygotować wykres dla pani doktor, który ukazałby moje wahania (przez ostatni rok lub nawet wcześniej). Danymi miały być: energia, samotność, bezsens i agresja. Potem doszłam do tego, że bezsens, zagubienie i pustka nie występują niezależnie, lecz zawsze ze sobą wzajemnie i są stałą w moim życiu - niezależnie od energii, radości czy agresji. Wykresu nie udało mi się zrobić, ale za to zauważyłam w sobie pewne rzeczy.

Energię dzielę na energię radosną i energię nerwową

energia


Energia nerwowa jest tym, co odczuwam od przedwczoraj. To nieumiejętność usiedzenia w miejscu, potrzeba robienia czegoś, aby zająć czas, aby zająć czymś ręce. To nieumiejętność odpoczywania, zrelaksowania się. Zwykle towarzyszy jej agresja, autoagresja lub jest początkiem lub końcem depresji.

Energia radosna to taka, która jest napędzana przez silnie odczuwaną radość, ekscytację i zachwyt. Towarzyszy jej (tak jak w przypadku energii nerwowej) nieumiejętność odpoczynku. Emocje, które w niej występują są najczęściej spowodowane jakimiś ludźmi, których uważam za wartych zachwytu lub Bogiem. Zwykle nie widzę świata poza obiektem mojej fascynacji.

Jest też brak energii - depresja. Można powiedzieć, że wtedy w końcu przychodzi czas na odpoczynek, ale kto miał choćby krótki epizod depresji ten wie, że nie da się wtedy odpocząć. W depresji jestem zagubiona, zalękniona, każde słowo odbieram przeciwko sobie i nie znajduję zrozumienia ani w Bogu ani w ludziach. Jestem słaba, śpiąca i zmęczona. Trudność w wykonywaniu prostych czynności, brak koncentracji i dziury w pamięci rodzą we mnie frustrację i brak nadziei.

Schemat mojego życia wygląda następująco:

energia radosna --> energia nerwowa --> depresja --> energia nerwowa --> energia radosna... 
i tak dalej.

Jak już wspominałam są również pewne stałe, czyli: bezsens, zagubienie, pustka i nieumiejętność określenia celu, do którego zmierzają moje działania.

Może nie udało mi się tego umiejscowić na żadnej osi czasu ani na wykresie, ale myślę, że to i tak przydatne informacje dla psychiatry.

Zmiana lekarza psychiatry

Długo mnie tu nie było, bo nie miałam ochoty pisać. Nawet nie miałam o czym, bo wszystko stało w miejscu. Ani poprawy, ani terapii ani nic specjalnego…

W tym czasie zmieniłam lekarza psychiatrę. Teraz chodzę na NFZ. Ten lekarz polecił mi psycholożkę, też na NFZ, z tej samej przychodni, która podobno jest dobra. Na skierowaniu do niej miałam wpisane borderline…



Ten lekarz jest inny. Bardzo żywy, dużo mówi, nawet się denerwuje, na co jestem wyczulona. Chociaż może to nie tyle zdenerwowanie co frustracja i chęć pomocy i złość, że coś idzie nie tak. Jest o wiele bardziej ludzki. Choć zakręcony i czasem mnie przytłacza. No i terminy są długie, widzę się z nim raz na 2-3 miesiące, a na recepty zostawiam wniosek w recepcji. W każdym razie oszczędzam i równocześnie jestem pod opieką dobrego psychiatry (ma bardzo dobre opinie) i mam terapię. Będę na nią chodziła w czwartki, co tydzień. Miałam już jedną wizytę i się wkurzyłam. Zorientowałam się, że moje zainteresowania są bezsensowne, że nie wiem co mnie w tych zainteresowaniach interesuje, dlaczego je lubię. Zorientowałam się też, że nie wiem dlaczego jestem w Kościele, co mnie w nim pociąga, co mnie w nim interesuje, zorientowałam się, że raczej nie nawiązuje w Kościele relacji z ludźmi. Jednak na Mszy św. zostałam pocieszona – może nic nie wiem, może jestem pusta, wszystko przede mną, ale na ten moment ja po prostu wierzę. A jak mówi Słowo Boże:

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”
(Mt 11, 25)


Lekarz polecił mi wycofywać powoli Oroes i dodaje pregabalinę. Na chwilę obecną moje leczenie farmakologiczne wygląda w ten sposób:

antydepresant: oroes [escitalopramum] 20mg (to max. dawka i powoli z niego schodzę – mam czas do końca września)

stabilizator: pregabalina 300mg (docelowo 600mg)
nasennie: ketipinor[kwetiapina] 50mg (mogę brać do 75mg-doraźnie)

uspokajające: alprox [alprazolamum] 0.5mg (doraźnie)

Ze skutków ubocznych to masakryczne kręcenie się w głowie przy odstawianiu oroesu. Poza tym stawiam na to, że przez pregabalinę mam problemy z pamięcią, zapominam słów, myślę „czwartek” mówię „wtorek”, jestem nieco na „haju”. Czasem działa tak, że czuję równocześnie senność i jakieś takie pobudzenie. Docelowo ma działać stabilizująco, nie blokować emocji – nie ma mieć działania ani sadującego ani euforystycznego, ma spokojnie tonować. Pomimo tego „haju” i nieogarnięcia lubię ten lek. Dzięki niemu jak na razie budzę się z mniejszym bądź zerowym niepokojem. Po prostu wstaję i zaczynam dzień, a nie, że budzę się i już jestem spięta, bo muszę zrobić herbaty ;)

Niestety miałam w tym czasie napad anoreksji, który trwał kilka tygodni. Już jest lepiej, ale dalej boję się uprawiać sport. Lekarz powiedział, że mam nie ćwiczyć tak, aby to było męczące, takie ostre tylko moją aktywnością powinien być np. spacer, coś normalnego, spokojnego co nie będzie kierowało moich myśli w kierunku spalania kalorii. Nie wiem czy to jest możliwe ;)

Zakochałam się w Łagiewnikach. Byłam tam już trzy razy w przeciągu tego czasu od ostatniego wpisu. Zawsze miałam sentyment do Łagiewnik, bo św. Faustyna to pierwsza święta, którą poznałam. Jednak postanowiłam sobie, że będę Łagiewniki odwiedzać przynajmniej raz w miesiącu! To piękne miejsce.

Chciałabym porozmawiać z siostrą, bo zorientowałam się, że bardzo się boję, że nie spełniam jej oczekiwań i mam też do niej żal o wiele rzeczy. Na razie jednak nie mam odwagi.

To nie jest wszystko, co chciałam tutaj napisać, ale już mi ciężko układać zdania. Myślę, że teraz będę pisać częściej, bo zaczynam terapię, więc pewnie sporo myśli będzie mi przechodzić przez głowę ;)

Dziękuję za obecność i cierpliwość w czytaniu :)  :)  :)



Aaa! Jeszcze jedno!

W czwartek idę do fryzjera i robie zmianę image’u! Będę miała grzywkę! 

Są spore szanse na to, że wyjdzie tak, jak chcę, bo wydaje się, że mam podobne włosy do pani, która jest moją inspiracją. Mam nieco inną twarz, ale brwi podobne. Także będzie ekstra. Kupiłam sobie też soczewki kontaktowe, bo boję się, że okulary+grzywka i będę wyglądać jak brzydula. Zobaczymy. W każdym razie soczewki były tanie i zawsze warto je mieć, więc spoko ;)




borderline

Cóż to był za dzień! Byłam z ojcem godzinę na rowerach, potem poszłam jeszcze pobiegać. Tyle sportu to ja nie miałam od kilku miesięcy.

Jest lepiej niż było. Potrafię się spotkać z przyjaciółką, potrafię zadzwonić do siostry czy babci. W pracy zaczyna mi się podobać.

Wróciłam do rysowania. Staram się codziennie coś naszkicować żeby się szkolić – i nie przejmować się, że nie wychodzi, bo praktyka czyni mistrza :)

Nie pisałam długo, bo nie miałam natchnienia, a w końcu to blog jest dla mnie a nie ja dla bloga. Nie będę się zmuszać.

Byłam dzisiaj u lekarza. Miesiąc temu zwiększył mi dawkę Oroesu i od tej pory zaczęło się poprawiać. Szału ni ma, ale już potrafię cokolwiek zrobić. Na przykład poprosić o pomoc. Poprosiłam przyjaciółkę żeby pomogła mi znaleźć psychoterapeutę. Wcale nie było łatwo o to poprosić, nosiłam się z tym kilka dni, a jak doszło co do czego to ledwo to wykrztusiłam. Nie wiem czy A. wie jak trudne to dla mnie było.

Lekarz postanowił, że zostajemy na tych dawkach, które mam i wypisał mi recepty na trzy miesiące. Jest tylko jeden problem. Wstępna diagnoza… najbliżej mi do borderline. No jak się o tym  dowiedziałam to czułam się jak wtedy, kiedy wypowiedział słowo depresja - jakbym dostała w pysk.

To na razie wstępna diagnoza, więc może to nie prawda. Tak naprawdę przekonam się jak w końcu pójdę na tę terapię.

Lekarz psychiatra

Śpiąca jestem…

Wczoraj nic nie zrobiłam. Chociaż nie, byłam z tatą wyczyścić groby babci i prababci na cmentarzu. Fajna pogoda była, ciepło – nawet w krótkim rękawku było mi ciut za ciepło. Potem pojechaliśmy do mnie do mieszkania i ogarnęliśmy rower. Niedługo przesiadam się na dwa koła.

Jak wróciliśmy do domu to byłam taaaaaaka słaba i zmęczona. No, dokładnie taka! ;) Nic już później nie robiłam. Leżałam, oglądałam telewizję i jadłam. Zmobilizowałam się tylko żeby wyjść do sklepu po mleczko w tubce, bo mnie naszła taka ochota, że hej! Potem mnie brzusio bolał.

Ale pomimo zmęczenia i ketipinoru nie umiałam zasnąć za bardzo. Ale w końcu się udało. I tak wstałam rano, posprzątałam w mieszkaniu i… do łóżka pisać notkę na bloga.

Mama mnie zapisała do psychiatry na NFZ, mam wizytę 31 maja. Wiem jakie są jej intencje – chce żebym mniej płaciła. Tylko, że ona tego tak nie wyraża. Podburza mi zaufanie do obecnego lekarza. Komentuje, że jej się te moje leki od początku nie podobają, że już powinno być lepiej, że ten lekarz, do którego mnie zapisała ma bardzo dobre opinie. Pokazałam jej opinie o moim lekarzu – stwierdziła, że o tamtym piszą to samo. No widzisz. Ja rozumiem o co jej chodzi, tylko że czuję się jakby podważała mój wybór, jakbym poddawała się pod opiekę jakiemuś konowałowi. A to nie prawda. Z rozwagą szukałam lekarza. I nie mogę czekać na wizytę dwa miesiące! Szczególnie przy doborze leków. Jak już będę miała dobre leki dobrane to ok, mogę iść na NFZ, bo już nie powinny się zdarzać nagłe skutki uboczne typu samookaleczenia czy próby samobójcze. Ale teraz ja naprawdę potrzebuję lekarza do którego będę mogła się dostać w ciągu maksymalnie kilku dni. Do którego mogę w nagłej sytuacji zadzwonić.

Idę 13 kwietnia do lekarza (we wcześniejsze dni kiedy miał wolne terminy ja pracuję) i opiszę mu jak działają na mnie te leki. Powiem, że nie ma zbytniej poprawy. I będziemy decydować dalej.
© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X