Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leki uspokajające. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leki uspokajające. Pokaż wszystkie posty

Załamanie

Nie mam siły na nic.
Psychicznie i fizycznie.
Płakałam. Wczoraj i dziś.
Wczoraj miałam jakieś załamanie. Nie wiem skąd. Coś we mnie pękło.
Nawet nie mam siły pisać.
Wczoraj mogłam się zabić. Nie wiem. Brat. Nie potrafię po prostu znieść tego gościa. Jego prowokacyjnego zachowania. I tej bezsilności wobec niego. I tego, że ja nie chcę kłótni i staram się żeby ich nie było. I nie mam głosu. 

Nie potrafię, nie mam, nie wiem.
Uwodziciel mi chyba wczoraj uratował życie. Nie wie o tym. Chciałam wziąć więcej tabletek, nie żeby się zabić (nie byłam pewna) tylko żeby zniknąć na trochę. Chciałam do niego zadzwonić i życzyć dobrej nocy, a on niespodziewanie zaczął więcej gadać. I przegadaliśmy dwie godziny, było mi lepiej. Potem przed północą, jak wrócili brat z tatą to znowu do niego zadzwoniłam żeby ich nie słuchać. Gadaliśmy do pierwszej aż tamci zasnęli. Rano tata zajrzał do pokoju sprawdzić czy żyje. Nie wiem czy rzeczywiście chciał to sprawdzić czy nie, ale jeśli tak to moją przytomność zawdzięcza Uwodzicielowi. Obudziłam się w południe. Nie potrafiłam nic. Wszystko za trudne, za ciężkie, nie dam rady wstać z łóżka. Nie dam rady. Ale trzeba, nie mogę się poddać, bo szesnastego spotkanie dłuższe z Uwodzicielem. Potem mogę iść do szpitala. Ale nie wcześniej. Jeszcze tylko to spotkanie, to jedno.
Tak jakby zamykały mi się kolejne drogi. Co z pracą? Co z moim życiem jak będę bez niej? Ale jak się nie ogarnę to nie będzie żadnego  życia. A jeśli w szpitalu mnie postawią na nogi (o ile) to wtedy może nie będzie tak ciężko ogarnąć pracy. Jejku. Nie wiem, nie wiem...


depresja rozpacz lęki



To mój wpis z dziennika, który napisałam kilka godzin temu. Byłam totalnie bez sił, nie potrafiłam nawet sklecić zdania. 
Teraz jest trochę lepiej, jak co wieczór.
Wczoraj rano miałam sesję z terapeutką, na której dowiedziałam się, że w tym i przyszłym miesiącu mogę mieć jedynie dwa refundowane spotkania, a w przyszłym roku nie wiadomo jak będzie.
Na tej sesji zapadły mi w pamięć jej słowa, że jeśli w dalszym ciągu będę pozwalała na ten ogromny dysonans jaki jest pomiędzy tym co czuję, a tym co okazuje na zewnątrz to będzie tylko gorzej.
Może stąd to moje wczorajsze załamanie?
Codziennie słyszę jak pijany tata mówi o mnie o moim bracie, że jesteśmy dorośli i jak nam się nie podoba to wypad. Dzień w dzień. Ignorowałam to, udawałam, że nie słyszę... ale bardzo starałam się nie podpaść. Sprzątałam w mieszkaniu i pilnowałam żeby codziennie był obiad. Wiedziałam, że gdyby to nie było zrobione to mój brat mógłby wylecieć z mieszkania. Chciałam go przed tym uchronić. Ale on nic, siedział i grał na kompie. Miał to w dupie. I tylko prowokował, dogadywał... I wczoraj też to zrobił. Powiedziałam mu, że mógłby z siebie wykrzesać choćby trochę bezinteresowności. Powiedział, że chyba mnie pojebało i on nigdy nie będzie bezinteresowny. Kolejna kropla do czary goryczy.
Poszłam do pokoju i słyszałam jak tata się nakręca znowu na "jak wam się nie podoba to wypierdalać" i "macie się dogadać między sobą". Moja frustracja rosła. Z nim się nie da dogadać, można tylko robić za niego. I co ja mam zrobić? Frustracja, agresja, lęk, poczucie krzywdy, zagubienie... Miałam ochotę iść tam do nich i się na nich rzucić z łapami, ale zwyczajnie bałam się, że mogę brata przez przypadek zabić, tyle było we mnie agresji, i zaczęłam płakać. Poszłam do mamy (też pijanej) i przytuliłam się do niej. Miałam potężne myśli samobójcze. Nie widziałam wyjścia z tego wszystkiego.
W końcu oni wyszli pić na dworze. Po godzinie wyszłam po papierosy i spotkałam ich nawalonych w sklepie. Tata spojrzał na mnie z pijackim zadowoleniem, nasze oczy się spotkały - z moich zionęła pustka, jestem tego pewna. Przecież bardzo poważnie rozważałam wtedy samobójstwo. Wzięłam gorącą kąpiel i chciałam wziąć więcej tabletek. Nie zabiłabym się na pewno, nie mam ich na tyle... Chciałam się wyłączyć kompletnie. Zadzwoniłam jeszcze do Uwodziciela żeby życzyć mu dobrej nocy i, tak jak pisałam w dzienniku, przegadaliśmy pół nocy. 
Kiedy wstałam byłam tak bardzo bez sił. Tak bardzo.
Ale chyba udało mi się ogarnąć.
Trzeba się wziąć w garść. Jeśli za dwa tygodnie dalej będzie beznadziejnie to idę do szpitala. Stracę pracę w ochronie. Będzie kurwa gówno. Ale może to coś da? A może za dwa tygodnie już będzie lepiej? Zacznie się górka? Przecież ten stan nie może trwać bez końca, zawsze się kończy.

Zmiana lekarza psychiatry

Długo mnie tu nie było, bo nie miałam ochoty pisać. Nawet nie miałam o czym, bo wszystko stało w miejscu. Ani poprawy, ani terapii ani nic specjalnego…

W tym czasie zmieniłam lekarza psychiatrę. Teraz chodzę na NFZ. Ten lekarz polecił mi psycholożkę, też na NFZ, z tej samej przychodni, która podobno jest dobra. Na skierowaniu do niej miałam wpisane borderline…



Ten lekarz jest inny. Bardzo żywy, dużo mówi, nawet się denerwuje, na co jestem wyczulona. Chociaż może to nie tyle zdenerwowanie co frustracja i chęć pomocy i złość, że coś idzie nie tak. Jest o wiele bardziej ludzki. Choć zakręcony i czasem mnie przytłacza. No i terminy są długie, widzę się z nim raz na 2-3 miesiące, a na recepty zostawiam wniosek w recepcji. W każdym razie oszczędzam i równocześnie jestem pod opieką dobrego psychiatry (ma bardzo dobre opinie) i mam terapię. Będę na nią chodziła w czwartki, co tydzień. Miałam już jedną wizytę i się wkurzyłam. Zorientowałam się, że moje zainteresowania są bezsensowne, że nie wiem co mnie w tych zainteresowaniach interesuje, dlaczego je lubię. Zorientowałam się też, że nie wiem dlaczego jestem w Kościele, co mnie w nim pociąga, co mnie w nim interesuje, zorientowałam się, że raczej nie nawiązuje w Kościele relacji z ludźmi. Jednak na Mszy św. zostałam pocieszona – może nic nie wiem, może jestem pusta, wszystko przede mną, ale na ten moment ja po prostu wierzę. A jak mówi Słowo Boże:

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”
(Mt 11, 25)


Lekarz polecił mi wycofywać powoli Oroes i dodaje pregabalinę. Na chwilę obecną moje leczenie farmakologiczne wygląda w ten sposób:

antydepresant: oroes [escitalopramum] 20mg (to max. dawka i powoli z niego schodzę – mam czas do końca września)

stabilizator: pregabalina 300mg (docelowo 600mg)
nasennie: ketipinor[kwetiapina] 50mg (mogę brać do 75mg-doraźnie)

uspokajające: alprox [alprazolamum] 0.5mg (doraźnie)

Ze skutków ubocznych to masakryczne kręcenie się w głowie przy odstawianiu oroesu. Poza tym stawiam na to, że przez pregabalinę mam problemy z pamięcią, zapominam słów, myślę „czwartek” mówię „wtorek”, jestem nieco na „haju”. Czasem działa tak, że czuję równocześnie senność i jakieś takie pobudzenie. Docelowo ma działać stabilizująco, nie blokować emocji – nie ma mieć działania ani sadującego ani euforystycznego, ma spokojnie tonować. Pomimo tego „haju” i nieogarnięcia lubię ten lek. Dzięki niemu jak na razie budzę się z mniejszym bądź zerowym niepokojem. Po prostu wstaję i zaczynam dzień, a nie, że budzę się i już jestem spięta, bo muszę zrobić herbaty ;)

Niestety miałam w tym czasie napad anoreksji, który trwał kilka tygodni. Już jest lepiej, ale dalej boję się uprawiać sport. Lekarz powiedział, że mam nie ćwiczyć tak, aby to było męczące, takie ostre tylko moją aktywnością powinien być np. spacer, coś normalnego, spokojnego co nie będzie kierowało moich myśli w kierunku spalania kalorii. Nie wiem czy to jest możliwe ;)

Zakochałam się w Łagiewnikach. Byłam tam już trzy razy w przeciągu tego czasu od ostatniego wpisu. Zawsze miałam sentyment do Łagiewnik, bo św. Faustyna to pierwsza święta, którą poznałam. Jednak postanowiłam sobie, że będę Łagiewniki odwiedzać przynajmniej raz w miesiącu! To piękne miejsce.

Chciałabym porozmawiać z siostrą, bo zorientowałam się, że bardzo się boję, że nie spełniam jej oczekiwań i mam też do niej żal o wiele rzeczy. Na razie jednak nie mam odwagi.

To nie jest wszystko, co chciałam tutaj napisać, ale już mi ciężko układać zdania. Myślę, że teraz będę pisać częściej, bo zaczynam terapię, więc pewnie sporo myśli będzie mi przechodzić przez głowę ;)

Dziękuję za obecność i cierpliwość w czytaniu :)  :)  :)



Aaa! Jeszcze jedno!

W czwartek idę do fryzjera i robie zmianę image’u! Będę miała grzywkę! 

Są spore szanse na to, że wyjdzie tak, jak chcę, bo wydaje się, że mam podobne włosy do pani, która jest moją inspiracją. Mam nieco inną twarz, ale brwi podobne. Także będzie ekstra. Kupiłam sobie też soczewki kontaktowe, bo boję się, że okulary+grzywka i będę wyglądać jak brzydula. Zobaczymy. W każdym razie soczewki były tanie i zawsze warto je mieć, więc spoko ;)




Inny świat

Ostatnie trzy-cztery dni były bardzo trudne. Nie dość, że informacja o możliwym borderline to jeszcze bardzo niesprzyjająca sytuacja rodzinna i atak paniki. Byłam (jestem) kłębkiem nerwów. Wczoraj byłam już tak wściekła, przerażona i zmęczona, że miałam ochotę zatłuc wszystkich domowników. I siebie. Było we mnie tak dużo agresji, że ciężko to opisać. Rano wzięłam alprox, wieczorem relanium. Wysprzątałam najbardziej obrzydliwe fragmenty łazienki. I te najbardziej męczące. Ze względu na niesprzyjającą sytuację bałam się wyjść z domu, więc nie mogłam iść biegać. To mnie dodatkowo frustrowało. Kiedy myślałam o tym, że mam iść dzisiaj do pracy to robiło mi się słabo. Nie wyobrażałam sobie tego.

Jednak dzisiaj rano już było lepiej. Po prostu tam idź – powtarzałam sobie. No i przyszłam. Od pewnego czasu miałam ochotę przeczytać jakąś książkę Stephena Kinga. Przeczytałam w życiu już kilkanaście jego książek, ale odkąd mieszkam sama to staram się ich nie czytać. Tym bardziej teraz – kiedy pracuję w ochronie… nocne obchody i te sprawy. Jednak dzisiaj pokusa wzięła górę. Od rana czytam „Cmęntarz zwieżąt” i bardzo się tym cieszę. Jestem podekscytowana tym jak wspaniale jest się oderwać od realnych problemów i zagłębić się w tajemniczy, szalony i fantastyczny świat wyobraźni Kinga. Zapomnieć o tym co się dzieje we mnie, wokół mnie. Jeśli się stresować to tylko tym, czym się stresują bohaterowie powieści.

W środę wracam do siebie do mieszkania. Już nie umiem się doczekać. U rodziców było mi dobrze, choć niekoniecznie są to sprzyjające warunki. Tylko czy dla mnie takie istnieją? Już wiem, że niezależnie czy jestem z kimś czy sama to nikt nie uchroni mnie przede mną samą. Jak chcę sobie coś zrobić to to robię. To ja muszę nad sobą panować – bądź nie. Nikt mnie nie przypilnuje.

Lekarz psychiatra

Śpiąca jestem…

Wczoraj nic nie zrobiłam. Chociaż nie, byłam z tatą wyczyścić groby babci i prababci na cmentarzu. Fajna pogoda była, ciepło – nawet w krótkim rękawku było mi ciut za ciepło. Potem pojechaliśmy do mnie do mieszkania i ogarnęliśmy rower. Niedługo przesiadam się na dwa koła.

Jak wróciliśmy do domu to byłam taaaaaaka słaba i zmęczona. No, dokładnie taka! ;) Nic już później nie robiłam. Leżałam, oglądałam telewizję i jadłam. Zmobilizowałam się tylko żeby wyjść do sklepu po mleczko w tubce, bo mnie naszła taka ochota, że hej! Potem mnie brzusio bolał.

Ale pomimo zmęczenia i ketipinoru nie umiałam zasnąć za bardzo. Ale w końcu się udało. I tak wstałam rano, posprzątałam w mieszkaniu i… do łóżka pisać notkę na bloga.

Mama mnie zapisała do psychiatry na NFZ, mam wizytę 31 maja. Wiem jakie są jej intencje – chce żebym mniej płaciła. Tylko, że ona tego tak nie wyraża. Podburza mi zaufanie do obecnego lekarza. Komentuje, że jej się te moje leki od początku nie podobają, że już powinno być lepiej, że ten lekarz, do którego mnie zapisała ma bardzo dobre opinie. Pokazałam jej opinie o moim lekarzu – stwierdziła, że o tamtym piszą to samo. No widzisz. Ja rozumiem o co jej chodzi, tylko że czuję się jakby podważała mój wybór, jakbym poddawała się pod opiekę jakiemuś konowałowi. A to nie prawda. Z rozwagą szukałam lekarza. I nie mogę czekać na wizytę dwa miesiące! Szczególnie przy doborze leków. Jak już będę miała dobre leki dobrane to ok, mogę iść na NFZ, bo już nie powinny się zdarzać nagłe skutki uboczne typu samookaleczenia czy próby samobójcze. Ale teraz ja naprawdę potrzebuję lekarza do którego będę mogła się dostać w ciągu maksymalnie kilku dni. Do którego mogę w nagłej sytuacji zadzwonić.

Idę 13 kwietnia do lekarza (we wcześniejsze dni kiedy miał wolne terminy ja pracuję) i opiszę mu jak działają na mnie te leki. Powiem, że nie ma zbytniej poprawy. I będziemy decydować dalej.

Ketipinor

Minął tydzień. Nogi mnie swędzą, bo się goją. Ale jak to mówią cierp ciało jak się chciało.

Tak trochę staram się do tego podchodzić z humorem, bo inaczej to przecież bym się… znienawidziła.


W poniedziałek dostałam od lekarza receptę na kolejny lek. Ketipinor 25mg. Powiedział, że przepisuje mi go, aby mnie stłumić, wyciszyć. A to dlatego, że mam mnóstwo agresji w sobie i żalu, a w dodatku kiepsko ze snem. Tutaj mógł pomyśleć, że trochę się mieszam w zeznaniach, bo na drugiej wizycie mu powiedziałam, że raczej nie mam problemów ze snem, a na trzeciej, że mam… No, ale się zmieniło, co poradzić. Może to przez Oroes.

Co nieco o leku:
Lek z grupy neuroleptyków, należący do grupy pochodnych diazepiny, stosowany w leczeniu schizofrenii i choroby afektywnej dwubiegunowej.

Brzmi groźnie, ale nie ma tak źle. Poza tym, że to neuroleptyk, czyli już dużo poważniejszy lek niż Oroes.

W schizofrenii i CHaD stosuje się dużo wyższe dawki niż moje. Ja mam max. 75mg, a w tych chorobach jest nawet i 600-800mg. Lekarz mi powiedział, że można nawet dojść do 1000mg/dobę. Z tego, co czytałam w internecie to często w depresji lekarze przepisują właśnie kwetiapinę na problemy ze snem.

A teraz jak to ustrojstwo na mnie działa… To jest ciekawa rzecz. Mogę sobie ustalać dawkowanie sama byleby nie przekroczyć 75mg. Jedna tabletka ma 25mg. Więc mogę brać w schemacie rano-popołudnie-wieczór np. 0-0-25, albo 25-0-25, albo 25-25-25, albo 25-0-50. Bez sensu byłoby brać 25-0-0, bo w nocy bym nie spała ;)

Pierwszą tabletkę wzięłam w poniedziałek wieczorem… I teraz relacja. Do czwartku miałam wolne, w piątek pierwszy dzień szłam do pracy (okres ochronny się skończył ;) )

wtorek: obudziłam się po dosyć niespokojnym, ale nieprzerywanym śnie, spałam ok. 9 godzin. Jak się przebudziłam to ok. 15 minut zastanawiałam się czy mogę wstać, bo kręciło mi się w głowie. Byłam trochę przymulona, ale koło południa ten skutek uboczny ustąpił i miałam po prostu… dobry humor! Miałam dość sporo energii i odwagi. Odwagi to nawet więcej niż sporo, zaskoczyłam samą siebie w jednej sytuacji ;) Pojawiła się we mnie jakaś taka… obojętność? Asertywność? Coś takiego, że kiedy nie miałam na coś ochoty to nie było dla mnie problemem zakomunikowanie tego.

środa: byłam bardzo przymulona. Tylko bym spała. Miałam kilka rzeczy do załatwienia, ale jak tylko mogłam to się kładłam i leżałam przynajmniej kilkanaście minut. Nastrój kiepskawy, takie trochę zombie byłam.

czwartek: obudziłam się podminowana, rozbita, rozdrażniona, agresywna. I tak było przez większość dnia. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Obiecałam rodzicom, że tego dnia zrobię wypasioną zapiekankę z makaronem i musiałam z tatą jechać do sklepu po zakupy. Nie wiem jak opisać ten stan. Chodziłam po sklepie i czułam się jakbym była obok siebie. Czułam się obca i patrzyłam na świat innymi oczami. Byłam zwyczajnie przyćpana. Jakieś takie odrealnienie mnie dopadło. Jak wróciłam do domu to wzięłam się za gotowanie, ale bardzo się trzęsłam, rozpierała mnie jakaś taka chora energia. Kiedy brat zrobił coś nie po mojej myśli to ostatkiem sił powstrzymałam się żeby się na niego nie wydrzeć. Wzięłam połówkę Alproxu, czyli 0,25mg i po chwili troszkę się uspokoiłam. Dalej się trzęsłam, ale nie byłam w środku tak roztrzęsiona. Zastanawiałam się czy nie wziąć całej tabletki, ale wiedziałam, że czeka mnie wizyta u fryzjera z przyjaciółką i wspólny obiad, więc przeczuwałam, że jej obecność mi pomoże. I rzeczywiście tak się stało, wieczorem już byłam sobą.

piątek: pierwszy dzień w pracy na lekach. Byłam śpiąca, ale nie jakoś bardzo. Lek zdecydowanie mniej teraz działa nasennie, nie jest tak jak pierwszego dnia – obuchem w łeb i spać. Teraz mam wrażenie, że po prostu wspomaga zasypianie. Byłam trochę nieobecna, miałam zwiechy, ale umiałam rozmawiać z ludźmi. Było dobrze (w dalszej części Wam napiszę o „chłopcu”, który pojawiał się w poprzednich notkach). Na nockę nie wzięłam Ketipinoru, bo jednak się bałam, że nie obudzę się na nocne obchody… Muszę któregoś dnia spróbować wziąć go jak będę zmęczona i spróbować nie spać żeby zrobić sobie próbkę przed wzięciem go w pracy. Niby już nie działa tak silnie, ale łatwo się mówi jak w każdej chwili mogę się położyć do łóżka…

sobota (dziś) : rano, gdy wróciłam z pracy wzięłam zaległą tabletkę, ale zupełnie nie czułam działania nasennego. Pomyślałam, że to idealny moment żeby powoli zwiększyć dawkę i wzięłam drugą. Chcę dojść do 25-0-50. Mam nadzieję, że przy takim zestawieniu osiągnę cel, który z lekarzem chcemy osiągnąć, mianowicie wyciszenie tego agresora, którego mam w sobie. Na pracę z emocjami jeszcze przyjdzie czas, na razie chcę się stłamsić żeby przed podjęciem tej pracy nie zrobić sobie albo komuś jeszcze większej krzywdy.

Podsumowując. Nie wiem czy to Oroes zaczyna działać czy to po prostu Ketipinor mnie uspokaja, albo może to wpływ rodzinki, z którą teraz mieszkam (czyt. mam z kim pogadać), ale czuję się zdecydowanie lepiej niż tydzień temu, gdy się pocięłam.

Co do chłopca… Daję mu szansę. Może zrobiłam głupotę (choć nie wydaje mi się), ale on nie daje za wygraną i poprosiłam go wczoraj żeby do mnie przyszedł na stanowisko i poszliśmy na spacer. Powiedziałam mu, że naprawdę świetny z niego facet, ale trafił na najgorszy możliwy moment w moim życiu i ma pecha. Zapytał się czy chodzi o jakieś poprzednie związki, powiedziałam mu, że nie, że po prostu sporo się w moim życiu dzieje i nie mam ani ochoty, ani siły na angażowanie się w jakiekolwiek nowe znajomości. W dalszej rozmowie powiedziałam mu, że… mam depresję. Pomyślałam – no cóż, jak rozgada to będzie wiadomo, że nie wart żadnej uwagi, a ja i tak nie chcę tam pracować xD Zachował się bardzo w porządku, okazało się, że ma w najbliższym otoczeniu już kogoś z depresją. Powiedziałam mu też, że w związku z tym albo uzbroi się w anielską cierpliwość albo niech zawczasu odpuści, bo inaczej nie ma sensu. Powiedział, że jest cierpliwy. I przyniósł mi obiecaną kiedyś gorącą czekoladę na moje stanowisko. (Wymawiałam się kilka tygodni temu ze spotkania z nim, zapraszał mnie właśnie na gorącą czekoladę. Kiedy dałam mu do zrozumienia, że nie ma szans na spotkanie po pracy to powiedział, że czekolada przyjdzie do mnie).

Dzięki temu, że tak przedstawiłam mu sprawę czuję się wolna w tej znajomości i nie boję się, że zrobię coś nie tak. Przedstawiłam mu sytuację i jak chce to niech się stara. A ja wcale nie muszę mieć ochoty z nim rozmawiać. Ot co.

Może zrobiłam głupio, ale on wydaje się być taki… normalny. Taki swojski. Wydaje się, że można mu zaufać. Cóż, najwyżej się przejadę na własnej naiwności. Jestem dobrej myśli.

Powinnam - czyli telefoniczne relacje międzyludzkie

Od wczoraj czuję się kiepsko. Nie wiem czy to przez depresję, przez antydepresanty czy może przez zbliżający się okres. Który chyba dostałam..? Może ten znak zapytania jest tutaj nie na miejscu, a słówko „chyba” zdaje się być mylące, ale jest jedna rzecz, która bardzo mnie dziwi. Nie boli mnie brzuch. Od ponad dwóch lat bardzo ciężko przechodziłam dwa pierwsze dni miesiączki. Do tego stopnia, że pomagał jedynie ketonal i nierzadko wolne w pracy.

A teraz nic mnie nie boli.

Jednym ze skutków ubocznych moich leków jest krwawienie, ale termin mi się zgadza. Hmm… Jeżeli antydepresanty będą działały na moje bóle miesiączkowe to mogę je brać całe życie, nie mam nic przeciwko ;)

Zastanawia mnie jednak jeszcze jedno… a może mój ból miesiączkowy siedział w głowie? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale może..?

***

Napisałam dzisiaj do siostry smsa sugerującego potrzebę kontaktu. Wie o depresji, napisałam jej, że źle się czuję, że nie wiem czy to przez leki czy nie i że nie mam ochoty z nikim gadać. A ponieważ ta niechęć jest bardzo silna to pomyślałam, że powinnam się do kogoś odezwać i pogadać, choćby smsowo. Nie odpisała, nie zadzwoniła. Nie wiem czy zignorowała smsa czy może zapomniała telefon z pracy (to do niej podobne), ale jest mi trochę przykro z tego powodu.


Jutro zwiększam dawkę leku. Lekarz przepisał mi Oroes 10mg 30 tabl. i doraźnie Alprox 0,5mg tabl.

Oroesu przez pierwszy tydzień miałam brać 5mg rano, a potem zwiększyć dawkę do jednej tabletki czyli 10mg. No i jutro nadchodzi ten dzień zwiększenia dawki.

Dotychczas nie odczułam jakichś silnych skutków ubocznych. No może suchość w ustach, dużo więcej piję ostatnio wody, i drżenie mięśni.

Wczoraj nie wytrzymałam i wzięłam też Alprox. Od rana miałam koszmarny humor, zdarzyło się kołatanie serca, totalne zniechęcenie (naprawdę umycie kilku kubków było dla mnie nie lada wyzwaniem) i mocne napięcie mięśni. Przyznam, że nie bardzo mi pomógł. Może zrobiłam się troszkę senna… ale żeby spokojniejsza? Nie bardzo.

Mój plan na jutro to wyłączyć telefon. I być może zostawić go wyłączonym aż do niedzielnego popołudnia. Nie chcę myśleć o tym do kogo powinnam zadzwonić, do kogo powinnam napisać itp., telefon mnie mocno przytłacza. Prawdę mówiąc nie umiem sobie tego wyobrazić. Mam wrażenie, że wyłączony telefon jeszcze bardziej mnie zestresuje i wpędzi w poczucie winy, w poczucie robienia krzywdy innym. Ale spróbuję. Chcę się uwolnić od telefonu. Uprzedziłam już większość najważniejszych osób, została jeszcze przyjaciółka. Gdybym im wszystkim nie powiedziała, że chcę wyłączyć telefon to na pewno nie byłabym w stanie tego zrobić. Nie zniosłabym myśli, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować i nie wie co się dzieje.

© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X