Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

Relacja z urlopu

 Witajcie ❤

Od 1 do 12 lipca byłam na urlopie. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że to był mój najlepszy urlop w dotychczasowym życiu. Przyznaję, nie było ich zbyt wiele ( 😉 ), ale z tych, które były ten zdecydowanie się wyróżnia.

Wyjechałam do Krakowa. Pierwsze pięć dni spędziłam u Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach w Domu św. Faustyny. Zaskoczeniem dla mnie samej było to, że poszłam do spowiedzi, a myślałam, że już nigdy w życiu nie pójdę. Myślałam, że dla mnie już nie ma łaski. Ale poszłam do kaplicy z cudownym obrazem Jezusa Miłosiernego, aby pomodlić się za przyjaciółkę, która o to prosiła… I jak usiadłam tam na chwilę to poczułam jak małe są moje grzechy w porównaniu z Bożym Miłosierdziem. I w myśl zasady „A teraz prędko zanim dojdzie do nas, że to bez sensu” (cyt. Król Julian) po prostu ruszyłam do konfesjonału. Jeszcze nigdy nie miałam tak dobrej spowiedzi. Od tego dnia codziennie chodziłam na Mszę św. I z pierwszej części mojego urlopu zrobiły się po prostu samotne rekolekcje. To był wspaniały czas z Bogiem i samą sobą.

Po tych pięciu dniach pojechałam do koleżanki, która mieszka w Krakowie. Miałam u niej nocować jedną noc, a potem jechać już do domu i tam spędzić resztę urlopu, ale tak dobrze nam było ze sobą, że spędziłam z nią kolejne cztery dni. Ta część urlopu to był zachwyt drugim człowiekiem. Dużo rozmów, dużo inspiracji i spacerów, zwiedzania, odkrywania wspaniałych miejsc w Krakowie. Jestem wdzięczna za ten czas.

Od tygodnia chodzę do pracy. Ciężko jest mi się wdrożyć, ale wierzę, że dam sobie radę.

Mam długą przerwę w terapii. Pewnego dnia odmówiłam wizytę, bo coś mi wyskoczyło i nie poprosiłam o umówienie kolejnej. To było jakiś miesiąc temu. Pojechałam potem na ten urlop, gdy tylko przychodziła mi na myśl  terapia to uciekałam myślami w jakimkolwiek innym kierunku. Jednak dwa dni temu już zebrałam się na odwagę i napisałam do terapeutki smsa z przeprosinami, wytłumaczeniem, że byłam na urlopie, że nie chciałam o tym myśleć i obietnicą, że więcej coś takiego się nie powtórzy.

W ogóle terapia to jest ciekawy temat teraz. Zwykle tak po pół roku mam kryzys, bo nagle nie mam o czym mówić. Wtedy z terapii rezygnuję albo ciągnę jeszcze kilka miesięcy, a potem rezygnuje… Może to jest moment kiedy powinnam przejść do trudnych tematów, ale zwyczajnie nie wiem o czym mówić. Nie chcę teraz uciekać. Chcę przez to przejść. Muszę o tym porozmawiać z p. Olą.

Zdjęcie zrobione przeze mnie w pierwszym dniu w Krakowie. Bardzo podoba mi się ta chmura za Kościołem Mariackim.




Powspominamy? Wiara w Boga.

Bardzo się cieszę, że mam możliwość przypomnienia Wam tej notki. To świadectwo mojej wiary i niewiary równocześnie. Jejku, jak mnie ten post rusza do dziś. Brak słów. Po prostu proszę, przeczytajcie. 

Dodam tylko, że odpowiedź na pytanie postanowione na końcu, z perspektywy czasu, jest błędna. Nie, nie umiałam połączyć tych dwóch światów. Po kilku miesiącach zrezygnowałam… z Boga. 

29 września 2017 roku.

Oryginalna notka: Jak wierzyć w Boga?

Jak wierzyć w Boga? - cz. 2

Nieco ponad miesiąc temu, przed przeprowadzką do Krakowa, zadałam sobie następujące pytanie:
Męczona wątpliwościami zastanawiam się czy mogę żyć w ten sposób: chodzić na spotkania wspólnoty, uczyć się, słuchać i patrzeć na ludzi wierzących i żyjących według wartości katolickich i równocześnie poznawać to życie, które chcę poznać, czyli życie bez ograniczeń gdzie cały świat należy do mnie, a moralność jest kwestią względną.
Odpowiedziałam sobie na to pytanie:
tak, mogę.
Zaznaczyłam też, że:
Nic nikomu do tego, to moje życie i ja będę ponosić konsekwencje swoich działań. Być może ludzie mnie potępią… a może nie. Tego nie wiem. I nie chcę się tym przejmować.
A jak to wygląda teraz?

Jestem znowu w Katowicach, ale nie dlatego, że zostałam potępiona przez wspólnotę, lecz dlatego, że złamało mnie... przeziębienie. Przyjechałam do Krakowa i przepracowałam dwa dni po czym mnie rozłożyło. Przesiedziałam w domu tydzień i wróciłam do pracy - na kilka dni, bo znowu mnie zmogło. W ten oto sposób w listopadzie byłabym zmuszona utrzymać się z wynagrodzenia za kilka dni pracy, więc pewnie musiałabym się zadłużyć znowu u kilku osób. Doszło do tego ciągnące się spięcie z opiekunami wspólnoty, którzy z niewiadomych względów bardzo się mnie czepiali. Usłyszałam, że to moja wina, że jestem przeziębiona, że to wbrew miłości bliźniego, aby tak chorować i zarażać współlokatorki, które przyjęły mnie pod swój dach i że mam się przestać ze sobą bawić (to chyba dotyczyło lęków i depresji). Zaniepokoiło mnie to i brzmiało mi nieco sekciarsko. Na początku miałam nadzieję, że uda nam się wzajemnie zrozumieć i dogadać, ale po pewnym czasie ją straciłam. Za dużo przeciwności złożyło się na raz. W pracy od początku byłam na cenzurowanym, we wspólnocie też i w dodatku nie było mnie stać, aby wynająć sobie swój własny pokój, nie wspominając o męczącej mnie depresji.
Okazało się, że nie mogę uczestniczyć w życiu wspólnoty i równocześnie żyć tak, jak żyję. Nie dlatego, że ludziom w jakiś sposób to przeszkadzało, ale dlatego, że ja tak nie potrafiłam. Moje serce zawsze skłaniało się na jedną ze stron, nie potrafiłam tego połączyć.

Jeżeli jednak chodzi o relację z Bogiem to zdecydowanie się polepszyła. W czasie, gdy spierałam się z opiekunami wspólnoty bardzo często zwracałam się w stronę obrazu Jezusa Miłosiernego z wielkim buntem w sercu pt. "Boże, Ty przecież nie jesteś taki jak oni mówią!". Przez te kilka tygodni sprecyzowałam sobie trochę mój obraz Boga.

Wierzę w Boga Miłosiernego. W takiego, który zna mnie i moje uwarunkowania nieskończenie lepiej niż ja sama. Takiego, który w sytuacji, gdy ja się od Niego odwracam i wybieram coś zupełnie sprzecznego z Jego wolą, idzie za mną, wychwytuje każdą cząstkę dobra w moim sercu i czeka aż choćby bezgłośnym szeptem zwrócę się do Niego. Kiedy to zrobię jest gotowy, aby dać mi wszystko. To Bóg, którego imieniem jest JESTEM, więc nie ma możliwości, aby Go przy mnie nie było, to jest sprzeczne z Jego istotą. To Bóg, przed którym nie trzeba nic ukrywać, bo On i tak wszystko wie - i nie potępia, bo jest Miłością, Nadzieją i Wiarą. Jest zawsze ze mną, nigdy mnie nie zostawi i będzie stał po mojej stronie niezależnie od wszystkiego.




Stonowany luz, czyli o tych w Krakowie




Wszystko smakuje dobrze: jedzenie, rozmowy, dyskusje, sprzątanie, kąpiele, powietrze, muzyka, poezja... nawet modlitwa i wypełnianie własnych planów-obowiązków.

Czuję się tutaj dobrze, swobodnie, jak w domu. Współlokatorki są wspaniałe, opiekunka wspólnoty nas odwiedziła i zmotywowała do działania. Chce się żyć!

Poprosiłam Opiekunkę, aby pomogła mi szukać odpowiedzi na pytania i wątpliwości dotyczące wiary, które mnie nachodzą. Żeby pomogła mi zrozumieć, poznać, odnaleźć. Kiedy przypominam sobie jej twarz kiedy z nią rozmawiałam to czuję się spokojna. Jednak wiem też, że ona nie popuści, to jest kobieta, która działa. Dlatego wiem, że mogę na nią liczyć. Powiedziałam zarówno jej jak i współlokatorkom o moich chorobach - o depresji, nerwicy, o borderline. Wyjaśniłam o co chodzi, czym to się objawia i co wtedy może zrobić druga osoba, jak warto reagować. Nie wiedziałabym tego gdyby nie film Dwubiegunowej, w którym przeprowadziła wywiad ze swoim mężem. Jeśli to czytasz - dziękuję!

Wieczorem poszłam na spacer nad Wisłę, ponieważ płynie w mojej okolicy. Było ciemno, może nawet trochę strasznie... Ale było też wspaniale. Spacer to jeden z moich planów-obowiązków, które sobie ustaliłam na każdy dzień, aby się aktywizować. Wychodząc z mieszkania chciałam chodzić godzinę, choć sądziłam, że będę się męczyć tak długim spacerem. Szłam wiślaną aleją i miałam takie dziwne wrażenie, że właściwie to nie zmieniam swojego położenia, że idę w miejscu. To wrażenie było wywołane tym, że widok wcale się nie zmieniał: po lewej spokojnie płynęła Wisła, w której odbijały się światła kolejnych latarni, nad nią wisiał zimny, niewyraźny księżyc; po prawej ciągnął się jasny mur kontrastujący z zielenią trawy; przede mną ciągnęła się niekończąca się asfaltowa aleja z białą linią, której się trzymałam, a która oddzielała ścieżkę rowerową od strefy dla spacerowiczów. Naszła mnie tam refleksja, że może tak też jest w życiu? Wydaje mi się, że nic się nie dzieje, że nie ruszam z miejsca, ale tak naprawdę z każdym dniem idę naprzód..?



Odwiedziłam też św. Faustynę w Łagiewnikach, przywitałam się. W modlitwie zastanawiałam się czy ja mogę prosić Boga o to, aby pomógł mi zrozumieć... wiarę. Czy może powinnam wierzyć ślepo i nie zadawać pytań, przyjąć to, co jest? Zorientowałam się tam, że to strasznie głupie pytanie. Trzeba użyć rozumu, aby podjąć decyzję. Będę szukać i pytać jak dziecko - w końcu mamy stać się jak dzieci. No i to Bóg jest w nas sprawcą i chcenia i działania, więc moja modlitwa, w której proszę, aby sprawił we mnie chcenie też jest dobra.

Zmieniając temat... Przytłacza mnie to, że nie znam miasta. Dzisiaj zrobiłam sobie dzień na jeżdżenie komunikacją miejską i poznawanie tras, przystanków, możliwości przesiadek. Bardzo to było stresujące, w pewnym momencie nie wiedziałam jak mam się dostać do domu i gdzie ja w ogóle jestem. Byłam zdenerwowana i oczywiście zaczęła się hiperwentylacja. Na szczęście rozmawiałam w tym momencie z siostrą, więc odpuściłam sobie szukanie odpowiedniego przystanku, przystanęłam i wsłuchałam się w to, co ona mówi - to mnie uspokoiło. W takich momentach przytłacza mnie bardzo ilość ludzi wokół, te tłumy, które są wszędzie (szczególnie, że do Krakowa zjeżdżają się studenci, bo zaczyna się rok akademicki), samochody, które generują spory hałas i zupełnie nie zwracają uwagi na pieszych - jeśli nie ma sygnalizacji na przejściu dla pieszych to przejście trzeba zwyczajnie wymusić - w innym razie nikt cię nie przepuści.
To są minusy ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, ale pewnie się do nich przyzwyczaję, a część - np. nieznajomość miasta - po prostu zniknie.

Jest dobrze, wspaniale, cudownie. Nawet Bóg stał się znowu bliższy. I równocześnie nie umiem się doczekać powrotu Uwodziciela z wakacji. Jest we mnie jakaś wolność.

Tylko tę wolność zakłóca jedna myśl: jak dupnie to ino roz.
Niepokoi mnie intensywność wszystkiego co odczuwam. Nie jest normalnie, jest euforystycznie i nie raz już tak było. Nie kończyło się to dobrze. Chadowa w dzisiejszej notce porównała się do Ikara, który leci w stronę słońca pełen siły i nadziei, a potem spada i rozbija się o ziemię, bo jego skrzydła się stopiły. U mnie też tak do działa.
Ale może tym razem będzie inaczej? W końcu nie mieszkam już sama.

Jak wierzyć w Boga?

Wiara i wartości to kolejny temat, o którym nie do końca wiem co myśleć.


Jak to się zaczęło? Moje nawrócenie.

Moja wiara pojawiła się nagle, ale bardzo intensywnie. Bardzo szybko zmieniłam swoje życie i podporządkowałam je wymogom katolicyzmu. Zmieniłam znajomych na wierzących, dawne zainteresowania wydawały mi się już nudne, więc znalazłam nowe, zmieniłam książki, które czytałam i filmy, które oglądałam, sposób ubierania i mówienia.
Nawrócenie z początku przyniosło mi radość, euforię, poczucie wolności i wszechmocności. Byłam zakochana w Bogu i zrobiłabym dla Niego wszystko. Nie rozumiałam jak ktoś może nie korzystać z siły jaką daje wiara. Oczywiście myślałam o wstąpieniu do zakonu, oczywiście tego najbardziej rygorystycznego – karmelitanki bose. Z czasem miałam sporo innych pomysłów, ale jednak ta wspólnota zawsze była dla mnie najbardziej pociągająca.
Spowiadałam się regularnie co 2-3 tygodnie. W pewnym momencie już miałam taki problem, że żyłam tak uczciwie i dobrze, że nie do końca wiedziałam z czego mam się spowiadać, bo każdy grzech wydawał mi się wręcz głupi do wypowiedzenia – obawiałam się, że ksiądz mnie wyśmieje, że coś takiego uważam za grzech. Nie raz zresztą okazał zdziwienie, gdy coś wyznawałam. Z drugiej strony obawiałam się, że czegoś nie dostrzegam – no bo przecież każdy grzeszy. Nie, nie byłam skrupulantką, nie zadręczałam się swoimi grzechami i wierzyłam w Boże miłosierdzie.

Doświadczenie wiary

Doświadczyłam działania Boga nie raz. W różnych sytuacjach życiowych, w rozmowie z innymi ludźmi czy na samej modlitwie. Dalej jestem przekonana, że On jest, że istnieje i kocha nas z niepojętą mocą.
Miewałam różne stany w tych latach, w których praktykowałam wiarę. Przeszłam w tym czasie roczną terapię grupową dla dorosłych dzieci alkoholików. Miałam wtedy też depresję, nerwicę, zapewne też borderline – przecież te choroby nie pojawiły się nagle w lutym tylko wtedy stały się dla mnie tak uciążliwe, że musiałam iść do lekarza. Pomimo to wierzyłam i Bóg był dla mnie wsparciem i radością. Był odskocznią. Uwielbiałam rekolekcje, uwielbiałam adorację, podczas której mogłam być sam na sam z Tym, o którym wiedziałam, że mnie kocha… uwielbiałam też poczucie bycia lepszą od innych. Podobało mi się to, że w końcu nie byłam dla ludzi tylko ciężarem, że już nie nazywali mnie egoistką tylko bardziej altruistką. Pomimo tego, że tak mówili ja i tak cały czas czułam, że ten egoizm we mnie jest, że ja poświęcam się dla nich z przymusu – po to, aby dobrze świadczyć o wierze… i o sobie.

Nieodparta pokusa, czyli Mój Uwodziciel

Życie według zasad wiary było dla mnie proste do momentu, gdy poznałam mojego Uwodziciela. Mężczyzna starszy od mojego ojca, bardzo przystojny, uwodzicielski, prostolinijny i posiadający w sobie jakiś taki wewnętrzny luz, którego ja w sobie nie miałam. I żonaty.
Bardzo się starałam, aby nie dać się mu podejść, z początku bardzo mnie irytował swoją natarczywością i obecnością. Jednak w pewnym momencie coś we mnie pękło. Wtedy właśnie zaczęłam mieć żal do Boga o to, że nie jest tak, jak powinno być, że nie jestem szczęśliwa, że On mnie ogranicza, że tak dużo wymaga, że to jest niezgodne z pragnieniami, które włożył w moje serce.
Znalazłam wtedy wiersz, który zapisałam w dzienniku – wiersz, którego słowa kieruję do Jezusa.

Elżbieta Szemplińska – Szpony

Polub mnie taką, jaka jestem
Nie próbuj zmienić, złamać, zgiąć
Pozwól mi śmiać się, kłamać, tęsknić,
Dobrą być czasem, często złą.

Pozwól mi wracać i odchodzić,
Pozwól mi cierpieć, płonąć, krwawić,
Ja tak już muszę, ja tak zawsze,
I wszystkie twoje prośby na nic.

To by tak dobrze było, pięknie,
I wtedy bym cię kochać mogła –
Skryj, miły, w kocie poduszeczki
Twoje drapieżne szpony orła.


Poszukiwanie siebie

Chciałam być sobą. Chciałam przestać ukrywać tę złą część mnie. Chciałam tego luzu, który ma Uwodziciel. Chciałam porzucić wielkie pragnienia o idealnym świecie i nauczyć się od niego tego, jaki świat jest naprawdę. Chciałam mieć przy sobie kogoś, kogo nie zranią moje humory, komu nie będzie na mnie zależeć, kogo nie zranię tym, że odejdę z dnia na dzień, kogo będę mogła wykorzystać i będę mogła dać się wykorzystać – bez wyrzutów sumienia.
Zobaczyłam jak bardzo jestem samotna. Poczułam jak bardzo nieszczęśliwa jestem wewnątrz swojego serca. Gdy nad tym myślałam żal mi było siebie samej. Ta samotność jest jak ciągły, tępy ból w całym ciele – kiedy zwrócisz na niego uwagę to ciężko później o obojętność. Tak bardzo pragnęłam mieć kogoś choćby na chwilę. Przez chwilę czuć się bezpieczną i czuć bliskość męskiego ciała, które jest gotowe stawić opór wszystkiemu co przynosi kobiecie nieszczęście lub lęk. Pragnęłam choć na chwilę zapomnieć o bólu, smutku, depresji, nerwach, stresie, obowiązkach, odpowiedzialności. Zagłuszyć wszelkie wyrzuty sumienia i w końcu być tą pieprzoną egoistką, wredną suką (jak nazywała mnie mama, gdy za dużo wypiła), która ma wszystkich za nic, która żyje własnym życiem i chuj komuś do tego.
Wiedziałam jednak, że Bóg obdarzył mnie szeroko rozwiniętą empatią i dużą wrażliwością – uznałam, że te dary zobowiązują, a ja nie mogę ich zagłuszyć, zignorować i myśleć tylko o swoim spełnieniu i pragnieniach.
Przeprowadziłam z Uwodzicielem poważną rozmowę, w której jasno przedstawiłam swoje poglądy i wartości. Dałam mu kosza innymi słowy. Odpuścił. Jednak na tej samej zmianie (pracujemy razem), po kilku godzinach, dałam mu swój numer telefonu.
Oczywiście chciałam być jak najbardziej uczciwa dlatego opowiedziałam spowiednikowi szczerze o całej sytuacji i powiedziałam, że już się nie będę u niego spowiadać. Po prostu odwołałam go z funkcji mojego kierownika duchowego.
Wtedy mogłam zacząć działać. Zaczął się romans, z początku bardzo burzliwy i pełen kłótni, ale ekscytujący. Miałam jednak zaplanowane tygodniowe rekolekcje, na które postanowiłam pojechać.
Tam znowu wszystko się zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni. Uznałam, że nie mogę Uwodziciela stawiać nad Bogiem, że to Bóg jest najważniejszy i nie ma żadnych wymówek. Poza tym bardzo pragnęłam Komunii św., więc poszłam do spowiedzi. Tam ksiądz powiedział, że potrzebne jest silne postanowienie poprawy i najlepiej jakbym zerwała z Uwodzicielem i… przeprowadziła się do Krakowa. Pomyślałam – czemu nie? Wróciłam z rekolekcji, zerwałam z Uwodzicielem i zaczęłam się zajmować sprawami związanymi z organizacją przeprowadzki. Po kilku dniach znowu wszystko się zmieniło i znowu byłam z Uwodzicielem. Zaczął się naprawdę płomienny romans. Wiedzieliśmy, że to już końcówka i korzystaliśmy z każdej możliwej chwili, aby być razem.
I tak oto jesteśmy w dniu dzisiejszym. Pożegnałam się z Uwodzicielem, choć oboje przypuszczamy, że będziemy się jeszcze spotykać. Mimo to chcę dołączyć do wspólnoty, u której byłam na rekolekcjach, poznawać ich duchowość i wgłębiać się w nią.

Czy ja wierzę w Boga?

Czuję się jakbym stała w rozkroku. Wierzę w Boga, ale wydaje mi się, że mam do Niego sporo nieuświadomionego jeszcze żalu. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć, że wartości katolickie są moimi wartościami. Nie potrafię nimi żyć. Nie potrafię ich przyjąć na 100% tak, jak wymaga Pan Jezus. Gonią mnie zmysły, pragnienia, pożądliwość i chcę w to iść. Chcę poznać też tę drugą stronę siebie. Być może dzięki temu się wypośrodkuję. Jak mam znaleźć swój środek skoro dotychczas kategorycznie blokowałam jedną część mnie? Coś z moją dotychczasową wiarą na pewno było nie tak i chce odkryć co to było. Chcę kochać Boga prawdziwie i zdrowo i wiem, że On o tym wie. To może brzmieć absurdalnie, ale wierzę, że nawet z grzesznego życia może wyniknąć dobro.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Męczona wątpliwościami zastanawiam się czy mogę żyć w ten sposób: chodzić na spotkania wspólnoty, uczyć się, słuchać i patrzeć na ludzi wierzących i żyjących według wartości katolickich i równocześnie poznawać to życie, które chcę poznać, czyli życie bez ograniczeń gdzie cały świat należy do mnie, a moralność jest kwestią względną.
Odpowiedziałam sobie na to pytanie: tak, mogę. Nic nikomu do tego, to moje życie i ja będę ponosić konsekwencje swoich działań. Być może ludzie mnie potępią… a może nie. Tego nie wiem.
I nie chcę się tym przejmować.


Związki romantyczne - borderline


Uwaga! Związek z osobą cierpiącą na borderline może boleć!


Związki romantyczne z osobami z pogranicznym zaburzeniem osobowości obrosły już prawie legendą. Mówi się, że borderzy są kłamliwi, egoistyczni i nieustannie manipulują.

Ich życie to podróż z jednej skrajności w drugą. Będąc w ciągłym chaosie uczuć, fundują ten chaos swoim najbliższym. Związek z osobą z borderline jest jak narkotyk, uzależnia od skrajnych emocji i nierzadko staje się powodem, dla którego partnerzy szukają pomocy u psychoterapeuty również dla siebie samych. 
kobieta.onet.pl "Kocham ten twój border, czyli piekło życia z partnerem z borderline"


Ogólnie rzecz biorąc, osoby z BPD mają intensywne i niestabilne związki. Często postrzegają ludzi jako całkowicie dobrych lub całkowicie złych, i w związkach ta perspektywa jest wykorzystywana do dewaluacji partnera. Osby z BPD nie chcą być porzucone, dlatego też kontrola, czy seks są nierzadko przez nie wykorzystywane, by uniknąć porzucenia przez partnera. 
- emocje.pro "Związki romantyczne osób z BPD"


Typowe osoby z BPD mają trudność w zaufaniu innym, w związku z tym w pewnych sytuacjach mogą reagować irracjonalnym i niedostosowanym gniewem.  
emocje.pro "Związki romantyczne osób z BPD"
 Mam za sobą kilka związków romantycznych. Mój rekord to dwa i pół roku ze sobą. To był mój pierwszy i jedyny w życiu poważny związek. Co prawda staż godny pochwały (tak, wiem, szału nie ma, ale i tak nieźle), ale efekt psuje to, że równo co pół roku próbowałam zerwać. Wyszukiwałam przeróżnych argumentów, zawsze coś mi się nie podobało. Po prostu się nudziłam. Najwierniejsza też nie byłam - raz zdarzyło mi się pocałować z kimś innym, nie mówiąc już o spacerach, tańcach, kokieterii skierowanej do innych mężczyzn, prób odbicia ex jego obecnej partnerce.
Zakończyłam ten związek kiedy poznałam Boga. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie nadaję się do związków i potrzebuję porządnej przerwy. I rzeczywiście nie byłam z nikim przez kilka lat
- aż do zeszłych wakacji kiedy to weszłam w związek z wartościami katolickimi. Przetrwał trzy miesiące - z tego przez dwa mój chłopak tak mnie denerwował, że nie umiałam z nim wytrzymać. Zakochanie było bardzo intensywne, ale po kilku tygodniach te same cechy, za które go uwielbiałam, zaczęły mnie irytować aż w końcu doprowadzać do szału. Sama czystość też była dla mnie nie do przeskoczenia. Chciałam żyć zgodnie ze swoimi wartościami, widzę dobro, które z tego płynie, ale nie potrafiłam.
Nie wspominam tu nawet o wszystkich zakochaniach, flirtach, uwodzeniach, z których się wycofałam bądź z których nic nie wynikło.
Moi ex nie potrafili zrozumieć o co mi chodzi. Ja sama nie wiedziałam. Wiedziałam tylko tyle, że szybko się zakochuje, szybko się nudzę... I nie kręci mnie kiedy ktoś jest cały dla mnie, kiedy się zaangażuje, kiedy jestem dla niego całym światem.
Pragnę miłości, ale kiedy człowiek mi ją ofiaruje to zaczynam się wycofywać, uciekać, bo nie kocham go tak mocno jak on mnie.

Cały czas biję się z myślami. Z jednej strony jestem wierząca i przekonana o prawdziwości tego, co głosi Kościół Katolicki. Jak najbardziej przyjmuję to, że związek powinien się opierać na wzajemnym zaufaniu, szczerości, wierności, szacunku do duszy i ciała partnera. Wiem, że seks jest czymś wyjątkowym, czymś zarezerwowanym dla osoby szczególnej, że to nie tylko połączenie ciał, ale też połączenie dusz. Tak zostaliśmy stworzeni.
Z drugiej strony poznałam siebie na tyle, że wiem, że nie jestem w stanie zbudować takiego związku. W takim wypadku powinnam zacisnąć zęby i żyć sobie sama do momentu kiedy uporządkuje swoje myślenie na tyle, aby nie krzywdzić partnera. Samotność mnie jednak dobija. Potrzebuję drugiej osoby obok, oczu wpatrzonych we mnie. Jednak wszystko w wolności.
Taką relację mam teraz - nie obyło się bez wzajemnego docierania się, ale w końcu jest. Mamy wyjaśnione kto czego chce, kto czego potrzebuje, że nie ma rokowań na przyszłość. I to jest super. Nie muszę być zawsze dostępna, zawsze pod telefonem, nie jestem mu potrzebna do życia. To mnie przyciąga, ta wolność, to, że nic się nie stanie kiedy odejdę.


Nie, to nie znaczy, że jest super, cukierkowo i przyjemnie. I tak cierpię. Oj, i to jak! Czuję się zawładnięta przez tego człowieka, a równocześnie wolna. Łapię się czasem na tym, że mam do niego pretensje, że nie będzie z tego nic więcej - dopiero po chwili sobie przypominam, że ja wcale nie chce niczego więcej, że wtedy byłby koniec. Prawda jest taka, że niezależnie jak wolny byłby związek to w relacjach damsko-męskich nie da się uniknąć cierpienia. A ze względu na moje BPD cierpienie jest bardzo silne niezależnie czy związek ma staż kilkutygodniowy czy kilkuletni. Odchodzi za to cierpienie za drugą osobę, czyli wyrzuty sumienia spowodowane tym, że znowu kocham mniej. Kobiety potrzebują w relacjach z mężczyznami poczucia bezpieczeństwa - mi poczucie bezpieczeństwa zapewnia to, gdy wiem, że kiedy odejdę (bo na pewno odejdę) to druga osoba da sobie radę, nie będzie cierpiała, że zgodziła się na to już na samym początku. Obecnego partnera uprzedziłam o tym jaka jestem, zgodził się na to - zresztą sam nie jest krystalicznie czysty i ja też się na sporo rzeczy zgodziłam. Zgodziliśmy się na wzajemne się wykorzystanie.


Znalazłam to czego chciałam - i co teraz?

I teraz niespodzianka... Znalazłam czego chciałam i uciekam! Tak, przeprowadzam się do innego miasta. Dlatego, że czuję się przez niego zawładnięta. Chcę go, całego dla siebie. Równocześnie wiem, że tak naprawdę tego nie chcę, że gdy to dostanę to mi się znudzi. Inne miasto da mi niezależność i być może dłuższe przetrwanie relacji. Albo naturalne jej wygaśnięcie. Bardzo boję się, że to ja jemu pierwsza się znudzę, że to on mnie zostawi. To by mnie totalnie rozbiło.
Jasne, są też inne powody mojej przeprowadzki. Chcę też spróbować zawalczyć o swoją wiarę, dołączam do wspólnoty, będę się obracać wśród ludzi wierzących. Może zmądrzeję... A może nie. Zobaczymy.


Studnia bez dna

Och, tyle myśli, odczuć, poglądów, czynników zewnętrznych się dzieje… I to wszystko mnie przygniata. Tak mocno, mocno. Kiepsko się czuję.

Zauroczenie tamtym panem powoli mija… Pewnie dlatego, że w tym tygodniu nie mieliśmy ze sobą dłuższego kontaktu. Jednak w niedzielę spędzimy razem 24h. Nie wiem co z tego wyjdzie.
Zauważam jednak, że niezależnie co z tego wyjdzie to ja już coś w sobie odkryłam. Terapeutka powiedziała, że odkrywam w sobie kobietę. Też tak czuję. Obudziło się we mnie coś, czego nie było wcześniej.

Mój kryzys wiary trwa w najlepsze. Jest coraz gorzej. Zgodziłam się w sobie na życie w opozycji do wielu Bożych przykazań, te przykazania mnie męczą, tłumią. Wiem, że są dane dla mojego dobra, ale mam ich totalnie dosyć. Na początku sierpnia wyjeżdżam na jeden dzień z kierownikiem duchowym żeby pogadać i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ostatnio tak mam, że odchodzę i wracam, odchodzę i wracam… Ale wierzę, że ani Bóg ani ksiądz nie będą mieli mnie dosyć. Każdy ma prawo być zagubionym i szukać swojego życia.

Zarezerwowałam dzisiaj bilety do Gdańska. W sierpniu pojadę w te okolice na pięć dni, dołączę do mamy, która już tam będzie. Taki niespodziewany urlop. Potem we wrześniu jadę na tygodniowe rekolekcje w ciszy do pustelni. Nie wiem czy chcę tam jechać – kusi mnie ta cisza i to, że będę mogła odnaleźć pytania, które we mnie są, a których w normalnym życiu nie potrafię odnaleźć.



Jest mi ciężko. Jestem samotna. Ostatnio pewnej nocy zorientowałam się jak ogromne pokłady samotności skrywa moje serce. Dlaczego interesuje mnie Uwodziciel? Chciałabym aby choćby w odrobinie zagłuszył tę samotność. Wiem, że to sztuczne rozwiązanie, na skróty, ale chciałabym ten ból jakoś ukoić. Chcę czułości, bliskości i uwagi, wspólnego śmiechu i zachwycania się sobą. Ale bez zobowiązań, bez myślenia o tym co będzie za tydzień, po prostu, być tu i teraz.

Zobaczymy czy ten romans wyjdzie. Wydaję mi się, że Uwodziciel wziął sobie do serca moje notoryczne odmowy i wyśmiewania i jednak się poddał. Jednak już raz tak myślałam (wtedy odczułam ulgę, bo jeszcze nie chciałam z nim być), a on mnie zaskoczył i zaatakował z nową siłą (i wtedy mu się udało choć chyba o tym nie wie).
To zabawne. On nie wie, że ubieram się dla niego, że maluję się dla niego, że gdy szykuję ubrania do pracy to wyobrażam sobie to w jaki sposób na mnie spojrzy w jakim ubraniu.

Spróbuję w niedzielę jakoś dać mu do zrozumienia, że chce bliższej relacji, zobaczymy czy się uda. Choć tak jak mówię – nie zależy mi na tym już tak bardzo, także jak wyczuję, że on nie chcę to nie będę rozpaczać.



Kiedy szłam na spotkanie z terapeutką to wcale nie chciałam jej wtajemniczać w to, co się we mnie dzieje. Szczególnie nie chciałam jej mówić o pragnieniu i uwodzeniu żonatego mężczyzny. Jednak w toku rozmowy powiedziałam jej o tym i w żadnym razie mnie nie oceniła ani nie odwodziła od niczego. Po prostu pytała co w nim widzę i w jaki sposób on się zachowuje. Wysłuchała wszystkich moich wątpliwości  i wszystkich argumentów za tym, aby w to pójść. Poczułam, że ona nie ma zamiaru wpływać na moje decyzje życiowe, w jakiś sposób mnie zniewolić tylko chce mnie nauczyć żyć swoim życiem. Zdecydowanie zaplusowała.







Pragnienie

Szpony
Elżbieta Szemplińska

Polub mnie taką, jaka jestem.
Nie próbuj zmienić, złamać, zgiąć.
Pozwól mi śmiać się, kłamać, tęsknić,
dobrą być czasem, często złą.

Pozwól mi wracać i odchodzić,
pozwól mi cierpieć, płonąć, krwawić,
ja tak już muszę, ja tak zawsze,
i wszystkie twoje prośby na nic.

To by tak dobrze było, pięknie,
i wtedy bym cię kochać mogła —
Skryj, miły, w kocie poduszeczki
twoje drapieżne szpony orła.

Pojawił się ktoś. Sprawia, że czuję się kobietą – piękną, zmysłową, uwodzicielską. Nieczystą suką bez serca. Bóg obdarzył mnie dużą wrażliwością i empatią, obdarzył mnie dobrem. Te dary zobowiązują, a ja walczę ze sobą, bo pragnę schować je do kieszeni. Jeżeli przegram te walkę, jeżeli postąpię wbrew wartościom, które wybrałam zranię swoje serce, ta rana zostanie do końca życia.

Jestem zła na Boga, że wsadził w kobiece serca pragnienia tak silne i sprzeczne, a równocześnie nadał wartości, które nie pozwalają iść na skróty w realizowaniu tych pragnień. Niektóre pragnienia zostaną do końca życia niespełnione jeśli chce się żyć wartościami danymi przez Boga. Czy jestem w stanie się na to zgodzić? Czy jestem w stanie poświęcić pragnienia mojego serca i zaufać, że Bóg ma dla mnie coś lepszego? Coś ciekawszego? Coś jeszcze bardziej fascynującego i ekscytującego?

Czy jestem w stanie poświęcić Bogu pragnienia, marzenia, które są sprzeczne z Jego miłością, a które mam od zawsze? Lepiej grzeszyć i żałować niż żałować, że się nie grzeszyło... To jest walka, to jest sedno. To największa próba w moim życiu. Nie wiem czy ją przyjdę. Nie wiem, który wilk wygra. Jak na razie karmię jednego i drugiego.

Jeżeli przegram te walkę będę pełna wstydu. Jednak przeżyje przygodę, która będzie ożywiać moje zmysły jeszcze długo.
Jeżeli ją wygram będę silniejsza w wierze, ale to pragnienie zostanie i obawiam się, że prędzej czy później przyjdzie kolejna i kolejna próba i to się nigdy nie skończy. Prędzej czy później przegram, bo pragnę przegrać.





Zmiana lekarza psychiatry

Długo mnie tu nie było, bo nie miałam ochoty pisać. Nawet nie miałam o czym, bo wszystko stało w miejscu. Ani poprawy, ani terapii ani nic specjalnego…

W tym czasie zmieniłam lekarza psychiatrę. Teraz chodzę na NFZ. Ten lekarz polecił mi psycholożkę, też na NFZ, z tej samej przychodni, która podobno jest dobra. Na skierowaniu do niej miałam wpisane borderline…



Ten lekarz jest inny. Bardzo żywy, dużo mówi, nawet się denerwuje, na co jestem wyczulona. Chociaż może to nie tyle zdenerwowanie co frustracja i chęć pomocy i złość, że coś idzie nie tak. Jest o wiele bardziej ludzki. Choć zakręcony i czasem mnie przytłacza. No i terminy są długie, widzę się z nim raz na 2-3 miesiące, a na recepty zostawiam wniosek w recepcji. W każdym razie oszczędzam i równocześnie jestem pod opieką dobrego psychiatry (ma bardzo dobre opinie) i mam terapię. Będę na nią chodziła w czwartki, co tydzień. Miałam już jedną wizytę i się wkurzyłam. Zorientowałam się, że moje zainteresowania są bezsensowne, że nie wiem co mnie w tych zainteresowaniach interesuje, dlaczego je lubię. Zorientowałam się też, że nie wiem dlaczego jestem w Kościele, co mnie w nim pociąga, co mnie w nim interesuje, zorientowałam się, że raczej nie nawiązuje w Kościele relacji z ludźmi. Jednak na Mszy św. zostałam pocieszona – może nic nie wiem, może jestem pusta, wszystko przede mną, ale na ten moment ja po prostu wierzę. A jak mówi Słowo Boże:

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”
(Mt 11, 25)


Lekarz polecił mi wycofywać powoli Oroes i dodaje pregabalinę. Na chwilę obecną moje leczenie farmakologiczne wygląda w ten sposób:

antydepresant: oroes [escitalopramum] 20mg (to max. dawka i powoli z niego schodzę – mam czas do końca września)

stabilizator: pregabalina 300mg (docelowo 600mg)
nasennie: ketipinor[kwetiapina] 50mg (mogę brać do 75mg-doraźnie)

uspokajające: alprox [alprazolamum] 0.5mg (doraźnie)

Ze skutków ubocznych to masakryczne kręcenie się w głowie przy odstawianiu oroesu. Poza tym stawiam na to, że przez pregabalinę mam problemy z pamięcią, zapominam słów, myślę „czwartek” mówię „wtorek”, jestem nieco na „haju”. Czasem działa tak, że czuję równocześnie senność i jakieś takie pobudzenie. Docelowo ma działać stabilizująco, nie blokować emocji – nie ma mieć działania ani sadującego ani euforystycznego, ma spokojnie tonować. Pomimo tego „haju” i nieogarnięcia lubię ten lek. Dzięki niemu jak na razie budzę się z mniejszym bądź zerowym niepokojem. Po prostu wstaję i zaczynam dzień, a nie, że budzę się i już jestem spięta, bo muszę zrobić herbaty ;)

Niestety miałam w tym czasie napad anoreksji, który trwał kilka tygodni. Już jest lepiej, ale dalej boję się uprawiać sport. Lekarz powiedział, że mam nie ćwiczyć tak, aby to było męczące, takie ostre tylko moją aktywnością powinien być np. spacer, coś normalnego, spokojnego co nie będzie kierowało moich myśli w kierunku spalania kalorii. Nie wiem czy to jest możliwe ;)

Zakochałam się w Łagiewnikach. Byłam tam już trzy razy w przeciągu tego czasu od ostatniego wpisu. Zawsze miałam sentyment do Łagiewnik, bo św. Faustyna to pierwsza święta, którą poznałam. Jednak postanowiłam sobie, że będę Łagiewniki odwiedzać przynajmniej raz w miesiącu! To piękne miejsce.

Chciałabym porozmawiać z siostrą, bo zorientowałam się, że bardzo się boję, że nie spełniam jej oczekiwań i mam też do niej żal o wiele rzeczy. Na razie jednak nie mam odwagi.

To nie jest wszystko, co chciałam tutaj napisać, ale już mi ciężko układać zdania. Myślę, że teraz będę pisać częściej, bo zaczynam terapię, więc pewnie sporo myśli będzie mi przechodzić przez głowę ;)

Dziękuję za obecność i cierpliwość w czytaniu :)  :)  :)



Aaa! Jeszcze jedno!

W czwartek idę do fryzjera i robie zmianę image’u! Będę miała grzywkę! 

Są spore szanse na to, że wyjdzie tak, jak chcę, bo wydaje się, że mam podobne włosy do pani, która jest moją inspiracją. Mam nieco inną twarz, ale brwi podobne. Także będzie ekstra. Kupiłam sobie też soczewki kontaktowe, bo boję się, że okulary+grzywka i będę wyglądać jak brzydula. Zobaczymy. W każdym razie soczewki były tanie i zawsze warto je mieć, więc spoko ;)




Psycholog

Jutro mam spotkanie z panią psycholog. Znamy się od trzech lat, spotykamy się sporadycznie na spotkaniach wspólnoty, ale jeszcze nigdy nie rozmawiałam z nią na takim gruncie. Zgłosiłam się do niej z prośbą czy mogłaby mi polecić jakiegoś godnego zaufania psychoterapeutę, opisałam krótko swoją sytuację. No i jutro się z nią spotykam – poświęci mi 1.5h! Boję się, bo to konkretna babka jest. Jak zadzwoniła i się umówiłyśmy to aż zrobiło mi się niedobrze.

Gdy wracałam z kościoła w niedzielę to byłam w fatalnym stanie. Wołałam wściekła do Boga, że już nie daję rady, żeby mnie zabił, że tak się nie da. Jeszcze tydzień temu było naprawdę w porządku, było dobrze, a teraz znowu ten ból i agresja. Dzisiaj rano jak wróciłam z pracy to też byłam zagubiona. Myśli samobójcze, o samookaleczaniu, o alkoholu – żeby się upić i olać wszystko. Tak bardzo mi wstyd, że to jest takie nagłe. Że jednego dnia mówię bliskim, że czuję się wspaniale, a drugiego dnia musiałabym powiedzieć, że jest tragicznie. No kurde. Dlatego żyję bez ludzi. I przeczuwam, że jak wrócę do siebie (a jutro się przeprowadzam) to znowu będę wszystkich oszukiwać, i samą siebie.

No właśnie – oszukiwać. Jasne, czasem kłamię na temat mojego samopoczucia (jest źle, a mówię, że jest dobrze – nigdy na odwrót), ale dzisiaj rano zastanawiałam się nad tym jak to jest. Tydzień temu byłam u psychiatry i mówiłam mu, że leki działają, że czuję się dużo lepiej… Następnego dnia spadek. No i co? Kłamałam wtedy? Nie, byłam szczera. Tylko sytuacja się zmieniła. Ale mam poczucie winy i wstydu jakbym go okłamała. Jest mi głupio przyznać się, że się zmieniło.

Spacer

Wczorajszy spacer z księdzem – jeden z najlepszych w moim życiu. O ile nie najlepszy.

Kiedy dojechaliśmy do parku było już ciemno. Zostawiłam w samochodzie kurtkę (było tak ciepło!), a w niej telefon, czyli łączność ze światem i klucze do mieszkania. Wzięłam ze sobą tylko chusteczki i fajki, które wypadły mi z kieszeni podczas spaceru… I po prostu zaczęliśmy chodzić i rozmawiać.

Kiedy już opowiedziałam mu co się dzieje, zwierzyłam się ze swoich wątpliwości i kiedy on wyraził swoje zdanie… Poczułam się dobrze. Było mi dobrze z nim, na tym spacerze, już później milcząc albo rozmawiając o głupotach. Czułam się wolna. Problemy, z którymi do niego przyszłam nie zniknęły, ale przez te kilkanaście minut czułam się bezpieczna, rozumiana, słuchana i akceptowana.

Chciałabym znaleźć człowieka, z którym tak będzie. Człowieka, który znając moje brudy będzie mnie kochał i rozumiał – może przyjaciółkę? Może chłopaka? Z księdzem to inna broszka – to jego praca… i jednak relacja jest mocno jednostronna – jest nastawiony na słuchanie. Ma doświadczenie w słuchaniu. Ale skoro on potrafi to może ktoś inny też? Prawda jest taka, że do tego poziomu dochodziliśmy trzy lata. To były trzy lata często ciężkich spotkań, ciężkiej pracy, ale jak widać doprowadziło mnie to do momentu, w którym chcę coś ze sobą zrobić. Jakkolwiek to zabrzmi – to dzięki niemu jestem teraz na dnie i jestem mu za to wdzięczna. Doprowadził mnie do momentu, w którym mam świadomość tego, że jest źle, już nie udaję. I oby tak było dalej nawet jeśli miałoby być jeszcze gorzej. Bo wierzę, że to wszystko, ta ciemność ma sens. Że Bóg mnie dokądś prowadzi tylko ja nie wiem gdzie i co ja mam w tej drodze robić. Ale być może się dowiem. Krok po kroczku.


Wiosna!

Prima Aprilis. Popełniłam dzisiaj dwa żarty na najbliższych – i świetnie się przy tym bawiłam :)

Ten atak depresji, złego stanu, trwał dwa dni. Jest już lepiej i myślę nad tym co zrobić żeby ten stan utrzymać. Pojechałam dzisiaj do mojego mieszkania i wzięłam ładne, wiosenne ciuszki, cztery pary butów, paletę do makijażu i rolki. Wiosna zawsze zachęca mnie do tego, aby wyglądać lepiej.

Miałam nawet dzisiaj iść na rolki, ale chwycił mnie znowu ten stan podgorączkowy i niezbyt dobrze się czuję. Na szczęście tylko fizycznie, bo psychicznie potrafię odganiać nieliczne złe myśli, które mi się pchają do głowy.

W tym tygodniu muszę zdecydować czy ten zestaw leków (Oroes+Ketipinor) mi pomaga. I dochodzę do wniosku, że tak, pomaga. W końcu miałam tylko dwa koszmarne dni, a jeszcze niedawno podobnie wyglądały wszystkie moje dni. Raczej nie miewam już tych stanów niemocy, bezwładu siebie. Także chyba wykupię tę receptę na kolejne opakowanie oroesu.

Jestem dzisiaj umówiona ze swoim kierownikiem duchowym na rozmowę. Zadzwoniłam do niego w te beznadziejne dni, bo potrzebowałam rozmowy. Nie miał czasu i umówiliśmy się na dzisiaj. Czuję się lepiej i już nie tak bardzo chcę rozmawiać, ale z drugiej strony problem nie zniknął. Problem, czyli pytanie jak to zrobić żeby nie odwracać się od Boga w chorobie. Mam wiele takich… egzystencjalnych pytań. Myślę, że powinnam je spisać. I zrobić rachunek sumienia, bo czeka mnie też spowiedź. Ostatnio naprawdę niecierpię spowiedzi. O tym też muszę porozmawiać. Bez sensu jest z niej rezygnować, bo bez Boga to daleko nie zajdę. Chcę się dowiedzieć jak przygotowywać się do spowiedzi w moim stanie, jakie pytania sobie zadawać? Jak się modlić kiedy nie chcę się modlić? Co mam robić kiedy jest tak totalnie źle, kiedy nic do mnie nie dochodzi, kiedy wyjście do sklepu jest zadaniem nie do przejścia, a leżenie w łóżku tylko mnie przytłacza i prowokuje myśli żeby zniknąć, bo nie umiem ze sobą wytrzymać. Równocześnie nie mam siły/ochoty na to, aby z niego wyjść. Jak na to patrzeć w sytuacji kiedy wiem, że to choroba sprawia, że tak jest?


Bóg, wiara i depresja

„Kiedy raz miałam jedno cierpienie wielkie, uciekłam od obowiązku do Pana Jezusa i prosiłam, aby mi udzielił swej mocy. Po króciutkiej modlitwie wróciłam do obowiązku, pełna zapału i radości. Wtem mi mówi jedna z sióstr, że: Pewno siostra dziś ma wiele pociech, bo taka siostra jest rozpromieniona. Bóg pewno siostrze nie daje żadnego cierpienia – tylko same pociechy. – odpowiedziałam: Myli się siostra bardzo, bo właśnie wtenczas, kiedy wiele cierpię, to i radość moja większa, a kiedy mniej cierpię, to i radość moja mniejsza. Jednak ta dusza dawała mi poznać, że mnie w tym nie rozumie. Starałam się jej to wytłumaczyć: Kiedy cierpimy wiele, to mamy sposobność wielką okazać Bogu, że Go kochamy, a kiedy cierpimy mało, to mamy mało sposobności, by okazać Bogu swą miłość[...]„ Dz. 303



Jeżeli depresja może mnie doprowadzić do większej bliskości z Bogiem.. to ok. Chociaż nie wydaje mi się żeby tak miało być. Depresja oddala od Boga. To walka z depresją może do Niego zbliżyć.

Jak katolik ma przeżyć depresję?


 „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23)

Poddanie się depresji to, paradoksalnie, zrzucenie krzyża z ramion. To uciekanie przed rzeczywistością.

To nie Bóg nakłada mi krzyż na ramiona. Depresja jest wynikiem cierpienia w życiu. A Bóg nie chce mojego cierpienia. On sam, w Ogrójcu, trząsł się, gdy pomyślał o cierpieniu, nie chciał go. Cierpienie wynika z grzechu – moja depresja też. Ludzie krzywdzą siebie nawzajem – ja krzywdzę jednych, inni krzywdzą mnie, bo ktoś inny wcześniej ich skrzywdził, to reakcja łańcuchowa. Moim zadaniem (powołaniem!) jest wziąć ten krzyż (cierpienie) i z pomocą Boga zamienić go w miłość. Powołaniem każdego Chrześcijanina jest świętość, a świętość to wieczna szczęśliwość z Bogiem. Jeśli zrezygnuje z leczenia depresji, jeśli się poddam, to nie osiągnę świętości… tam smutasów nie wpuszczają ;) I znowu, nie chodzi o to, że Bóg nie kocha smutasów, nie chce ich. Rzecz w tym, że godząc się na smutek, odrzuca się Boga. On daje nam codziennie swoją łaskę do tego, abyśmy byli szczęśliwi, daje nam siłę, aby ze smutkiem walczyć, aby wykorzystać cierpienie, aby zamienić je w modlitwę, która jest wyrazem miłości – do Boga, siebie i bliźniego. Jeśli temu zaprzeczamy to codziennie odrzucamy Jego łaskę. A gdy codziennie odrzucamy Jego łaskę to jak możemy przyjąć tę ostateczną – czyli zaproszenie na ucztę pełną szczęśliwości?

Depresja drogą do świętości

Depresję mam przez co najmniej połowę swojego życia. Jednak dopiero niedawno odważyłam się pójść do lekarza i została ona zdiagnozowana. Dlaczego akurat teraz? Od trzech lat jestem osobą wierzącą. Co za tym idzie – staram się żyć w prawdzie. Każdego dnia dowiaduję się o sobie czegoś nowego, staram się poznać siebie taką, jaką mnie Bóg stworzył, czyli piękną. Staram się oddawać Mu wszystko – i radości i smutki. Nie mogę uciekać. Wielu sposobów ucieczki wyrzekłam się stając się uczennicą Chrystusa, dzień po dniu wyrzekałam się kolejnych. Pozostało mi tylko jedna ucieczka – Jezus. To Jemu chcę wylewać swoje żale. To na Niego krzyczę, Jemu narzekam… Ile to już razy powiedziałam z rezygnacją „no, ale Jezu… kurwa! Co jeszcze!?”. Hmm, może nie powinnam tak mówić? Może się obrazi? Nie wiem co na to powiedzieliby księża, ale oni mówią, że z Bogiem trzeba być szczerym. A to jest u mnie właśnie szczerość. I On słucha. I jest. Nikt nie wspiera mnie w mojej depresji bardziej niż On. Kiedy miałam kryzys i czułam się od Boga odrzucona, kiedy się na Niego zamknęłam i chciałam zupełnie zrezygnować ze spowiedzi, później z Mszy św. On jak rycerz na białym koniu zrobił wszystko, aby mnie od tego pomysłu odwieść. Przez Słowo dotknął mojego serca tak gorącym dotykiem miłości, czułości, troskliwości, obecności i pewności, że już wiedziałam, że ani na chwilę mnie nie zostawił i nie obraża się o moje słabości. On wie jak cierpię i wie jak bardzo się staram, aby każdego dnia Go kochać.

Kochani, a jak Wy radzicie sobie z codziennym życiem? Wierzycie w Boga? Macie z Nim relację?



© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X