Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pytania. Pokaż wszystkie posty

Myślenie ma przyszłość - ja... mhmm...


Och, mam dosyć!
Tak wiele we mnie myśli, pomysłów, zapędów... i obsesyjnych myśli na temat Uwodziciela. Tych najbardziej się wstydzę.

Rachel Reiland - Uratuj mnie

Nie śpię, bo cały czas myślę o tym... o czym właściwie? O wszystkim. 75% myśli dotyczy Uwodziciela oczywiście, a reszta to... no dobra, jeszcze 10% na temat Uwodziciela - jaki prezent dać mu na święta. Reszta to jedzenie, ćwiczenia, jak to zrobić żeby jak najczęściej być na siłowni (jest pewien problem - prawie codziennie pracuję po 12 godzin). Dalej, myśli o tym jak bardzo zawodzę babcię. Myśli o tym, aby przerwać znajomość z przyjacielem-księdzem, który mnie już od bardzo dawna irytuje i nasza znajomość nie ma sensu, w dodatku dał mi ultimatum, że albo on albo Uwodziciel (okłamałam go żeby nie przerywać znajomości). Dzisiaj już byłam o krok od tego, aby mu powiedzieć prawdę, aby go sprowokować do zerwania naszej znajomości. Powstrzymałam się w ostatniej chwili starając przetłumaczyć sobie, że prawdopodobnie to stan maniakopodobny.
Myślę też o tym, aby znowu nauczyć się świadomie śnić, ale to przy lekach raczej nie wyjdzie. I tutaj pojawia się myśl, że mogłabym zrezygnować z części leków... Boję się też tego, że przyjdzie depresja, a ja nie chcę, nie chcę jej!
Powinnam o tym wszystkim powiedzieć lekarce.
Zastanawiam się jak to zrobić żeby móc się trochę przespać (jestem w pracy na 24h) jak wrócę do domu, na 13 iść do lekarza, potem iść na siłownię i wieczorem spotkać się z Uwodzicielem. A rano do pracy. To nierozsądne. Z czegoś powinnam zrezygnować. A wszystko jest takie ważne! Jeszcze muszę spisać kilka tekstów z bloga do pamiętnika, bo ostatnio mocno go zaniedbałam i wszystko co ważne piszę tylko na blogu. Blog, znając mnie, kiedyś usunę, a razem z nim moje wspomnienia.

Jak widać piszę tę notkę z bezradności. Nie wiem co mam ze sobą zrobić.

W blasku księżyca - randka z Uwodzicielem


Księżyc świecił wyjątkowo jasno, ulicami raz na jakiś czas przejeżdżał jakiś zaspany kierowca. Rozpoczęliśmy naszą przygodę na stacji benzynowej, ponieważ bardzo lubię kawę z tego miejsca. Uśmiechałam się do siebie, bo on był blisko mnie. Tę stację benzynową odwiedziliśmy jako para.
Szliśmy spacerowym tempem, opatuleni kurtkami jak dwa duże bałwanki, przytuleni do siebie, z kubkami ciepłej kawy w dłoniach i nieco rozbawieni całą sytuacją. Schadzka w nocy. Gdzie tu iść skoro oboje jesteśmy na służbie, nie możemy się za bardzo oddalać od naszych obiektów i nie chcemy, aby ktoś nas zobaczył. Jakieś krzaki?
Zatrzymaliśmy się w jakimś ciemnym zaułku. Pocałunek smakował zupełnie inaczej niż zwykle, można było w nim wyczuć magię romantyczności. Pragnienie, które wezbrało w naszych ciałach musiało zostać stłumione w sercach, pozostać niespełnione. Nie mieć tego, czego się pragnie i cieszyć się z tego - to szaleństwo zakochanych.
Nasza randka nie byłaby naszą gdyby zabrakło na niej muzyki. To ona nas z początku połączyła. Wrażliwość na słowo i muzykę to z pewnością nasza wspólna cecha. Tak więc puściliśmy coś i patrzyliśmy na siebie. To zabawne. Jego oczy miały w blasku księżyca nieco inny odcień brązu niż zwykle. 
Nasze spotkanie nie trwało długo. A już z pewnością za krótko. Tak to już jest z udanymi randkami. Kiedy mnie odprowadzał, w moim ciele wezbrało uczucie miłości do tego człowieka. 
Zaraz po niej przyszedł ból. 

Jestem tylko pierdoloną kochanką
Czy coś z tego wszystkiego jest prawdą?


Siedzę jak sparaliżowana i patrzę na ekran komputera. Zadaję sobie pytania, które zwykle spycham w tył głowy bojąc się, że przygniecie mnie ich ciężar.

Dlaczego nie mogę się nim cieszyć bez bólu? W momencie, gdy czuję przypływ miłości w tempie błyskawicy przychodzi ból związany z tym, że jestem tylko kochanką, w dodatku jedną z wielu w historii jego życia. Czy czymś się wyróżniam? Czy jestem tą wyjątkową kochanką? I jakie to ma znaczenie? Nienawidzę tego pytania, bo ostatnie czego chcę to się porównywać. Sama z własnego doświadczenia wiem, że każdy związek jest inny i to, że kochałam jednego nie znaczy, że nie kocham tego. Nie da się porównać do siebie dwóch związków, każdy jest wyjątkowy. Mimo to stawiam sobie to pytanie. Czy jej też to mówił? Czy na nią też tak patrzył? Już nie mówiąc o żonie. Czy on myśli o mnie, gdy przy niej jest? Dlaczego chcę, aby myślał? Dlaczego czuję satysfakcję, gdy wyobrażam sobie jak on myśli o mnie, gdy ona jest przy nim?


Kochanie, kiedy mówisz o tym, że gdybyś był dwadzieścia lat młodszy to byś się nie zastanawiał tylko bylibyśmy razem... wiesz, to jest bardzo miłe i piękne, ale boli. Boli jak cholera, bo to się nie stanie. Ale mimo to chcę to słyszeć, chcę żebyś to mówił. Chcę żebyś mówił, że jestem jedyna w swoim rodzaju i najważniejsza dla Ciebie. Co z tego, że w to nie wierzę. Powtarzaj to tak często, aż w końcu uwierzę, chociaż na chwilę. Wiem, że będę później cierpieć. Proszę, spraw, abym przez ten czas, gdy ze sobą jesteśmy, była tu i teraz w morzu szczęścia i miłości. Jest dobrze, nie psujmy tego.



Kiedy pisałam tę notkę, wyszłam, aby zapalić papierosa. Zadzwoniłam do niego. Rozmawialiśmy.
Powiedziałam mu, że go kocham.

Czy wiesz, ty piękna i ty uśmiechniona, 
Której usteczka rozchyla pustota, 
Co znaczy "kocham", to najświętsze słowo, 
Co pada z piersi jako strzała złota, 
I jak królewskiej purpury zasłona, 
Oddziela ciebie, wzruszeniem różową 
I drżącą snami szczęścia dziewiczemi, 
Od wszystkich ludzi na całej tej ziemi, 
Byś otworzyła jednemu ramiona? 

Czy wiesz ty o tym, motylu i kwiecie, 
Poranków wiosny ty śpiewna ptaszyno, 
Że ta godzina, w której usta twoje 
Szepczą to słowo, jest cudów godziną? 
Że wtedy jasno robi się na świecie, 
Że srebrem biją wszystkie żywe zdroje, 
Że róże w pąkach płonią się wiosenne, 
Że dziwne mary, rozwiewne i senne, 
Ciałem się stają pod drżącą twą dłonią? 
Że w twej źrenicy, jako w pryzmie słońce, 
Życie odbija blasków swych tysiące 
I załamuje promień brylantowy?... 
Że noc koronę srebrną swojej głowy 
U stóp twych w chłodnych rozsypuje rosach? 
Że twym wzruszeniem drżą gwiazdy w niebiosach?
Maria Konopnicka - Do kobiety

Już dawno nie miałam tak emocjonującej nocy jak ta. Emocje gromadziły się we mnie od tygodni i próbowałam sobie z nimi jakoś poradzić, zrozumieć, przeżyć. Aż w końcu tej nocy sięgnęły zenitu. Kiedy wróciłam ze spaceru było mi aż słabo, świat wydawał się obcy, a ja w nim nieobecna. Do momentu, gdy Uwodziciel nakłonił mnie do zwierzeń. Wypowiedziałam wszystkie pytania, które tutaj zapisałam oraz te przemyślenia, które zamieściłam w poprzedniej notce. Przyjął je. A gdy wyznałam mu miłość... odczułam ulgę. Pewnie zastanawia Was czy on odwzajemnia moje uczucia? Wyznał mi to już kilka miesięcy temu, ale wtedy powiedziałam, że nie chcę o tym słyszeć, że to tylko boli. Dzisiaj nie bolało, dzisiaj przyniosło ukojenie.
Pamiętam jak powiedziałam terapeutce wtedy, że Uwodziciel wyznał mi miłość i ja powiedziałam mu, że on wcale tego nie czuje, że tylko mu się wydaje. Powiedziała mi, że tak nie wolno robić, że to jest zaprzeczanie czyimś uczuciom. Przeprosiłam go na następny dzień, ale od tego momentu w ogóle o uczuciach nie mówiliśmy - aż do tej wspaniałej nocy.
Nie bałam się wyznać mu miłości. Wiedziałam, że on też odczuwa to uczucie. I on też wiedział, że ja je odczuwam. To widać po sposobie traktowania drugiej osoby, po spojrzeniu, dotyku, tonie głosu. Jednak wypowiedzenie tego głośno... To przynosi radość.
Ja nie wyznaję miłości często. Uwodziciel jest drugim mężczyzną, któremu to powiedziałam. To naprawdę wyjątkowe uczucie.

Decyzja na przekór uczuciom?

Moje życie jest składową uczuć, podjętych decyzji i konsekwencji. Nie da się żyć bez nich.
Nawet kiedy w depresji leżę w łóżku i nie mam siły na nic, nie mam siły, bo jestem w rozpaczy to nieustannie podejmuję pewne decyzje, np. że nie wstanę z łóżka, aby zrobić sobie herbaty. Konsekwencją tego będzie doskwierające mi pragnienie.
Są też dobre konsekwencje. Weźmy taką samą sytuację - też leżę w łóżku, jestem w rozpaczy i dzwoni przyjaciółka. Czuję niechęć, ale odbieram telefon przeciwstawiając się temu uczuciu. Konsekwencją może być wtedy lepsze samopoczucie po rozmowie z nią.

Uczucia są jak motyle lub jak ćmy

Uczucia są wolne i żyją krótko. Przez emocje-motyle rozumiem te przyjemne w przeżywaniu - radość, podekscytowanie, miłość, ciekawość i wiele innych. Emocje-ćmy to dla mnie te, które trudno zaakceptować, z którymi trudno sobie poradzić - smutek, rozpacz, złość, zazdrość, nienawiść...
Zdarza mi się często podejmować decyzję pod wpływem różnych uczuć. Potem ono przemija, umiera jak motyl, a ja budzę się z ręką w nocniku.
Codziennie uczę się tego, aby pozwolić uczuciu przelecieć przez moje serce, potem skierować je w stronę rozumu, by w końcu pozwolić mu odlecieć i zostawić pole do popisu rozumowi. Rozum to rozsądne podejście do tematu, przemyślenie sprawy, wypunktowanie za i przeciw. Wydaje mi się, że rozum powinien być wolny od uczuć, a idąc dalej, powinien kierować się doświadczeniem - nie tylko moim, ale też innych, oraz moralnością. Dopiero kiedy rozum dogłębnie zbada sprawę powinnam podejmować jakiekolwiek decyzje.

emocje są jak motyle

Przyznaj, że czujesz to, co czujesz!

Retrospekcja, lipiec 2017r.
Tego dnia wstałam o czwartej rano. Przyszykowałam się do pracy i zostało mi jeszcze nieco czasu dla siebie, więc usiadłam na wersalce, aby się pomodlić. Uwodziciel nieprzerwanie od kilkunastu dni siedział w mojej głowie, a ja przecież... Przecież ja kocham Boga! To pożądanie, które jest w moim ciele jest niedobre, ono nie powinno znaleźć we mnie miejsca. Wcale go nie pożądam. Nie, wcale nie. On należy do niej, nie mogę go pragnąć. Powinnam mu powiedzieć, że nic z tego nie będzie. Przecież nic do niego nie czuję, nie ma żadnej iskry. On jest stary, nie wiem w ogóle czego on chce. Jak mu nie wstyd? Przecież to on powinien być tym rozsądnym i dać mi spokój! Tak bardzo go pragnę, tak bardzo chcę, aby mnie dotknął, tak bardzo... Nie. Tak. 
Przyznaj, że tak. Przyznaj, że czujesz to, co czujesz!
TO i tak jest. Zaprzeczając temu nie sprawisz, że TO zniknie. Ale będziesz mogła coś z tym zrobić, chwycić to uczucie w ręce i będziesz mogła decydować.

No tak, to ma sens.
To mi da władzę.

Tak, pragnę Uwodziciela. Tak, pragnę, aby mnie dotknął. Pragnę, aby mnie pieprzył i kochał. 
Ulga. 

To był początek podejmowania przeze mnie decyzji. Jeszcze wtedy nie wiedziałam czy z nim będę czy nie. Być może nie widać tego w tej retrospekcji, ale to było naprawdę trudne. Cała się trzęsłam, waliłam pięściami w ściany, krzyczałam.
Potem podobną walkę, choć już nie tak wykańczającą, stoczyłam z uczuciem pt. "chcę jego serca". Nie tylko chcę jego ciała, ale także serca. Przyznałam to przed sobą.

Miłość?

Piszę tę notkę, ponieważ od dłuższego czasu chodzi za mną uczucie miłości. Nie zakochania, ale miłości. Wypieram je mówiąc sobie, że nigdy nie podejmę decyzji o kochaniu go. Dzisiaj zorientowałam się co robię - znowu wypieram swoje uczucia. Mogę go kochać pomimo tego, że nie będziemy razem, że zmierzamy do nieuchronnego końca. Miłość, jak każde inne uczucie, jest motylem - w końcu umiera. Jednak to wcale nie oznacza, że go nie było. To właśnie wtedy normalne związki mają problem, bo tutaj jest moment na trwanie w decyzji o miłości. Czytałam, że zwykle tak się dzieje po dwóch-trzech latach.
Podsumowując: kocham Uwodziciela, ale nie podejmuję decyzji o tym, że będę go kochać zawsze, nawet wtedy, gdy uczucie przeminie (chociaż bym chciała).

Mam poczucie, że jest jeszcze coś czego nie akceptuję. Być może chodzi o tę miłość dalej? Albo gdzieś się oszukuję.
Chciałabym podjąć decyzję o miłości. Przeciwstawić się wszelkim przeciwnościom, zamieszkać z nim, prowadzić wspólne życie, nawet wyjść za niego. Jednak tego nie zrobię, bo to się nigdy nie stanie. Może tutaj jest źródło tego dyskomfortu? No właśnie...


...podejmowanie decyzji niezgodnej z uczuciami jest niekomfortowe.


Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak ogromnego wysiłku wymagałoby ode mnie podjęcie decyzji, że nie dam zawładnąć sobą uczuciowi pożądania.Próbowałam się temu przeciwstawić, nawet przeprowadziłam z Uwodzicielem poważną rozmowę, w której wyjaśniłam dlaczego nie możemy być razem. To było takie trudne! Przez chwilę byłam z siebie dumna, a potem poczułam się jakby mi odebrano coś bardzo, bardzo ważnego, jakąś część mnie - moje marzenie, moje pragnienie.Tak samo było z Krakowem. Z tym, że tutaj sprawa tyczyła się Boga. Przeprowadziłam się do Krakowa, bo byłam pewna, że Bóg tego ode mnie chce, że to On mnie prowadzi. Byłam przepełniona radością i miłością do Niego. Pojechałam, posłuchałam serca, uczuć... I okazało się, że tego nie przemyślałam, że depresja w obcym mieście, bez rodziny, jest jeszcze trudniejsza do zniesienia. Przed wyjazdem nie myślałam o tym co się stanie, gdy choroba się odezwie. Byłam pewna, że wszystko będzie dobrze, że może będą przeciwności, ale ze wszystkim dam radę. Poszłam za emocjami, za sercem, za miłością do Boga i pragnieniem życia w tej radości, którą wówczas czułam. A na miejscu powitała mnie depresja.


Decyzja na przekór uczuciom?


Więc jak to zrobić? Jak nie dać się uczuciom, które szarpią mną na wszystkie strony? Jak to zrobić, aby podejmować rozsądne decyzje kiedy serce mówi, że to najlepsza możliwa droga?









Jak wierzyć w Boga? - cz. 2

Nieco ponad miesiąc temu, przed przeprowadzką do Krakowa, zadałam sobie następujące pytanie:
Męczona wątpliwościami zastanawiam się czy mogę żyć w ten sposób: chodzić na spotkania wspólnoty, uczyć się, słuchać i patrzeć na ludzi wierzących i żyjących według wartości katolickich i równocześnie poznawać to życie, które chcę poznać, czyli życie bez ograniczeń gdzie cały świat należy do mnie, a moralność jest kwestią względną.
Odpowiedziałam sobie na to pytanie:
tak, mogę.
Zaznaczyłam też, że:
Nic nikomu do tego, to moje życie i ja będę ponosić konsekwencje swoich działań. Być może ludzie mnie potępią… a może nie. Tego nie wiem. I nie chcę się tym przejmować.
A jak to wygląda teraz?

Jestem znowu w Katowicach, ale nie dlatego, że zostałam potępiona przez wspólnotę, lecz dlatego, że złamało mnie... przeziębienie. Przyjechałam do Krakowa i przepracowałam dwa dni po czym mnie rozłożyło. Przesiedziałam w domu tydzień i wróciłam do pracy - na kilka dni, bo znowu mnie zmogło. W ten oto sposób w listopadzie byłabym zmuszona utrzymać się z wynagrodzenia za kilka dni pracy, więc pewnie musiałabym się zadłużyć znowu u kilku osób. Doszło do tego ciągnące się spięcie z opiekunami wspólnoty, którzy z niewiadomych względów bardzo się mnie czepiali. Usłyszałam, że to moja wina, że jestem przeziębiona, że to wbrew miłości bliźniego, aby tak chorować i zarażać współlokatorki, które przyjęły mnie pod swój dach i że mam się przestać ze sobą bawić (to chyba dotyczyło lęków i depresji). Zaniepokoiło mnie to i brzmiało mi nieco sekciarsko. Na początku miałam nadzieję, że uda nam się wzajemnie zrozumieć i dogadać, ale po pewnym czasie ją straciłam. Za dużo przeciwności złożyło się na raz. W pracy od początku byłam na cenzurowanym, we wspólnocie też i w dodatku nie było mnie stać, aby wynająć sobie swój własny pokój, nie wspominając o męczącej mnie depresji.
Okazało się, że nie mogę uczestniczyć w życiu wspólnoty i równocześnie żyć tak, jak żyję. Nie dlatego, że ludziom w jakiś sposób to przeszkadzało, ale dlatego, że ja tak nie potrafiłam. Moje serce zawsze skłaniało się na jedną ze stron, nie potrafiłam tego połączyć.

Jeżeli jednak chodzi o relację z Bogiem to zdecydowanie się polepszyła. W czasie, gdy spierałam się z opiekunami wspólnoty bardzo często zwracałam się w stronę obrazu Jezusa Miłosiernego z wielkim buntem w sercu pt. "Boże, Ty przecież nie jesteś taki jak oni mówią!". Przez te kilka tygodni sprecyzowałam sobie trochę mój obraz Boga.

Wierzę w Boga Miłosiernego. W takiego, który zna mnie i moje uwarunkowania nieskończenie lepiej niż ja sama. Takiego, który w sytuacji, gdy ja się od Niego odwracam i wybieram coś zupełnie sprzecznego z Jego wolą, idzie za mną, wychwytuje każdą cząstkę dobra w moim sercu i czeka aż choćby bezgłośnym szeptem zwrócę się do Niego. Kiedy to zrobię jest gotowy, aby dać mi wszystko. To Bóg, którego imieniem jest JESTEM, więc nie ma możliwości, aby Go przy mnie nie było, to jest sprzeczne z Jego istotą. To Bóg, przed którym nie trzeba nic ukrywać, bo On i tak wszystko wie - i nie potępia, bo jest Miłością, Nadzieją i Wiarą. Jest zawsze ze mną, nigdy mnie nie zostawi i będzie stał po mojej stronie niezależnie od wszystkiego.




Tropem długopisa

…Kocham ciebie w domu, 
Kocham cię na mieście… 
Dość milczałam! Zrozum! 
Dziś wygarnę wreszcie:

Mówiąc o miłości 
trzymasz mnie pod kluczem, 
no, a mnie to złości, 
a ja chcę ci uciec!

Chciałbyś mnie jak owoc 
trzymać stale w ręce, 
pleść ze słowem słowo 
w życiu i w piosence.

Lecz do tego tekstu 
ja się nie nadaję – 
czasem kocham, jestem, 
a czasem – przestaję.

Tak to jest u ludzi, 
że przy cieniu cień… 
Przy mnie można 
budzić się co drugi dzień!

I choć drżą mi ręce 
nad pointą tą – 
nie zobaczysz więcej 
oczu mych za mgłą!

Bo nie można wcale 
mnie na co dzień mieć. 
Chociaż bardzo chciałam 
nie umiałam chcieć.

Agnieszka Osiecka

Ten wiersz zapisałam w dzienniku w 2012 roku. Niestety dalej idealnie do mnie pasuje... mam nawet wrażenie, że bardziej niż wtedy.
Nie dotyczy to tylko związków romantycznych, ale wszystkich moich relacji międzyludzkich. Wszystko jest dobrze dopóki ktoś nie wymaga ode mnie stałości, wierności, zaangażowania, długotrwałego wsparcia. 
Chociaż bardzo chciałam / nie umiałam chcieć.


Czytałam wczoraj moje stare dzienniki - od 2006 roku. Zaskoczyło mnie to jak niewiele pisałam o tym co działo się we mnie i o tym co działo się w domu. Pewnego dnia zapisałam, że rok wcześniej prowadziłam różne dzienniki i nosiłam czerwone bransoletki co oznacza, że się głodziłam. Innego dnia wspomniałam, że mój ówczesny chłopak jest bardzo czuły i miły i zastanawiałam się czy to dlatego, że powiedziałam mu o myślach samobójczych i depresji.
A o czym pisałam? O swoich idolach. O spotkaniach z nimi, o marzeniach z nimi związanych, o znajomych z fanclubów. Uciekałam w wyimaginowane światy... Sama nawet zapisałam w pewnym momencie, że przespałam poprzedni rok właśnie przez zaangażowanie w sprawy związane z idolem. Myślę, że robiłam to celowo, nie sądziłam, że będę chciała sobie kiedykolwiek przypomnieć to, co działo się pod tym snem

Tropem długopisa

Kiedy czytałam te dzienniki czułam się jak detektyw. Naprawdę chwilami pisałam takim szyfrem, że mi samej ciężko było dociec co tak naprawdę miałam wtedy w głowie i o co mi chodziło. Zawsze się bałam, że ktoś przeczyta o moich sekretach, o tym, że mam swoje problemy, że mam problemy ze sobą. Zakładałam też wiele różnych zeszytów. Były zeszyty do zapisywania postępów w odchudzaniu - te trzymałam zawsze w najciemniejszych zakątkach szuflad, szaf, łóżek żeby tylko nikt ich przypadkiem nie znalazł. Prowadziłam blogi - też przede wszystkim o odchudzaniu, które później usuwałam z sieci. Natomiast w głównym dzienniku zapisywałam same neutralne sprawy - takie, o których ewentualny nieproszony gość mógłby przeczytać i nic by się konkretnego nie dowiedział. Nie wszystko dzisiaj pamiętam, wiem za to, że wiele zeszytów zniszczyłam. Myślę, że sama padłam ofiarą swojej ostrożności. Zastanawiam się czy przypadkiem nie było tak, że pisałam o tych idolach a w innym zeszycie (który później został zniszczony) zapisywałam to, co naprawdę ważne..?

Udało mi się jednak dotrzeć do trzech ważnych dat. 

Do daty, w której moja mama miała próbę samobójczą.
Do daty, w której po raz pierwszy napisałam o tym, że zaczęłam się głodzić.
I do daty, w której po raz pierwszy napisałam o depresji.
Znam siebie na tyle, że wiem, że skoro o tym napisałam to znaczy, że działo się to już nieco wcześniej - stało się to już jakąś moją normalnością, moim codziennym życiem.

Postaram się podjąć temat na terapii.

Na której powinnam też powiedzieć o tym, że mam myśli autoagresywne - o cięciu się i głodzeniu. Z głodzeniem to już taki początek czynu... Okazało się, że mam współlokatorkę anorektyczkę, rozmawiałyśmy sporo. Prosiła mnie o radę i oczywiście powiedziałam jej, że ma iść do psychiatry, że jej pomogę i inne takie pierdoły... Ale w środku zazdrościłam jej tego jaka jest chuda, jaka silna i wytrwała.... I poczułam się bardzo gruba.
Wcale nie mam ochoty o tym mówić terapeutce. Nie wiem jeszcze co zrobię.

Szukam pytań

Pustka.
Myśli, które przychodzą do głowy są mało znaczące, przerzucam je, kartkuję jak nudny album ze zdjęciami.
Szukam pytań.
One we mnie są, ale nie umiem ich nazwać. I wiem co muszę zrobić żeby je odnaleźć - powinnam zacząć czytać. Zacznę od książki, którą poleciła mi współlokatorka - Mężczyzną i kobietą stworzył ich Jean'a Vanier'a. Czy ta książka pomoże mi odnaleźć pytania, które tkwią we mnie głęboko? Jak nie ta to następna, nie poddam się. Będę czytać i czytać i czytać...



Żeby uzyskać odpowiedzi trzeba zadać pytania - odpowiednie, przemyślane, konkretne. Odnajdę je.
Inaczej będę się szamotać w swoim chaosie bez końca.

Stonowany luz, czyli o tych w Krakowie




Wszystko smakuje dobrze: jedzenie, rozmowy, dyskusje, sprzątanie, kąpiele, powietrze, muzyka, poezja... nawet modlitwa i wypełnianie własnych planów-obowiązków.

Czuję się tutaj dobrze, swobodnie, jak w domu. Współlokatorki są wspaniałe, opiekunka wspólnoty nas odwiedziła i zmotywowała do działania. Chce się żyć!

Poprosiłam Opiekunkę, aby pomogła mi szukać odpowiedzi na pytania i wątpliwości dotyczące wiary, które mnie nachodzą. Żeby pomogła mi zrozumieć, poznać, odnaleźć. Kiedy przypominam sobie jej twarz kiedy z nią rozmawiałam to czuję się spokojna. Jednak wiem też, że ona nie popuści, to jest kobieta, która działa. Dlatego wiem, że mogę na nią liczyć. Powiedziałam zarówno jej jak i współlokatorkom o moich chorobach - o depresji, nerwicy, o borderline. Wyjaśniłam o co chodzi, czym to się objawia i co wtedy może zrobić druga osoba, jak warto reagować. Nie wiedziałabym tego gdyby nie film Dwubiegunowej, w którym przeprowadziła wywiad ze swoim mężem. Jeśli to czytasz - dziękuję!

Wieczorem poszłam na spacer nad Wisłę, ponieważ płynie w mojej okolicy. Było ciemno, może nawet trochę strasznie... Ale było też wspaniale. Spacer to jeden z moich planów-obowiązków, które sobie ustaliłam na każdy dzień, aby się aktywizować. Wychodząc z mieszkania chciałam chodzić godzinę, choć sądziłam, że będę się męczyć tak długim spacerem. Szłam wiślaną aleją i miałam takie dziwne wrażenie, że właściwie to nie zmieniam swojego położenia, że idę w miejscu. To wrażenie było wywołane tym, że widok wcale się nie zmieniał: po lewej spokojnie płynęła Wisła, w której odbijały się światła kolejnych latarni, nad nią wisiał zimny, niewyraźny księżyc; po prawej ciągnął się jasny mur kontrastujący z zielenią trawy; przede mną ciągnęła się niekończąca się asfaltowa aleja z białą linią, której się trzymałam, a która oddzielała ścieżkę rowerową od strefy dla spacerowiczów. Naszła mnie tam refleksja, że może tak też jest w życiu? Wydaje mi się, że nic się nie dzieje, że nie ruszam z miejsca, ale tak naprawdę z każdym dniem idę naprzód..?



Odwiedziłam też św. Faustynę w Łagiewnikach, przywitałam się. W modlitwie zastanawiałam się czy ja mogę prosić Boga o to, aby pomógł mi zrozumieć... wiarę. Czy może powinnam wierzyć ślepo i nie zadawać pytań, przyjąć to, co jest? Zorientowałam się tam, że to strasznie głupie pytanie. Trzeba użyć rozumu, aby podjąć decyzję. Będę szukać i pytać jak dziecko - w końcu mamy stać się jak dzieci. No i to Bóg jest w nas sprawcą i chcenia i działania, więc moja modlitwa, w której proszę, aby sprawił we mnie chcenie też jest dobra.

Zmieniając temat... Przytłacza mnie to, że nie znam miasta. Dzisiaj zrobiłam sobie dzień na jeżdżenie komunikacją miejską i poznawanie tras, przystanków, możliwości przesiadek. Bardzo to było stresujące, w pewnym momencie nie wiedziałam jak mam się dostać do domu i gdzie ja w ogóle jestem. Byłam zdenerwowana i oczywiście zaczęła się hiperwentylacja. Na szczęście rozmawiałam w tym momencie z siostrą, więc odpuściłam sobie szukanie odpowiedniego przystanku, przystanęłam i wsłuchałam się w to, co ona mówi - to mnie uspokoiło. W takich momentach przytłacza mnie bardzo ilość ludzi wokół, te tłumy, które są wszędzie (szczególnie, że do Krakowa zjeżdżają się studenci, bo zaczyna się rok akademicki), samochody, które generują spory hałas i zupełnie nie zwracają uwagi na pieszych - jeśli nie ma sygnalizacji na przejściu dla pieszych to przejście trzeba zwyczajnie wymusić - w innym razie nikt cię nie przepuści.
To są minusy ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, ale pewnie się do nich przyzwyczaję, a część - np. nieznajomość miasta - po prostu zniknie.

Jest dobrze, wspaniale, cudownie. Nawet Bóg stał się znowu bliższy. I równocześnie nie umiem się doczekać powrotu Uwodziciela z wakacji. Jest we mnie jakaś wolność.

Tylko tę wolność zakłóca jedna myśl: jak dupnie to ino roz.
Niepokoi mnie intensywność wszystkiego co odczuwam. Nie jest normalnie, jest euforystycznie i nie raz już tak było. Nie kończyło się to dobrze. Chadowa w dzisiejszej notce porównała się do Ikara, który leci w stronę słońca pełen siły i nadziei, a potem spada i rozbija się o ziemię, bo jego skrzydła się stopiły. U mnie też tak do działa.
Ale może tym razem będzie inaczej? W końcu nie mieszkam już sama.

Jak wierzyć w Boga?

Wiara i wartości to kolejny temat, o którym nie do końca wiem co myśleć.


Jak to się zaczęło? Moje nawrócenie.

Moja wiara pojawiła się nagle, ale bardzo intensywnie. Bardzo szybko zmieniłam swoje życie i podporządkowałam je wymogom katolicyzmu. Zmieniłam znajomych na wierzących, dawne zainteresowania wydawały mi się już nudne, więc znalazłam nowe, zmieniłam książki, które czytałam i filmy, które oglądałam, sposób ubierania i mówienia.
Nawrócenie z początku przyniosło mi radość, euforię, poczucie wolności i wszechmocności. Byłam zakochana w Bogu i zrobiłabym dla Niego wszystko. Nie rozumiałam jak ktoś może nie korzystać z siły jaką daje wiara. Oczywiście myślałam o wstąpieniu do zakonu, oczywiście tego najbardziej rygorystycznego – karmelitanki bose. Z czasem miałam sporo innych pomysłów, ale jednak ta wspólnota zawsze była dla mnie najbardziej pociągająca.
Spowiadałam się regularnie co 2-3 tygodnie. W pewnym momencie już miałam taki problem, że żyłam tak uczciwie i dobrze, że nie do końca wiedziałam z czego mam się spowiadać, bo każdy grzech wydawał mi się wręcz głupi do wypowiedzenia – obawiałam się, że ksiądz mnie wyśmieje, że coś takiego uważam za grzech. Nie raz zresztą okazał zdziwienie, gdy coś wyznawałam. Z drugiej strony obawiałam się, że czegoś nie dostrzegam – no bo przecież każdy grzeszy. Nie, nie byłam skrupulantką, nie zadręczałam się swoimi grzechami i wierzyłam w Boże miłosierdzie.

Doświadczenie wiary

Doświadczyłam działania Boga nie raz. W różnych sytuacjach życiowych, w rozmowie z innymi ludźmi czy na samej modlitwie. Dalej jestem przekonana, że On jest, że istnieje i kocha nas z niepojętą mocą.
Miewałam różne stany w tych latach, w których praktykowałam wiarę. Przeszłam w tym czasie roczną terapię grupową dla dorosłych dzieci alkoholików. Miałam wtedy też depresję, nerwicę, zapewne też borderline – przecież te choroby nie pojawiły się nagle w lutym tylko wtedy stały się dla mnie tak uciążliwe, że musiałam iść do lekarza. Pomimo to wierzyłam i Bóg był dla mnie wsparciem i radością. Był odskocznią. Uwielbiałam rekolekcje, uwielbiałam adorację, podczas której mogłam być sam na sam z Tym, o którym wiedziałam, że mnie kocha… uwielbiałam też poczucie bycia lepszą od innych. Podobało mi się to, że w końcu nie byłam dla ludzi tylko ciężarem, że już nie nazywali mnie egoistką tylko bardziej altruistką. Pomimo tego, że tak mówili ja i tak cały czas czułam, że ten egoizm we mnie jest, że ja poświęcam się dla nich z przymusu – po to, aby dobrze świadczyć o wierze… i o sobie.

Nieodparta pokusa, czyli Mój Uwodziciel

Życie według zasad wiary było dla mnie proste do momentu, gdy poznałam mojego Uwodziciela. Mężczyzna starszy od mojego ojca, bardzo przystojny, uwodzicielski, prostolinijny i posiadający w sobie jakiś taki wewnętrzny luz, którego ja w sobie nie miałam. I żonaty.
Bardzo się starałam, aby nie dać się mu podejść, z początku bardzo mnie irytował swoją natarczywością i obecnością. Jednak w pewnym momencie coś we mnie pękło. Wtedy właśnie zaczęłam mieć żal do Boga o to, że nie jest tak, jak powinno być, że nie jestem szczęśliwa, że On mnie ogranicza, że tak dużo wymaga, że to jest niezgodne z pragnieniami, które włożył w moje serce.
Znalazłam wtedy wiersz, który zapisałam w dzienniku – wiersz, którego słowa kieruję do Jezusa.

Elżbieta Szemplińska – Szpony

Polub mnie taką, jaka jestem
Nie próbuj zmienić, złamać, zgiąć
Pozwól mi śmiać się, kłamać, tęsknić,
Dobrą być czasem, często złą.

Pozwól mi wracać i odchodzić,
Pozwól mi cierpieć, płonąć, krwawić,
Ja tak już muszę, ja tak zawsze,
I wszystkie twoje prośby na nic.

To by tak dobrze było, pięknie,
I wtedy bym cię kochać mogła –
Skryj, miły, w kocie poduszeczki
Twoje drapieżne szpony orła.


Poszukiwanie siebie

Chciałam być sobą. Chciałam przestać ukrywać tę złą część mnie. Chciałam tego luzu, który ma Uwodziciel. Chciałam porzucić wielkie pragnienia o idealnym świecie i nauczyć się od niego tego, jaki świat jest naprawdę. Chciałam mieć przy sobie kogoś, kogo nie zranią moje humory, komu nie będzie na mnie zależeć, kogo nie zranię tym, że odejdę z dnia na dzień, kogo będę mogła wykorzystać i będę mogła dać się wykorzystać – bez wyrzutów sumienia.
Zobaczyłam jak bardzo jestem samotna. Poczułam jak bardzo nieszczęśliwa jestem wewnątrz swojego serca. Gdy nad tym myślałam żal mi było siebie samej. Ta samotność jest jak ciągły, tępy ból w całym ciele – kiedy zwrócisz na niego uwagę to ciężko później o obojętność. Tak bardzo pragnęłam mieć kogoś choćby na chwilę. Przez chwilę czuć się bezpieczną i czuć bliskość męskiego ciała, które jest gotowe stawić opór wszystkiemu co przynosi kobiecie nieszczęście lub lęk. Pragnęłam choć na chwilę zapomnieć o bólu, smutku, depresji, nerwach, stresie, obowiązkach, odpowiedzialności. Zagłuszyć wszelkie wyrzuty sumienia i w końcu być tą pieprzoną egoistką, wredną suką (jak nazywała mnie mama, gdy za dużo wypiła), która ma wszystkich za nic, która żyje własnym życiem i chuj komuś do tego.
Wiedziałam jednak, że Bóg obdarzył mnie szeroko rozwiniętą empatią i dużą wrażliwością – uznałam, że te dary zobowiązują, a ja nie mogę ich zagłuszyć, zignorować i myśleć tylko o swoim spełnieniu i pragnieniach.
Przeprowadziłam z Uwodzicielem poważną rozmowę, w której jasno przedstawiłam swoje poglądy i wartości. Dałam mu kosza innymi słowy. Odpuścił. Jednak na tej samej zmianie (pracujemy razem), po kilku godzinach, dałam mu swój numer telefonu.
Oczywiście chciałam być jak najbardziej uczciwa dlatego opowiedziałam spowiednikowi szczerze o całej sytuacji i powiedziałam, że już się nie będę u niego spowiadać. Po prostu odwołałam go z funkcji mojego kierownika duchowego.
Wtedy mogłam zacząć działać. Zaczął się romans, z początku bardzo burzliwy i pełen kłótni, ale ekscytujący. Miałam jednak zaplanowane tygodniowe rekolekcje, na które postanowiłam pojechać.
Tam znowu wszystko się zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni. Uznałam, że nie mogę Uwodziciela stawiać nad Bogiem, że to Bóg jest najważniejszy i nie ma żadnych wymówek. Poza tym bardzo pragnęłam Komunii św., więc poszłam do spowiedzi. Tam ksiądz powiedział, że potrzebne jest silne postanowienie poprawy i najlepiej jakbym zerwała z Uwodzicielem i… przeprowadziła się do Krakowa. Pomyślałam – czemu nie? Wróciłam z rekolekcji, zerwałam z Uwodzicielem i zaczęłam się zajmować sprawami związanymi z organizacją przeprowadzki. Po kilku dniach znowu wszystko się zmieniło i znowu byłam z Uwodzicielem. Zaczął się naprawdę płomienny romans. Wiedzieliśmy, że to już końcówka i korzystaliśmy z każdej możliwej chwili, aby być razem.
I tak oto jesteśmy w dniu dzisiejszym. Pożegnałam się z Uwodzicielem, choć oboje przypuszczamy, że będziemy się jeszcze spotykać. Mimo to chcę dołączyć do wspólnoty, u której byłam na rekolekcjach, poznawać ich duchowość i wgłębiać się w nią.

Czy ja wierzę w Boga?

Czuję się jakbym stała w rozkroku. Wierzę w Boga, ale wydaje mi się, że mam do Niego sporo nieuświadomionego jeszcze żalu. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć, że wartości katolickie są moimi wartościami. Nie potrafię nimi żyć. Nie potrafię ich przyjąć na 100% tak, jak wymaga Pan Jezus. Gonią mnie zmysły, pragnienia, pożądliwość i chcę w to iść. Chcę poznać też tę drugą stronę siebie. Być może dzięki temu się wypośrodkuję. Jak mam znaleźć swój środek skoro dotychczas kategorycznie blokowałam jedną część mnie? Coś z moją dotychczasową wiarą na pewno było nie tak i chce odkryć co to było. Chcę kochać Boga prawdziwie i zdrowo i wiem, że On o tym wie. To może brzmieć absurdalnie, ale wierzę, że nawet z grzesznego życia może wyniknąć dobro.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Męczona wątpliwościami zastanawiam się czy mogę żyć w ten sposób: chodzić na spotkania wspólnoty, uczyć się, słuchać i patrzeć na ludzi wierzących i żyjących według wartości katolickich i równocześnie poznawać to życie, które chcę poznać, czyli życie bez ograniczeń gdzie cały świat należy do mnie, a moralność jest kwestią względną.
Odpowiedziałam sobie na to pytanie: tak, mogę. Nic nikomu do tego, to moje życie i ja będę ponosić konsekwencje swoich działań. Być może ludzie mnie potępią… a może nie. Tego nie wiem.
I nie chcę się tym przejmować.


Studnia bez dna

Och, tyle myśli, odczuć, poglądów, czynników zewnętrznych się dzieje… I to wszystko mnie przygniata. Tak mocno, mocno. Kiepsko się czuję.

Zauroczenie tamtym panem powoli mija… Pewnie dlatego, że w tym tygodniu nie mieliśmy ze sobą dłuższego kontaktu. Jednak w niedzielę spędzimy razem 24h. Nie wiem co z tego wyjdzie.
Zauważam jednak, że niezależnie co z tego wyjdzie to ja już coś w sobie odkryłam. Terapeutka powiedziała, że odkrywam w sobie kobietę. Też tak czuję. Obudziło się we mnie coś, czego nie było wcześniej.

Mój kryzys wiary trwa w najlepsze. Jest coraz gorzej. Zgodziłam się w sobie na życie w opozycji do wielu Bożych przykazań, te przykazania mnie męczą, tłumią. Wiem, że są dane dla mojego dobra, ale mam ich totalnie dosyć. Na początku sierpnia wyjeżdżam na jeden dzień z kierownikiem duchowym żeby pogadać i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ostatnio tak mam, że odchodzę i wracam, odchodzę i wracam… Ale wierzę, że ani Bóg ani ksiądz nie będą mieli mnie dosyć. Każdy ma prawo być zagubionym i szukać swojego życia.

Zarezerwowałam dzisiaj bilety do Gdańska. W sierpniu pojadę w te okolice na pięć dni, dołączę do mamy, która już tam będzie. Taki niespodziewany urlop. Potem we wrześniu jadę na tygodniowe rekolekcje w ciszy do pustelni. Nie wiem czy chcę tam jechać – kusi mnie ta cisza i to, że będę mogła odnaleźć pytania, które we mnie są, a których w normalnym życiu nie potrafię odnaleźć.



Jest mi ciężko. Jestem samotna. Ostatnio pewnej nocy zorientowałam się jak ogromne pokłady samotności skrywa moje serce. Dlaczego interesuje mnie Uwodziciel? Chciałabym aby choćby w odrobinie zagłuszył tę samotność. Wiem, że to sztuczne rozwiązanie, na skróty, ale chciałabym ten ból jakoś ukoić. Chcę czułości, bliskości i uwagi, wspólnego śmiechu i zachwycania się sobą. Ale bez zobowiązań, bez myślenia o tym co będzie za tydzień, po prostu, być tu i teraz.

Zobaczymy czy ten romans wyjdzie. Wydaję mi się, że Uwodziciel wziął sobie do serca moje notoryczne odmowy i wyśmiewania i jednak się poddał. Jednak już raz tak myślałam (wtedy odczułam ulgę, bo jeszcze nie chciałam z nim być), a on mnie zaskoczył i zaatakował z nową siłą (i wtedy mu się udało choć chyba o tym nie wie).
To zabawne. On nie wie, że ubieram się dla niego, że maluję się dla niego, że gdy szykuję ubrania do pracy to wyobrażam sobie to w jaki sposób na mnie spojrzy w jakim ubraniu.

Spróbuję w niedzielę jakoś dać mu do zrozumienia, że chce bliższej relacji, zobaczymy czy się uda. Choć tak jak mówię – nie zależy mi na tym już tak bardzo, także jak wyczuję, że on nie chcę to nie będę rozpaczać.



Kiedy szłam na spotkanie z terapeutką to wcale nie chciałam jej wtajemniczać w to, co się we mnie dzieje. Szczególnie nie chciałam jej mówić o pragnieniu i uwodzeniu żonatego mężczyzny. Jednak w toku rozmowy powiedziałam jej o tym i w żadnym razie mnie nie oceniła ani nie odwodziła od niczego. Po prostu pytała co w nim widzę i w jaki sposób on się zachowuje. Wysłuchała wszystkich moich wątpliwości  i wszystkich argumentów za tym, aby w to pójść. Poczułam, że ona nie ma zamiaru wpływać na moje decyzje życiowe, w jakiś sposób mnie zniewolić tylko chce mnie nauczyć żyć swoim życiem. Zdecydowanie zaplusowała.







Pragnienie

Szpony
Elżbieta Szemplińska

Polub mnie taką, jaka jestem.
Nie próbuj zmienić, złamać, zgiąć.
Pozwól mi śmiać się, kłamać, tęsknić,
dobrą być czasem, często złą.

Pozwól mi wracać i odchodzić,
pozwól mi cierpieć, płonąć, krwawić,
ja tak już muszę, ja tak zawsze,
i wszystkie twoje prośby na nic.

To by tak dobrze było, pięknie,
i wtedy bym cię kochać mogła —
Skryj, miły, w kocie poduszeczki
twoje drapieżne szpony orła.

Pojawił się ktoś. Sprawia, że czuję się kobietą – piękną, zmysłową, uwodzicielską. Nieczystą suką bez serca. Bóg obdarzył mnie dużą wrażliwością i empatią, obdarzył mnie dobrem. Te dary zobowiązują, a ja walczę ze sobą, bo pragnę schować je do kieszeni. Jeżeli przegram te walkę, jeżeli postąpię wbrew wartościom, które wybrałam zranię swoje serce, ta rana zostanie do końca życia.

Jestem zła na Boga, że wsadził w kobiece serca pragnienia tak silne i sprzeczne, a równocześnie nadał wartości, które nie pozwalają iść na skróty w realizowaniu tych pragnień. Niektóre pragnienia zostaną do końca życia niespełnione jeśli chce się żyć wartościami danymi przez Boga. Czy jestem w stanie się na to zgodzić? Czy jestem w stanie poświęcić pragnienia mojego serca i zaufać, że Bóg ma dla mnie coś lepszego? Coś ciekawszego? Coś jeszcze bardziej fascynującego i ekscytującego?

Czy jestem w stanie poświęcić Bogu pragnienia, marzenia, które są sprzeczne z Jego miłością, a które mam od zawsze? Lepiej grzeszyć i żałować niż żałować, że się nie grzeszyło... To jest walka, to jest sedno. To największa próba w moim życiu. Nie wiem czy ją przyjdę. Nie wiem, który wilk wygra. Jak na razie karmię jednego i drugiego.

Jeżeli przegram te walkę będę pełna wstydu. Jednak przeżyje przygodę, która będzie ożywiać moje zmysły jeszcze długo.
Jeżeli ją wygram będę silniejsza w wierze, ale to pragnienie zostanie i obawiam się, że prędzej czy później przyjdzie kolejna i kolejna próba i to się nigdy nie skończy. Prędzej czy później przegram, bo pragnę przegrać.





Co to znaczy, że mam depresję?

Diagnoza to z jednej strony wyzwolenie od dręczących nas wątpliwości - zarówno koniec jak i początek pewnego etapu.

co to znaczy, że mam depresję?

Mam depresję

Nie od dwóch tygodni, dwa tygodnie temu lekarz mi ją po prostu zdiagnozował. Pewnie gdybym nie odwołała w zeszłym roku wizyty u innego psychiatry to miałabym ją zdiagnozowaną wcześniej. Albo gdybym zdecydowała się dwa-trzy lata temu iść do lekarza to też by wyszła.

Mam ją od dawna.

Pomimo tego, że już jest diagnoza… nie dowierzam? Czytam w internecie. Czytam objawy, czytam o leczeniu, czytam blogi innych osób, które chorują. Tak, zgadza się. Wszystko mówi, że mam depresję.

Ale co to znaczy?

Nie wiem kiedy do mnie przyszła. Myślę, że wszystko mogło się zacząć ok. 10 lat temu. Chyba się zaprzyjaźniłyśmy. Moje patrzenie na świat, moje zmęczenie, moje wysiłki, aby być pozytywną i dobrą osobą to ja. Nie wyobrażam sobie siebie innej. Mam wrażenie, że ja i depresja zrosłyśmy się w jedno i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jaka będę? I jak tu się leczyć, gdy boję się wyzdrowieć?

Pewnie dlatego jest potrzebna psychoterapia.

© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X