Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pożądanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pożądanie. Pokaż wszystkie posty

Łóżko, Kołdra, Miłość, Dotyk

Łóżko 
To przedmiot, który nas 
Godzi i budzi strach
Czy wytrzymamy jeszcze razem
Kołdra
Zabierasz większą część
Zsuwasz ją kiedy chcesz
Przekonać się, czy to na pewno 
Miłość
O miłość trzeba dbać 
Karmić ją cały czas
Szczególnie gdy leżymy razem
Dotyk
A po nim cisza słów
I ocieranie skóry
Nagle czerwonej od nabiegłej krwi 
Mojej i twojej krwi 
Zachłanni, więcej jej produkujemy 
żeby dalej, dalej, dalej...
Miłość to czas
W słowach pozamykany
A ja kłopoty z niedomówieniami mam
Miłość to czas
Z czasem zapominamy 
A ja kłopoty z zapamiętywaniem mam
(sł. Janusz Radek)


Przedwczoraj nie potrafiłam się pozbierać po kłótni z Uwodzicielem. Tak bardzo bolało mnie to, co mi powiedział... Wczoraj widzieliśmy się chwilę i dalej się kłóciliśmy. Odwołał nasze całonocne spotkanie, które miało być w przyszłym tygodniu. Ja byłam za tym żeby się spotkać, aby porozmawiać. Poprosił mnie żebym zadzwoniła jak dojadę do domu.
Zanim się do siebie dodzwoniliśmy, przepłakałam godzinę. Dałam sobie prawo do płaczu, a raczej terapeutka na ostatniej sesji mi dała to prawo. Powiedziała, że pomimo tego, iż wiem od początku, że ten związek zmierza ku końcowi, to będę cierpieć jak po normalnym rozstaniu. Gdyby nie te słowa to pewnie bym nie płakała. 
W końcu, gdy już rozmawialiśmy z U., doszliśmy znowu do porozumienia. Spotkanie jednak się odbędzie.
Dzisiaj rano zadzwoniłam do niego i okazało się, że jest chory. Już wczoraj źle wyglądał i mówił, że coś go bierze. Dzisiaj słyszałam w słuchawce, że rzeczywiście nie jest dobrze. Spotkanie odwołane. Nie, nie złoszczę się o to, bo to sytuacja losowa.
Jednak mam wspomnienie jego wzroku, gdy się kłóciliśmy. Jego słowa o tym, że nie ma co się starać, bo i tak nie będziemy ani parą, ani małżeństwem. Jego brak odwagi, aby powiedzieć mi co myśli.
Kiedy dzisiaj odwołał to spotkanie zorientowałam się, że to koniec. Nic na siłę - to nasza dewiza. Nie wytrzymamy ze sobą dłużej, brakuje już tej energii, tej odwagi, aby sprzeciwiać się otoczeniu. Myślę, że oboje to wiemy. Ja byłabym w stanie jeszcze walczyć, ale widzę, że on już nie. Nic na siłę.

Dzisiaj też płakałam. Tak bardzo boję się samotności! Boję się, że nigdy nikogo nie spotkam. Ale w takim układzie z Uwodzicielem jaki teraz mam tylko marnuję swój czas. Trzeba podjąć jakieś kroki zamiast tkwić w marazmie.

Zakochana

Mam nowy plan
Nikt jeszcze nie wie, że go mam
A co mi tam!
Naprawię ten zepsuty świat

Chociaż na razie wszystko jest nie tak
ciągle pod wiatr
A idę tak, jakbym po lodzie cienkim szła
A co mi tam!
Wszystko to znam...

Tak, tak, tak
Mam nowy plan!

związki romantyczne borderline


Znowu widzę w Twoich oczach tę iskrę. 
Zobaczyłam ją dziś rano, gdy szedłeś w moim kierunku. Jestem pewna, że najbliższy czas będzie dla nas ratunkiem. Ty uważasz, że będzie ciężko, ale ja mam plan, który realizuję. Wykorzystam ten czas, w którym tak ciężko będzie nam się spotkać na dłużej. Będziesz tęsknić coraz bardziej, będziesz pragnął coraz bardziej, aż w końcu nie będziesz mógł myśleć o nikim innym poza mną. 
Już dziś wiem doskonale, że nie tylko ja nieustannie o Tobie myślę, ale Ty też myślisz o mnie tam, gdzie jesteś. Wróciła moja pewność siebie. 

Czuję się tak, jakby przyszła wiosna do mojego serca. Rozkwita we mnie nadzieja.
Mówisz, że ostatnio stałam się bardziej kobieca, dojrzalsza.
To dzięki terapii, wiesz?
Lepiej panuję nad tym, co czuję i potrafię jaśniej określić czego chcę. Kiedy podejmuję decyzję to łatwiej jest mi jej dotrzymać, bo teraz moje decyzje są lepiej przemyślane. 
A jak to kiedyś powiedziała moja terapeutka: "pani zawsze dostaje to, czego chce".
A ja chcę Ciebie. 

W blasku księżyca - randka z Uwodzicielem


Księżyc świecił wyjątkowo jasno, ulicami raz na jakiś czas przejeżdżał jakiś zaspany kierowca. Rozpoczęliśmy naszą przygodę na stacji benzynowej, ponieważ bardzo lubię kawę z tego miejsca. Uśmiechałam się do siebie, bo on był blisko mnie. Tę stację benzynową odwiedziliśmy jako para.
Szliśmy spacerowym tempem, opatuleni kurtkami jak dwa duże bałwanki, przytuleni do siebie, z kubkami ciepłej kawy w dłoniach i nieco rozbawieni całą sytuacją. Schadzka w nocy. Gdzie tu iść skoro oboje jesteśmy na służbie, nie możemy się za bardzo oddalać od naszych obiektów i nie chcemy, aby ktoś nas zobaczył. Jakieś krzaki?
Zatrzymaliśmy się w jakimś ciemnym zaułku. Pocałunek smakował zupełnie inaczej niż zwykle, można było w nim wyczuć magię romantyczności. Pragnienie, które wezbrało w naszych ciałach musiało zostać stłumione w sercach, pozostać niespełnione. Nie mieć tego, czego się pragnie i cieszyć się z tego - to szaleństwo zakochanych.
Nasza randka nie byłaby naszą gdyby zabrakło na niej muzyki. To ona nas z początku połączyła. Wrażliwość na słowo i muzykę to z pewnością nasza wspólna cecha. Tak więc puściliśmy coś i patrzyliśmy na siebie. To zabawne. Jego oczy miały w blasku księżyca nieco inny odcień brązu niż zwykle. 
Nasze spotkanie nie trwało długo. A już z pewnością za krótko. Tak to już jest z udanymi randkami. Kiedy mnie odprowadzał, w moim ciele wezbrało uczucie miłości do tego człowieka. 
Zaraz po niej przyszedł ból. 

Jestem tylko pierdoloną kochanką
Czy coś z tego wszystkiego jest prawdą?


Siedzę jak sparaliżowana i patrzę na ekran komputera. Zadaję sobie pytania, które zwykle spycham w tył głowy bojąc się, że przygniecie mnie ich ciężar.

Dlaczego nie mogę się nim cieszyć bez bólu? W momencie, gdy czuję przypływ miłości w tempie błyskawicy przychodzi ból związany z tym, że jestem tylko kochanką, w dodatku jedną z wielu w historii jego życia. Czy czymś się wyróżniam? Czy jestem tą wyjątkową kochanką? I jakie to ma znaczenie? Nienawidzę tego pytania, bo ostatnie czego chcę to się porównywać. Sama z własnego doświadczenia wiem, że każdy związek jest inny i to, że kochałam jednego nie znaczy, że nie kocham tego. Nie da się porównać do siebie dwóch związków, każdy jest wyjątkowy. Mimo to stawiam sobie to pytanie. Czy jej też to mówił? Czy na nią też tak patrzył? Już nie mówiąc o żonie. Czy on myśli o mnie, gdy przy niej jest? Dlaczego chcę, aby myślał? Dlaczego czuję satysfakcję, gdy wyobrażam sobie jak on myśli o mnie, gdy ona jest przy nim?


Kochanie, kiedy mówisz o tym, że gdybyś był dwadzieścia lat młodszy to byś się nie zastanawiał tylko bylibyśmy razem... wiesz, to jest bardzo miłe i piękne, ale boli. Boli jak cholera, bo to się nie stanie. Ale mimo to chcę to słyszeć, chcę żebyś to mówił. Chcę żebyś mówił, że jestem jedyna w swoim rodzaju i najważniejsza dla Ciebie. Co z tego, że w to nie wierzę. Powtarzaj to tak często, aż w końcu uwierzę, chociaż na chwilę. Wiem, że będę później cierpieć. Proszę, spraw, abym przez ten czas, gdy ze sobą jesteśmy, była tu i teraz w morzu szczęścia i miłości. Jest dobrze, nie psujmy tego.



Kiedy pisałam tę notkę, wyszłam, aby zapalić papierosa. Zadzwoniłam do niego. Rozmawialiśmy.
Powiedziałam mu, że go kocham.

Czy wiesz, ty piękna i ty uśmiechniona, 
Której usteczka rozchyla pustota, 
Co znaczy "kocham", to najświętsze słowo, 
Co pada z piersi jako strzała złota, 
I jak królewskiej purpury zasłona, 
Oddziela ciebie, wzruszeniem różową 
I drżącą snami szczęścia dziewiczemi, 
Od wszystkich ludzi na całej tej ziemi, 
Byś otworzyła jednemu ramiona? 

Czy wiesz ty o tym, motylu i kwiecie, 
Poranków wiosny ty śpiewna ptaszyno, 
Że ta godzina, w której usta twoje 
Szepczą to słowo, jest cudów godziną? 
Że wtedy jasno robi się na świecie, 
Że srebrem biją wszystkie żywe zdroje, 
Że róże w pąkach płonią się wiosenne, 
Że dziwne mary, rozwiewne i senne, 
Ciałem się stają pod drżącą twą dłonią? 
Że w twej źrenicy, jako w pryzmie słońce, 
Życie odbija blasków swych tysiące 
I załamuje promień brylantowy?... 
Że noc koronę srebrną swojej głowy 
U stóp twych w chłodnych rozsypuje rosach? 
Że twym wzruszeniem drżą gwiazdy w niebiosach?
Maria Konopnicka - Do kobiety

Już dawno nie miałam tak emocjonującej nocy jak ta. Emocje gromadziły się we mnie od tygodni i próbowałam sobie z nimi jakoś poradzić, zrozumieć, przeżyć. Aż w końcu tej nocy sięgnęły zenitu. Kiedy wróciłam ze spaceru było mi aż słabo, świat wydawał się obcy, a ja w nim nieobecna. Do momentu, gdy Uwodziciel nakłonił mnie do zwierzeń. Wypowiedziałam wszystkie pytania, które tutaj zapisałam oraz te przemyślenia, które zamieściłam w poprzedniej notce. Przyjął je. A gdy wyznałam mu miłość... odczułam ulgę. Pewnie zastanawia Was czy on odwzajemnia moje uczucia? Wyznał mi to już kilka miesięcy temu, ale wtedy powiedziałam, że nie chcę o tym słyszeć, że to tylko boli. Dzisiaj nie bolało, dzisiaj przyniosło ukojenie.
Pamiętam jak powiedziałam terapeutce wtedy, że Uwodziciel wyznał mi miłość i ja powiedziałam mu, że on wcale tego nie czuje, że tylko mu się wydaje. Powiedziała mi, że tak nie wolno robić, że to jest zaprzeczanie czyimś uczuciom. Przeprosiłam go na następny dzień, ale od tego momentu w ogóle o uczuciach nie mówiliśmy - aż do tej wspaniałej nocy.
Nie bałam się wyznać mu miłości. Wiedziałam, że on też odczuwa to uczucie. I on też wiedział, że ja je odczuwam. To widać po sposobie traktowania drugiej osoby, po spojrzeniu, dotyku, tonie głosu. Jednak wypowiedzenie tego głośno... To przynosi radość.
Ja nie wyznaję miłości często. Uwodziciel jest drugim mężczyzną, któremu to powiedziałam. To naprawdę wyjątkowe uczucie.

Decyzja na przekór uczuciom?

Moje życie jest składową uczuć, podjętych decyzji i konsekwencji. Nie da się żyć bez nich.
Nawet kiedy w depresji leżę w łóżku i nie mam siły na nic, nie mam siły, bo jestem w rozpaczy to nieustannie podejmuję pewne decyzje, np. że nie wstanę z łóżka, aby zrobić sobie herbaty. Konsekwencją tego będzie doskwierające mi pragnienie.
Są też dobre konsekwencje. Weźmy taką samą sytuację - też leżę w łóżku, jestem w rozpaczy i dzwoni przyjaciółka. Czuję niechęć, ale odbieram telefon przeciwstawiając się temu uczuciu. Konsekwencją może być wtedy lepsze samopoczucie po rozmowie z nią.

Uczucia są jak motyle lub jak ćmy

Uczucia są wolne i żyją krótko. Przez emocje-motyle rozumiem te przyjemne w przeżywaniu - radość, podekscytowanie, miłość, ciekawość i wiele innych. Emocje-ćmy to dla mnie te, które trudno zaakceptować, z którymi trudno sobie poradzić - smutek, rozpacz, złość, zazdrość, nienawiść...
Zdarza mi się często podejmować decyzję pod wpływem różnych uczuć. Potem ono przemija, umiera jak motyl, a ja budzę się z ręką w nocniku.
Codziennie uczę się tego, aby pozwolić uczuciu przelecieć przez moje serce, potem skierować je w stronę rozumu, by w końcu pozwolić mu odlecieć i zostawić pole do popisu rozumowi. Rozum to rozsądne podejście do tematu, przemyślenie sprawy, wypunktowanie za i przeciw. Wydaje mi się, że rozum powinien być wolny od uczuć, a idąc dalej, powinien kierować się doświadczeniem - nie tylko moim, ale też innych, oraz moralnością. Dopiero kiedy rozum dogłębnie zbada sprawę powinnam podejmować jakiekolwiek decyzje.

emocje są jak motyle

Przyznaj, że czujesz to, co czujesz!

Retrospekcja, lipiec 2017r.
Tego dnia wstałam o czwartej rano. Przyszykowałam się do pracy i zostało mi jeszcze nieco czasu dla siebie, więc usiadłam na wersalce, aby się pomodlić. Uwodziciel nieprzerwanie od kilkunastu dni siedział w mojej głowie, a ja przecież... Przecież ja kocham Boga! To pożądanie, które jest w moim ciele jest niedobre, ono nie powinno znaleźć we mnie miejsca. Wcale go nie pożądam. Nie, wcale nie. On należy do niej, nie mogę go pragnąć. Powinnam mu powiedzieć, że nic z tego nie będzie. Przecież nic do niego nie czuję, nie ma żadnej iskry. On jest stary, nie wiem w ogóle czego on chce. Jak mu nie wstyd? Przecież to on powinien być tym rozsądnym i dać mi spokój! Tak bardzo go pragnę, tak bardzo chcę, aby mnie dotknął, tak bardzo... Nie. Tak. 
Przyznaj, że tak. Przyznaj, że czujesz to, co czujesz!
TO i tak jest. Zaprzeczając temu nie sprawisz, że TO zniknie. Ale będziesz mogła coś z tym zrobić, chwycić to uczucie w ręce i będziesz mogła decydować.

No tak, to ma sens.
To mi da władzę.

Tak, pragnę Uwodziciela. Tak, pragnę, aby mnie dotknął. Pragnę, aby mnie pieprzył i kochał. 
Ulga. 

To był początek podejmowania przeze mnie decyzji. Jeszcze wtedy nie wiedziałam czy z nim będę czy nie. Być może nie widać tego w tej retrospekcji, ale to było naprawdę trudne. Cała się trzęsłam, waliłam pięściami w ściany, krzyczałam.
Potem podobną walkę, choć już nie tak wykańczającą, stoczyłam z uczuciem pt. "chcę jego serca". Nie tylko chcę jego ciała, ale także serca. Przyznałam to przed sobą.

Miłość?

Piszę tę notkę, ponieważ od dłuższego czasu chodzi za mną uczucie miłości. Nie zakochania, ale miłości. Wypieram je mówiąc sobie, że nigdy nie podejmę decyzji o kochaniu go. Dzisiaj zorientowałam się co robię - znowu wypieram swoje uczucia. Mogę go kochać pomimo tego, że nie będziemy razem, że zmierzamy do nieuchronnego końca. Miłość, jak każde inne uczucie, jest motylem - w końcu umiera. Jednak to wcale nie oznacza, że go nie było. To właśnie wtedy normalne związki mają problem, bo tutaj jest moment na trwanie w decyzji o miłości. Czytałam, że zwykle tak się dzieje po dwóch-trzech latach.
Podsumowując: kocham Uwodziciela, ale nie podejmuję decyzji o tym, że będę go kochać zawsze, nawet wtedy, gdy uczucie przeminie (chociaż bym chciała).

Mam poczucie, że jest jeszcze coś czego nie akceptuję. Być może chodzi o tę miłość dalej? Albo gdzieś się oszukuję.
Chciałabym podjąć decyzję o miłości. Przeciwstawić się wszelkim przeciwnościom, zamieszkać z nim, prowadzić wspólne życie, nawet wyjść za niego. Jednak tego nie zrobię, bo to się nigdy nie stanie. Może tutaj jest źródło tego dyskomfortu? No właśnie...


...podejmowanie decyzji niezgodnej z uczuciami jest niekomfortowe.


Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak ogromnego wysiłku wymagałoby ode mnie podjęcie decyzji, że nie dam zawładnąć sobą uczuciowi pożądania.Próbowałam się temu przeciwstawić, nawet przeprowadziłam z Uwodzicielem poważną rozmowę, w której wyjaśniłam dlaczego nie możemy być razem. To było takie trudne! Przez chwilę byłam z siebie dumna, a potem poczułam się jakby mi odebrano coś bardzo, bardzo ważnego, jakąś część mnie - moje marzenie, moje pragnienie.Tak samo było z Krakowem. Z tym, że tutaj sprawa tyczyła się Boga. Przeprowadziłam się do Krakowa, bo byłam pewna, że Bóg tego ode mnie chce, że to On mnie prowadzi. Byłam przepełniona radością i miłością do Niego. Pojechałam, posłuchałam serca, uczuć... I okazało się, że tego nie przemyślałam, że depresja w obcym mieście, bez rodziny, jest jeszcze trudniejsza do zniesienia. Przed wyjazdem nie myślałam o tym co się stanie, gdy choroba się odezwie. Byłam pewna, że wszystko będzie dobrze, że może będą przeciwności, ale ze wszystkim dam radę. Poszłam za emocjami, za sercem, za miłością do Boga i pragnieniem życia w tej radości, którą wówczas czułam. A na miejscu powitała mnie depresja.


Decyzja na przekór uczuciom?


Więc jak to zrobić? Jak nie dać się uczuciom, które szarpią mną na wszystkie strony? Jak to zrobić, aby podejmować rozsądne decyzje kiedy serce mówi, że to najlepsza możliwa droga?









Zaraz eksploduję! (Hipo)mania w ChAD?


Wróciła.
Nie wiem skąd się wzięła, ale znowu zastanawiam się dlaczego nie uaktywniłam jej wcześniej. 
Energia.

Bo jak nie JA, to kto!?

Zasypiam po północy, wstaję o piątej i rozmyślam o pieniądzach, które zarobię na copywritingu. Wróciła dawna obsesyjna namiętność i tęsknota wobec Uwodziciela. 
I do tego jeszcze jakiś żal/tęsknota/pytania do Boga. 
Combo jakich mało. 
Tak dużo się dzieje i jest... dobrze.
W ostatnich tygodniach przytyłam blisko cztery kilo i jeszcze niedawno się tym zadręczałam, a teraz patrzę na siebie i stwierdzam, że właściwie to świetnie wyglądam i ta waga jest dla mnie idealna. Mam krągłości, mam cycki (!) chyba po raz pierwszy w życiu. 
Chciałabym to zachować, ale jednocześnie bardzo potrzebuję jakiejś formy aktywności - marzy mi się karnet na siłownię. Biegałabym sobie na bieżni, jeździła na udawanym rowerku i pływała udawaną łódką - idealnie! 

Jak dostanę wypłatę to sobie kupię.

Co z tego, że dostanę tylko koło tysiąca złotych? Już mam zamiar kupić sobie za to bieliznę, karnet na siłownię, prezenty dla bliskich, dać rodzicom na życie i odłożyć na telefon. Brawo ja! Co, ja nie dam rady?
Bo jak nie my to ktooo? Bo jak nie my to kto-o-o!

Hipomania w ChAD

Uwodziciel

Muszę przyznać, że miałam ostatnie pewne przebłyski rozsądku dotyczące tego związku. Piszę to z lekkim uśmiechem na ustach, bo szybko udało mi się ten rozsądek stłumić, zepchnąć te myśli gdzieś głęboko, aby przypadkiem nie poprzewracały mi życia. Porażające jest to, że on jest trzydzieści dwa lata starszy. To jeszcze nie brzmi tak źle. Gorzej brzmi: on ma pięćdziesiąt sześć lat! O ja pierdole, nie? W sensie, w żadnym razie na tyle nie wygląda ani się nie zachowuje, może dlatego jest to dla mnie takie porażające. Często o tym zapominam, nie dochodzi to do mnie. Ostatnio mu zaśpiewałam z przymrużeniem oka "czterdzieści lat minęło jak jeden dzień...", a on powiedział "skarbie, gdybym ja miał czterdzieści lat to my byśmy na pewno byli razem!" i to był jeden z tych momentów kiedy się na chwilę zorientowałam jaki on jest... stary! 

Leczenie w ChAD

Dzisiaj zwiększyłam Preheftari do 5mg (1-0-0), bo upewniłam się, że moja drażliwość to nie wina tego leku. Miałam dzisiaj mieć wizytę u lekarza, ale pani doktor psychiatra miała godzinne opóźnienie i nie zdążyłabym do pracy. Także najbliższa wizyta za tydzień.

PS.

Zajebiście się czuję z tym, że wiem kiedy dostanę okres, a nawet mogę to kontrolować. Co z tego, że jestem bezpłodna, czyli nie-do-końca-jestem-kobietą. Zajebiście mi to pasuje. I nie chcę z tego zrezygnować. I nie chcę rezygnować z Uwodziciela. I nie chcę rezygnować z tych wszystkich innych małych rzeczy, których Bóg zabrania. Nie chcę się męczyć w życiu żeby się Mu przypodobać i w zamian mieć Nic. Tak długo prosiłam, błagałam o to, aby w domu było lepiej. Błagałam, aby brat wyszedł na prostą. Błagałam, aby było Dobrze. A cały czas nie było i nie jest. Być może jest mi przeznaczone życie bez dużych cudów, bez nawróceń, bez radości płynącej z bycia z Bogiem. Ale ja tak nie chcę. Nie chcę odpowiadać na pytania co mi daje wiara i starać się wyjść wiarygodnie pokazując sztuczną radość - no bo przecież nie chcę być smutnym katolem. 

Mówię do Boga do mojej opoki: Czemu zapomniałeś o mnie? 
Czemu w smutku chodzę cierpiąc ucisk wroga? 
Śmierć włożyli w kości moje i przeklęli mnie dręczyciele moi, 
kiedy mówią do mnie co dzień: "Gdzież jest twój Bóg?"
Psalm 42,10-11

"dobro jest dobrem
a zło jest złem
sprawiedliwość jest dobrem
a niesprawiedliwość złem
miłość jest dobra
i miłość jest zła
więc dobro jest złem
i zło jest dobrem"
Halina Poświatowska



Pozytywna pustka

W depresji pisze się ciężko, bo nie ma na nic siły.
W górce pisze się ciężko, bo jest tyle tematów, tak ciężko wybrać jeden i się na nim skupić. Poza tym jest mnóstwo ciekawszych rzeczy to zrobienia.
Zawsze pisze się ciężko, bo trzeba dać coś od siebie w sposób czytelny dla odbiorcy.

choroba afektywna dwubiegunowa pustka


Teraz jestem w dziwnym stanie. Wydaje mi się, że mocno przymulają mnie leki, w dodatku boli mnie brzuch przez kobiece sprawy.
Równocześnie mam tak wiele pomysłów, planów, marzeń, widzę tyle możliwości...
Kurs prawa jazdy, kurs angielskiego, szukanie nowej terapeutki (na wszelki wypadek, bo nie wiadomo jak będzie z tą refundacją), chciałabym podjąć dodatkową pracę żeby ogarnąć finanse...
Ale jestem przymulona. I ten brzuch.

Już nie boję się być w domu. Picie rodzinki przestało mieć na mnie wpływ, ich pijackie gadki nie robią na mnie wrażenia. Jest dobrze i nic mnie nie rusza. Jest w tym dobrze sporo pustki.
Niedawna depresja wydaje się koszmarnym snem i nie rozumiem dlaczego wcześniej się z niego nie wybudziłam skoro to takie proste - pstryk i już.

Jutro mogłabym się zobaczyć z Uwodzicielem, ale mam imprezę rodzinną i tak mi żal... Jakoś to wykombinuję żeby się z nim spotkać. W końcu, jak mówi moja terapeutka, zawsze dostaję to, czego chcę.

Bardzo mi zależy na tej relacji, wręcz niezdrowo... W depresji byłam w stanie zaryzykować własne życie żeby tylko nie odwołać całonocnego spotkania, które planujemy od dwóch miesięcy. Przy mocnych myślach i planach samobójczych byłam zdeterminowana żeby nie iść przypadkiem do szpitala przed terminem naszego spotkania. Za wszelką cenę. Gdyby wiedział jak bardzo mi na nim zależy to chyba by uciekł.
Jednocześnie on mi nie wystarcza... Jest go za mało... Chciałabym poznać kogoś na kim będzie mi podobnie zależeć, ale będzie dostępny częściej. Nie zrywając relacji z Uwodzicielem. Tylko, że wtedy szybko mi się znudzi ten nowy, tak już mam... taka femme fatale ze mnie. Potem irytują mnie rozmowy, smsy, jego przywiązanie i zależność ode mnie. Pani doktor, jak żyć?


Szaleństwo

Mogłabym pisać dużo - o tym, że znowu jestem w Katowicach, o tym, że w Krakowie mi się nie ułożyło, o tym, że od trzech tygodni męczy mnie przeziębienie...
Ale po co skoro mogę pisać o Uwodzicielu?
Tak naprawdę to dalej jest mi źle. Jestem w rozsypce, choć rozsyp poddałam zawieszeniu przez przeprowadzkę do rodziców. Kiedy orientuję się, że myślę o czymś nieprzyjemnym to uciekam w myśli o nim.
Jest moja ucieczką, przykryciem... Takim kocem, który narzuca się na fotel pełen brudnych ubrań, gdy przychodzą niespodziewani goście.
Jestem w podobnym stanie jak na początku wakacji. Znowu, teoretycznie, nie mam nic do stracenia i chcę szaleć, szaleć, szaleć..! Żeby tylko nie myśleć. Jest natomiast znacząca różnica pomiędzy moją relacją z Uwodzicielem na początku wakacji a czasem obecnym - wtedy nie był jeszcze mój. Co prawda byłam ogromnie spragniona jego dotyku lecz nie chciałam wyjść na naiwną i głupią dlatego udawałam obojętność. Obawiałam się sytuacji, w której usłyszę, że nasze znaczące rozmowy były tylko żartem i on nic takiego nie miał na myśli. Teraz już nie mam się czego bać. Mogę się w nim zatopić, utopić, utonąć... I się nie wynurzyć.


Zastanawia mnie co prowokuje taki stan rzeczy? Czuje dokładnie tę samą energię, którą czułam wtedy, gdy zaczął się nasz romans. Tę chęć porzucenia wszelkich zasad, opinii, konwenansów.
Wtedy też byłam po (w trakcie?) ataku potężnej depresji, miałam jej już dość i szukałam wytchnienia.
Też miałam dość odpowiedzialności i... życia.

Samotność bliższa niż myślisz


Dokąd przed nią wciąż uciekasz?
I czemu myślisz, że to twój serdeczny wróg?
Ona, jak wierny pies, za progiem domu czeka,
Byś do niej wracał z najdalszych dróg.

Niekochana, niepotrzebna...
Tak łatwo może ją zastąpić byle kto.
Lecz kiedy lęk nie daje zasnąć - ona jedna
czuwa przy tobie w bezsenną noc.

To ona - Siostra łagodna,
Twój Anioł Ciszy, twój cień,
Spokojna przystań i otchłań...
Jest lustrem, źródłem i snem

To ona, twoja samotność,
Jej adres ty jeden znasz.
Zostanie z tobą do końca.
Jest wszystkim, wszystkim co masz.

W labiryncie tego świata,
W jego szaleństwie i okrutnych z nami grach,
Łatwo się zgubić, łatwo sprzedać diabłu duszę,
Za każdym rogiem czai się strach

Czego szukasz w zgiełku, w tłumie?
Kto cię wysłucha, poda rękę w chwili złej?
Kto cię pocieszy, kto rozgrzeszy, kto zrozumie?
Tylko samotność. Zaufaj jej.

To ona, bliższa niż myślisz,
Jej adres ty jeden znasz.
Zostanie z tobą do końca.
Jest wszystkim, wszystkim co masz.

To bez niej jesteś wędrowcem,
Co zgubił się w gąszczu dróg
Na końcu świata cię znajdzie,
Byś wrócić do siebie mógł.

(tekst: Magda Czapińska)

Kiedyś terapeutka zadała mi pytanie: przed czym pani ucieka w depresję?
To ciekawe, nie pomyślałam wcześniej, że ta małpa może mi do czegoś służyć. Zastanawiałam się co prawda dlaczego lubię swoją depresję. Przed tym pytaniem ta sympatia wydawała mi się dziwna, bo przecież czuję się wtedy jakbym była zbudowana z czarnych cząsteczek pustki - co tu do lubienia? 
Odpowiedziałam jej na to pytanie. Powiedziałam wtedy, że uciekam przed podejmowaniem decyzji, przed ludźmi. Ta skrajna pustka i rozpacz zmuszają mnie do pozwolenia sobie na nie bycie idealną
Dzisiaj ja sama zadałam sobie pytanie: przed czym ucieka pani w Uwodziciela?
Moje myśli zachowują się tak jakby całe moje życie zależało od jednej jego części jaką jest Uwodziciel. 
Łatwiej jest mi myśleć, że muszę podjąć decyzję, której nie umiem podjąć niż wziąć się za podejmowanie tych również trudnych, ale z którymi byłabym w stanie się zmierzyć.
Uciekam w Uwodziciela przed swoimi myślami, przed swoją samooceną, przed problemem z relacjami. 
Być może wplątałam się w ten związek, aby w końcu przerwać kryzys wiary, który trwał już dobrych kilkanaście miesięcy. Potrzebowałam kogoś nowego, kogoś w kim będę mogła się zatracić. I tak się stało, osiągnęłam swój cel - udało mi się zatracić, uciec od tego, co wówczas zajmowało moje myśli.
Uciekłam w Uwodziciela przed samotnością.
Dalej jestem samotna. 
Mam coś, ale tak naprawdę nie mam nic. 
Cto chwile rozmowy, śmiechu, wzajemnego zachwytu i bliskość jego ciała. 
Nic to fundamentalna sprawa, czyli to, że on nie jest mój, nigdy nie będzie mój i że to do niczego nie prowadzi. Budujemy tylko po to, aby zburzyć.
Wolę jednak takie coś w niczym niż kompletnie puste nic.

Jak wierzyć w Boga?

Wiara i wartości to kolejny temat, o którym nie do końca wiem co myśleć.


Jak to się zaczęło? Moje nawrócenie.

Moja wiara pojawiła się nagle, ale bardzo intensywnie. Bardzo szybko zmieniłam swoje życie i podporządkowałam je wymogom katolicyzmu. Zmieniłam znajomych na wierzących, dawne zainteresowania wydawały mi się już nudne, więc znalazłam nowe, zmieniłam książki, które czytałam i filmy, które oglądałam, sposób ubierania i mówienia.
Nawrócenie z początku przyniosło mi radość, euforię, poczucie wolności i wszechmocności. Byłam zakochana w Bogu i zrobiłabym dla Niego wszystko. Nie rozumiałam jak ktoś może nie korzystać z siły jaką daje wiara. Oczywiście myślałam o wstąpieniu do zakonu, oczywiście tego najbardziej rygorystycznego – karmelitanki bose. Z czasem miałam sporo innych pomysłów, ale jednak ta wspólnota zawsze była dla mnie najbardziej pociągająca.
Spowiadałam się regularnie co 2-3 tygodnie. W pewnym momencie już miałam taki problem, że żyłam tak uczciwie i dobrze, że nie do końca wiedziałam z czego mam się spowiadać, bo każdy grzech wydawał mi się wręcz głupi do wypowiedzenia – obawiałam się, że ksiądz mnie wyśmieje, że coś takiego uważam za grzech. Nie raz zresztą okazał zdziwienie, gdy coś wyznawałam. Z drugiej strony obawiałam się, że czegoś nie dostrzegam – no bo przecież każdy grzeszy. Nie, nie byłam skrupulantką, nie zadręczałam się swoimi grzechami i wierzyłam w Boże miłosierdzie.

Doświadczenie wiary

Doświadczyłam działania Boga nie raz. W różnych sytuacjach życiowych, w rozmowie z innymi ludźmi czy na samej modlitwie. Dalej jestem przekonana, że On jest, że istnieje i kocha nas z niepojętą mocą.
Miewałam różne stany w tych latach, w których praktykowałam wiarę. Przeszłam w tym czasie roczną terapię grupową dla dorosłych dzieci alkoholików. Miałam wtedy też depresję, nerwicę, zapewne też borderline – przecież te choroby nie pojawiły się nagle w lutym tylko wtedy stały się dla mnie tak uciążliwe, że musiałam iść do lekarza. Pomimo to wierzyłam i Bóg był dla mnie wsparciem i radością. Był odskocznią. Uwielbiałam rekolekcje, uwielbiałam adorację, podczas której mogłam być sam na sam z Tym, o którym wiedziałam, że mnie kocha… uwielbiałam też poczucie bycia lepszą od innych. Podobało mi się to, że w końcu nie byłam dla ludzi tylko ciężarem, że już nie nazywali mnie egoistką tylko bardziej altruistką. Pomimo tego, że tak mówili ja i tak cały czas czułam, że ten egoizm we mnie jest, że ja poświęcam się dla nich z przymusu – po to, aby dobrze świadczyć o wierze… i o sobie.

Nieodparta pokusa, czyli Mój Uwodziciel

Życie według zasad wiary było dla mnie proste do momentu, gdy poznałam mojego Uwodziciela. Mężczyzna starszy od mojego ojca, bardzo przystojny, uwodzicielski, prostolinijny i posiadający w sobie jakiś taki wewnętrzny luz, którego ja w sobie nie miałam. I żonaty.
Bardzo się starałam, aby nie dać się mu podejść, z początku bardzo mnie irytował swoją natarczywością i obecnością. Jednak w pewnym momencie coś we mnie pękło. Wtedy właśnie zaczęłam mieć żal do Boga o to, że nie jest tak, jak powinno być, że nie jestem szczęśliwa, że On mnie ogranicza, że tak dużo wymaga, że to jest niezgodne z pragnieniami, które włożył w moje serce.
Znalazłam wtedy wiersz, który zapisałam w dzienniku – wiersz, którego słowa kieruję do Jezusa.

Elżbieta Szemplińska – Szpony

Polub mnie taką, jaka jestem
Nie próbuj zmienić, złamać, zgiąć
Pozwól mi śmiać się, kłamać, tęsknić,
Dobrą być czasem, często złą.

Pozwól mi wracać i odchodzić,
Pozwól mi cierpieć, płonąć, krwawić,
Ja tak już muszę, ja tak zawsze,
I wszystkie twoje prośby na nic.

To by tak dobrze było, pięknie,
I wtedy bym cię kochać mogła –
Skryj, miły, w kocie poduszeczki
Twoje drapieżne szpony orła.


Poszukiwanie siebie

Chciałam być sobą. Chciałam przestać ukrywać tę złą część mnie. Chciałam tego luzu, który ma Uwodziciel. Chciałam porzucić wielkie pragnienia o idealnym świecie i nauczyć się od niego tego, jaki świat jest naprawdę. Chciałam mieć przy sobie kogoś, kogo nie zranią moje humory, komu nie będzie na mnie zależeć, kogo nie zranię tym, że odejdę z dnia na dzień, kogo będę mogła wykorzystać i będę mogła dać się wykorzystać – bez wyrzutów sumienia.
Zobaczyłam jak bardzo jestem samotna. Poczułam jak bardzo nieszczęśliwa jestem wewnątrz swojego serca. Gdy nad tym myślałam żal mi było siebie samej. Ta samotność jest jak ciągły, tępy ból w całym ciele – kiedy zwrócisz na niego uwagę to ciężko później o obojętność. Tak bardzo pragnęłam mieć kogoś choćby na chwilę. Przez chwilę czuć się bezpieczną i czuć bliskość męskiego ciała, które jest gotowe stawić opór wszystkiemu co przynosi kobiecie nieszczęście lub lęk. Pragnęłam choć na chwilę zapomnieć o bólu, smutku, depresji, nerwach, stresie, obowiązkach, odpowiedzialności. Zagłuszyć wszelkie wyrzuty sumienia i w końcu być tą pieprzoną egoistką, wredną suką (jak nazywała mnie mama, gdy za dużo wypiła), która ma wszystkich za nic, która żyje własnym życiem i chuj komuś do tego.
Wiedziałam jednak, że Bóg obdarzył mnie szeroko rozwiniętą empatią i dużą wrażliwością – uznałam, że te dary zobowiązują, a ja nie mogę ich zagłuszyć, zignorować i myśleć tylko o swoim spełnieniu i pragnieniach.
Przeprowadziłam z Uwodzicielem poważną rozmowę, w której jasno przedstawiłam swoje poglądy i wartości. Dałam mu kosza innymi słowy. Odpuścił. Jednak na tej samej zmianie (pracujemy razem), po kilku godzinach, dałam mu swój numer telefonu.
Oczywiście chciałam być jak najbardziej uczciwa dlatego opowiedziałam spowiednikowi szczerze o całej sytuacji i powiedziałam, że już się nie będę u niego spowiadać. Po prostu odwołałam go z funkcji mojego kierownika duchowego.
Wtedy mogłam zacząć działać. Zaczął się romans, z początku bardzo burzliwy i pełen kłótni, ale ekscytujący. Miałam jednak zaplanowane tygodniowe rekolekcje, na które postanowiłam pojechać.
Tam znowu wszystko się zmieniło o sto osiemdziesiąt stopni. Uznałam, że nie mogę Uwodziciela stawiać nad Bogiem, że to Bóg jest najważniejszy i nie ma żadnych wymówek. Poza tym bardzo pragnęłam Komunii św., więc poszłam do spowiedzi. Tam ksiądz powiedział, że potrzebne jest silne postanowienie poprawy i najlepiej jakbym zerwała z Uwodzicielem i… przeprowadziła się do Krakowa. Pomyślałam – czemu nie? Wróciłam z rekolekcji, zerwałam z Uwodzicielem i zaczęłam się zajmować sprawami związanymi z organizacją przeprowadzki. Po kilku dniach znowu wszystko się zmieniło i znowu byłam z Uwodzicielem. Zaczął się naprawdę płomienny romans. Wiedzieliśmy, że to już końcówka i korzystaliśmy z każdej możliwej chwili, aby być razem.
I tak oto jesteśmy w dniu dzisiejszym. Pożegnałam się z Uwodzicielem, choć oboje przypuszczamy, że będziemy się jeszcze spotykać. Mimo to chcę dołączyć do wspólnoty, u której byłam na rekolekcjach, poznawać ich duchowość i wgłębiać się w nią.

Czy ja wierzę w Boga?

Czuję się jakbym stała w rozkroku. Wierzę w Boga, ale wydaje mi się, że mam do Niego sporo nieuświadomionego jeszcze żalu. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć, że wartości katolickie są moimi wartościami. Nie potrafię nimi żyć. Nie potrafię ich przyjąć na 100% tak, jak wymaga Pan Jezus. Gonią mnie zmysły, pragnienia, pożądliwość i chcę w to iść. Chcę poznać też tę drugą stronę siebie. Być może dzięki temu się wypośrodkuję. Jak mam znaleźć swój środek skoro dotychczas kategorycznie blokowałam jedną część mnie? Coś z moją dotychczasową wiarą na pewno było nie tak i chce odkryć co to było. Chcę kochać Boga prawdziwie i zdrowo i wiem, że On o tym wie. To może brzmieć absurdalnie, ale wierzę, że nawet z grzesznego życia może wyniknąć dobro.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Męczona wątpliwościami zastanawiam się czy mogę żyć w ten sposób: chodzić na spotkania wspólnoty, uczyć się, słuchać i patrzeć na ludzi wierzących i żyjących według wartości katolickich i równocześnie poznawać to życie, które chcę poznać, czyli życie bez ograniczeń gdzie cały świat należy do mnie, a moralność jest kwestią względną.
Odpowiedziałam sobie na to pytanie: tak, mogę. Nic nikomu do tego, to moje życie i ja będę ponosić konsekwencje swoich działań. Być może ludzie mnie potępią… a może nie. Tego nie wiem.
I nie chcę się tym przejmować.


Związki romantyczne - borderline


Uwaga! Związek z osobą cierpiącą na borderline może boleć!


Związki romantyczne z osobami z pogranicznym zaburzeniem osobowości obrosły już prawie legendą. Mówi się, że borderzy są kłamliwi, egoistyczni i nieustannie manipulują.

Ich życie to podróż z jednej skrajności w drugą. Będąc w ciągłym chaosie uczuć, fundują ten chaos swoim najbliższym. Związek z osobą z borderline jest jak narkotyk, uzależnia od skrajnych emocji i nierzadko staje się powodem, dla którego partnerzy szukają pomocy u psychoterapeuty również dla siebie samych. 
kobieta.onet.pl "Kocham ten twój border, czyli piekło życia z partnerem z borderline"


Ogólnie rzecz biorąc, osoby z BPD mają intensywne i niestabilne związki. Często postrzegają ludzi jako całkowicie dobrych lub całkowicie złych, i w związkach ta perspektywa jest wykorzystywana do dewaluacji partnera. Osby z BPD nie chcą być porzucone, dlatego też kontrola, czy seks są nierzadko przez nie wykorzystywane, by uniknąć porzucenia przez partnera. 
- emocje.pro "Związki romantyczne osób z BPD"


Typowe osoby z BPD mają trudność w zaufaniu innym, w związku z tym w pewnych sytuacjach mogą reagować irracjonalnym i niedostosowanym gniewem.  
emocje.pro "Związki romantyczne osób z BPD"
 Mam za sobą kilka związków romantycznych. Mój rekord to dwa i pół roku ze sobą. To był mój pierwszy i jedyny w życiu poważny związek. Co prawda staż godny pochwały (tak, wiem, szału nie ma, ale i tak nieźle), ale efekt psuje to, że równo co pół roku próbowałam zerwać. Wyszukiwałam przeróżnych argumentów, zawsze coś mi się nie podobało. Po prostu się nudziłam. Najwierniejsza też nie byłam - raz zdarzyło mi się pocałować z kimś innym, nie mówiąc już o spacerach, tańcach, kokieterii skierowanej do innych mężczyzn, prób odbicia ex jego obecnej partnerce.
Zakończyłam ten związek kiedy poznałam Boga. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie nadaję się do związków i potrzebuję porządnej przerwy. I rzeczywiście nie byłam z nikim przez kilka lat
- aż do zeszłych wakacji kiedy to weszłam w związek z wartościami katolickimi. Przetrwał trzy miesiące - z tego przez dwa mój chłopak tak mnie denerwował, że nie umiałam z nim wytrzymać. Zakochanie było bardzo intensywne, ale po kilku tygodniach te same cechy, za które go uwielbiałam, zaczęły mnie irytować aż w końcu doprowadzać do szału. Sama czystość też była dla mnie nie do przeskoczenia. Chciałam żyć zgodnie ze swoimi wartościami, widzę dobro, które z tego płynie, ale nie potrafiłam.
Nie wspominam tu nawet o wszystkich zakochaniach, flirtach, uwodzeniach, z których się wycofałam bądź z których nic nie wynikło.
Moi ex nie potrafili zrozumieć o co mi chodzi. Ja sama nie wiedziałam. Wiedziałam tylko tyle, że szybko się zakochuje, szybko się nudzę... I nie kręci mnie kiedy ktoś jest cały dla mnie, kiedy się zaangażuje, kiedy jestem dla niego całym światem.
Pragnę miłości, ale kiedy człowiek mi ją ofiaruje to zaczynam się wycofywać, uciekać, bo nie kocham go tak mocno jak on mnie.

Cały czas biję się z myślami. Z jednej strony jestem wierząca i przekonana o prawdziwości tego, co głosi Kościół Katolicki. Jak najbardziej przyjmuję to, że związek powinien się opierać na wzajemnym zaufaniu, szczerości, wierności, szacunku do duszy i ciała partnera. Wiem, że seks jest czymś wyjątkowym, czymś zarezerwowanym dla osoby szczególnej, że to nie tylko połączenie ciał, ale też połączenie dusz. Tak zostaliśmy stworzeni.
Z drugiej strony poznałam siebie na tyle, że wiem, że nie jestem w stanie zbudować takiego związku. W takim wypadku powinnam zacisnąć zęby i żyć sobie sama do momentu kiedy uporządkuje swoje myślenie na tyle, aby nie krzywdzić partnera. Samotność mnie jednak dobija. Potrzebuję drugiej osoby obok, oczu wpatrzonych we mnie. Jednak wszystko w wolności.
Taką relację mam teraz - nie obyło się bez wzajemnego docierania się, ale w końcu jest. Mamy wyjaśnione kto czego chce, kto czego potrzebuje, że nie ma rokowań na przyszłość. I to jest super. Nie muszę być zawsze dostępna, zawsze pod telefonem, nie jestem mu potrzebna do życia. To mnie przyciąga, ta wolność, to, że nic się nie stanie kiedy odejdę.


Nie, to nie znaczy, że jest super, cukierkowo i przyjemnie. I tak cierpię. Oj, i to jak! Czuję się zawładnięta przez tego człowieka, a równocześnie wolna. Łapię się czasem na tym, że mam do niego pretensje, że nie będzie z tego nic więcej - dopiero po chwili sobie przypominam, że ja wcale nie chce niczego więcej, że wtedy byłby koniec. Prawda jest taka, że niezależnie jak wolny byłby związek to w relacjach damsko-męskich nie da się uniknąć cierpienia. A ze względu na moje BPD cierpienie jest bardzo silne niezależnie czy związek ma staż kilkutygodniowy czy kilkuletni. Odchodzi za to cierpienie za drugą osobę, czyli wyrzuty sumienia spowodowane tym, że znowu kocham mniej. Kobiety potrzebują w relacjach z mężczyznami poczucia bezpieczeństwa - mi poczucie bezpieczeństwa zapewnia to, gdy wiem, że kiedy odejdę (bo na pewno odejdę) to druga osoba da sobie radę, nie będzie cierpiała, że zgodziła się na to już na samym początku. Obecnego partnera uprzedziłam o tym jaka jestem, zgodził się na to - zresztą sam nie jest krystalicznie czysty i ja też się na sporo rzeczy zgodziłam. Zgodziliśmy się na wzajemne się wykorzystanie.


Znalazłam to czego chciałam - i co teraz?

I teraz niespodzianka... Znalazłam czego chciałam i uciekam! Tak, przeprowadzam się do innego miasta. Dlatego, że czuję się przez niego zawładnięta. Chcę go, całego dla siebie. Równocześnie wiem, że tak naprawdę tego nie chcę, że gdy to dostanę to mi się znudzi. Inne miasto da mi niezależność i być może dłuższe przetrwanie relacji. Albo naturalne jej wygaśnięcie. Bardzo boję się, że to ja jemu pierwsza się znudzę, że to on mnie zostawi. To by mnie totalnie rozbiło.
Jasne, są też inne powody mojej przeprowadzki. Chcę też spróbować zawalczyć o swoją wiarę, dołączam do wspólnoty, będę się obracać wśród ludzi wierzących. Może zmądrzeję... A może nie. Zobaczymy.


Czarny kot



Jestem zmęczona swoimi emocjami.

Nie wiem co ze sobą zrobić. Wraca depresja, jak nic.
Tęsknie za moim gachem, a prawdopodobnie się nie zobaczymy przez kilka tygodni, bo zaczyna mi się czas urlopo-wyjazdów.

I czego bym nie zrobił i tak za każdym razem
Te same słyszę głosy, te same widzę twarze

Czarny kot przebiega drogę mi co noc
Nawet gdybym nie chciał

Każdy kolejny dzień wygląda tak jak ten

Co dalej?!

Dużo lepiej się dogaduję z siostrą. To zasługa terapii. Mimo to czuję się samotna. To chyba już po prostu tak jest.


Studnia bez dna

Och, tyle myśli, odczuć, poglądów, czynników zewnętrznych się dzieje… I to wszystko mnie przygniata. Tak mocno, mocno. Kiepsko się czuję.

Zauroczenie tamtym panem powoli mija… Pewnie dlatego, że w tym tygodniu nie mieliśmy ze sobą dłuższego kontaktu. Jednak w niedzielę spędzimy razem 24h. Nie wiem co z tego wyjdzie.
Zauważam jednak, że niezależnie co z tego wyjdzie to ja już coś w sobie odkryłam. Terapeutka powiedziała, że odkrywam w sobie kobietę. Też tak czuję. Obudziło się we mnie coś, czego nie było wcześniej.

Mój kryzys wiary trwa w najlepsze. Jest coraz gorzej. Zgodziłam się w sobie na życie w opozycji do wielu Bożych przykazań, te przykazania mnie męczą, tłumią. Wiem, że są dane dla mojego dobra, ale mam ich totalnie dosyć. Na początku sierpnia wyjeżdżam na jeden dzień z kierownikiem duchowym żeby pogadać i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ostatnio tak mam, że odchodzę i wracam, odchodzę i wracam… Ale wierzę, że ani Bóg ani ksiądz nie będą mieli mnie dosyć. Każdy ma prawo być zagubionym i szukać swojego życia.

Zarezerwowałam dzisiaj bilety do Gdańska. W sierpniu pojadę w te okolice na pięć dni, dołączę do mamy, która już tam będzie. Taki niespodziewany urlop. Potem we wrześniu jadę na tygodniowe rekolekcje w ciszy do pustelni. Nie wiem czy chcę tam jechać – kusi mnie ta cisza i to, że będę mogła odnaleźć pytania, które we mnie są, a których w normalnym życiu nie potrafię odnaleźć.



Jest mi ciężko. Jestem samotna. Ostatnio pewnej nocy zorientowałam się jak ogromne pokłady samotności skrywa moje serce. Dlaczego interesuje mnie Uwodziciel? Chciałabym aby choćby w odrobinie zagłuszył tę samotność. Wiem, że to sztuczne rozwiązanie, na skróty, ale chciałabym ten ból jakoś ukoić. Chcę czułości, bliskości i uwagi, wspólnego śmiechu i zachwycania się sobą. Ale bez zobowiązań, bez myślenia o tym co będzie za tydzień, po prostu, być tu i teraz.

Zobaczymy czy ten romans wyjdzie. Wydaję mi się, że Uwodziciel wziął sobie do serca moje notoryczne odmowy i wyśmiewania i jednak się poddał. Jednak już raz tak myślałam (wtedy odczułam ulgę, bo jeszcze nie chciałam z nim być), a on mnie zaskoczył i zaatakował z nową siłą (i wtedy mu się udało choć chyba o tym nie wie).
To zabawne. On nie wie, że ubieram się dla niego, że maluję się dla niego, że gdy szykuję ubrania do pracy to wyobrażam sobie to w jaki sposób na mnie spojrzy w jakim ubraniu.

Spróbuję w niedzielę jakoś dać mu do zrozumienia, że chce bliższej relacji, zobaczymy czy się uda. Choć tak jak mówię – nie zależy mi na tym już tak bardzo, także jak wyczuję, że on nie chcę to nie będę rozpaczać.



Kiedy szłam na spotkanie z terapeutką to wcale nie chciałam jej wtajemniczać w to, co się we mnie dzieje. Szczególnie nie chciałam jej mówić o pragnieniu i uwodzeniu żonatego mężczyzny. Jednak w toku rozmowy powiedziałam jej o tym i w żadnym razie mnie nie oceniła ani nie odwodziła od niczego. Po prostu pytała co w nim widzę i w jaki sposób on się zachowuje. Wysłuchała wszystkich moich wątpliwości  i wszystkich argumentów za tym, aby w to pójść. Poczułam, że ona nie ma zamiaru wpływać na moje decyzje życiowe, w jakiś sposób mnie zniewolić tylko chce mnie nauczyć żyć swoim życiem. Zdecydowanie zaplusowała.







Pragnienie

Szpony
Elżbieta Szemplińska

Polub mnie taką, jaka jestem.
Nie próbuj zmienić, złamać, zgiąć.
Pozwól mi śmiać się, kłamać, tęsknić,
dobrą być czasem, często złą.

Pozwól mi wracać i odchodzić,
pozwól mi cierpieć, płonąć, krwawić,
ja tak już muszę, ja tak zawsze,
i wszystkie twoje prośby na nic.

To by tak dobrze było, pięknie,
i wtedy bym cię kochać mogła —
Skryj, miły, w kocie poduszeczki
twoje drapieżne szpony orła.

Pojawił się ktoś. Sprawia, że czuję się kobietą – piękną, zmysłową, uwodzicielską. Nieczystą suką bez serca. Bóg obdarzył mnie dużą wrażliwością i empatią, obdarzył mnie dobrem. Te dary zobowiązują, a ja walczę ze sobą, bo pragnę schować je do kieszeni. Jeżeli przegram te walkę, jeżeli postąpię wbrew wartościom, które wybrałam zranię swoje serce, ta rana zostanie do końca życia.

Jestem zła na Boga, że wsadził w kobiece serca pragnienia tak silne i sprzeczne, a równocześnie nadał wartości, które nie pozwalają iść na skróty w realizowaniu tych pragnień. Niektóre pragnienia zostaną do końca życia niespełnione jeśli chce się żyć wartościami danymi przez Boga. Czy jestem w stanie się na to zgodzić? Czy jestem w stanie poświęcić pragnienia mojego serca i zaufać, że Bóg ma dla mnie coś lepszego? Coś ciekawszego? Coś jeszcze bardziej fascynującego i ekscytującego?

Czy jestem w stanie poświęcić Bogu pragnienia, marzenia, które są sprzeczne z Jego miłością, a które mam od zawsze? Lepiej grzeszyć i żałować niż żałować, że się nie grzeszyło... To jest walka, to jest sedno. To największa próba w moim życiu. Nie wiem czy ją przyjdę. Nie wiem, który wilk wygra. Jak na razie karmię jednego i drugiego.

Jeżeli przegram te walkę będę pełna wstydu. Jednak przeżyje przygodę, która będzie ożywiać moje zmysły jeszcze długo.
Jeżeli ją wygram będę silniejsza w wierze, ale to pragnienie zostanie i obawiam się, że prędzej czy później przyjdzie kolejna i kolejna próba i to się nigdy nie skończy. Prędzej czy później przegram, bo pragnę przegrać.





© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X