Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychoterapia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychoterapia. Pokaż wszystkie posty

Pauza w terapii

 Terapia przerwana chwilowo przez terapeutkę. Dobrze sobie radzę, osiągam sukcesy, przy tym jestem stabilna i po prostu szczęśliwa. Ufam sobie i cieszę się życiem. Do terapeutki mam wrócić jak coś się zacznie dziać o czym będę chciała porozmawiać 🙂



Relacja z urlopu

 Witajcie ❤

Od 1 do 12 lipca byłam na urlopie. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że to był mój najlepszy urlop w dotychczasowym życiu. Przyznaję, nie było ich zbyt wiele ( 😉 ), ale z tych, które były ten zdecydowanie się wyróżnia.

Wyjechałam do Krakowa. Pierwsze pięć dni spędziłam u Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach w Domu św. Faustyny. Zaskoczeniem dla mnie samej było to, że poszłam do spowiedzi, a myślałam, że już nigdy w życiu nie pójdę. Myślałam, że dla mnie już nie ma łaski. Ale poszłam do kaplicy z cudownym obrazem Jezusa Miłosiernego, aby pomodlić się za przyjaciółkę, która o to prosiła… I jak usiadłam tam na chwilę to poczułam jak małe są moje grzechy w porównaniu z Bożym Miłosierdziem. I w myśl zasady „A teraz prędko zanim dojdzie do nas, że to bez sensu” (cyt. Król Julian) po prostu ruszyłam do konfesjonału. Jeszcze nigdy nie miałam tak dobrej spowiedzi. Od tego dnia codziennie chodziłam na Mszę św. I z pierwszej części mojego urlopu zrobiły się po prostu samotne rekolekcje. To był wspaniały czas z Bogiem i samą sobą.

Po tych pięciu dniach pojechałam do koleżanki, która mieszka w Krakowie. Miałam u niej nocować jedną noc, a potem jechać już do domu i tam spędzić resztę urlopu, ale tak dobrze nam było ze sobą, że spędziłam z nią kolejne cztery dni. Ta część urlopu to był zachwyt drugim człowiekiem. Dużo rozmów, dużo inspiracji i spacerów, zwiedzania, odkrywania wspaniałych miejsc w Krakowie. Jestem wdzięczna za ten czas.

Od tygodnia chodzę do pracy. Ciężko jest mi się wdrożyć, ale wierzę, że dam sobie radę.

Mam długą przerwę w terapii. Pewnego dnia odmówiłam wizytę, bo coś mi wyskoczyło i nie poprosiłam o umówienie kolejnej. To było jakiś miesiąc temu. Pojechałam potem na ten urlop, gdy tylko przychodziła mi na myśl  terapia to uciekałam myślami w jakimkolwiek innym kierunku. Jednak dwa dni temu już zebrałam się na odwagę i napisałam do terapeutki smsa z przeprosinami, wytłumaczeniem, że byłam na urlopie, że nie chciałam o tym myśleć i obietnicą, że więcej coś takiego się nie powtórzy.

W ogóle terapia to jest ciekawy temat teraz. Zwykle tak po pół roku mam kryzys, bo nagle nie mam o czym mówić. Wtedy z terapii rezygnuję albo ciągnę jeszcze kilka miesięcy, a potem rezygnuje… Może to jest moment kiedy powinnam przejść do trudnych tematów, ale zwyczajnie nie wiem o czym mówić. Nie chcę teraz uciekać. Chcę przez to przejść. Muszę o tym porozmawiać z p. Olą.

Zdjęcie zrobione przeze mnie w pierwszym dniu w Krakowie. Bardzo podoba mi się ta chmura za Kościołem Mariackim.




Kolejna sesja terapeutyczna

 A więc jestem. Zmęczona po całym tygodniu pracy i, co ważniejsze, po kolejnej sesji terapeutycznej.

Jak się czuje? Jak zwykle dowartościowana i zaakceptowana.

Poruszyłam same trudne tematy na sesji i już myślałam, że wyjdę stamtąd tym razem w ponurym nastroju, ale niezwykłość tej kobiety polega na tym, że podsumowując wszystko dodała mi wiary w siebie.

Z ważniejszych spostrzeżeń: taplam się w swojej beznadziei. Zawsze znajdę powód żeby sobie dowalić. Mam poczucie winy za każdym razem, gdy robię coś dla siebie. I jestem urocza, gdy sprawdzam czy Pani Terapeutka mnie słucha 😅

Bardzo lubię te kobietę. Pozwoliła mi puścić piosenkę zamiast opowiadać o przeżyciach, a piosenki to przecież mój sposób wyrażania emocji. Mogę przy niej być sobą, używać takiego języka jakiego chcę, mogę milczeć, mogę mówić nieskładnie (nadąża za moim tokiem rozumowania!).

21 grudnia kolejna wizyta. Do tego czasu pracuje dalej nad tym żeby nie zamawiać jedzenia oraz nad wyrobieniem poczucia sprawczości (np. zamiast 'udało mi się' myśleć/mówić 'zrobiłam'). Postarać się sobie nie dowalać na każdym kroku. A przynajmniej zauważać, gdy to robię.

Ahoj Przygodo!

Długa terapia przede mną

 "Jeśli nie zmienisz nic, nic się nie zmieni"

Taka sentencja...

Zdecydowałam się chodzić do terapeutki, o której pisałam, że idę do niej pierwszy raz. Zapowiedziała mi niestety długą terapię, choć powiedziała, że nie jest zwolennikiem przeciągania leczenia. U mnie jednak jest wszystko tak pomieszanie, że inaczej się nie da...

Jestem z niej jak na razie zadowolona. Z gabinetu wychodzę z gotowym planem na następny tydzień bądź dwa. Pełna wiary w siebie. Niestety ta wiara bardzo szybko się ulatnia. Wracam do myślenia, że do niczego się nie nadaję i cała duma związana z moimi osiągnięciami idzie w niepamięć. To mi się coś udało? Niemożliwe, musiało mi się wydawać...

W sobotę kolejna sesja, postaram się napisać coś zaraz po niej żebyście zobaczyli różnice w moim nastawieniu przed i po terapii.




Czekam...

Nie umiem doczekać się 13 listopada, czyli dnia, w którym pójdę na pierwszą wizytę do psychoterapeutki. Co kilka dni wchodzę na jej stronę na znanylekarz i przeglądam nowe, fantastyczne komentarze, które się tam pojawiają. Najbardziej się boję, że w tym wszystkim się na niej zawiodę. Podobno pomaga też wyleczyć się z zaburzeń odżywiania.

Zastanawiałam się na co postawić nacisk na tej pierwszej wizycie i właśnie to przyszło mi do głowy. Najbardziej teraz przeszkadza mi moja tusza. Kompulsywne objadanie się naprzemienne z głodówkami i wymiotowaniem. Mieszanka wybuchowa, a waga cały czas rośnie. Dzisiaj rano zmierzyłam sobie cukier na czczo i wyszło mi 117 - stan przedcukrzycowy. To już przestaje być zabawa, a zaczyna być poważny problem. Jak do ChADu i hashimoto dojdzie mi jeszcze cukrzyca to się pochlastam przecież. I będę mogła wtedy winić tylko siebie.

Jest też oczywiście mnóstwo innych tematów, które muszę z nią poruszyć, ale nie da się powiedzieć wszystkiego na raz. Zwykle starałam się tak zrobić i nic z tego nie wychodziło. Tym razem postaram się to rozciągnąć w czasie, powoli dawkować informacje o sobie - od najważniejszych dla mnie, po te mniej istotne w obecnym czasie.

Pojutrze mam wizytę u mojej pani doktor psychiatry. Kilka tygodni temu napisałam jej wiadomość o tym, że źle się czuję w swoim ciele, że uważam, że tyć z początku zaczęłam przez leki i chciałabym z części zrezygnować, bo może to pomoże mi schudnąć. Przypomniałam, że odkąd pamiętam mam zaburzenia odżywiania i ta sfera jest dla mnie bardzo ważna. Odpisała, że porozmawiamy na wizycie. Jeszcze nigdy mi tak nie odpisała, zawsze można było wszystko załatwić przez telefon. Przeczuwam, że nie jest za moim pomysłem i dlatego potrzebuje się spotkać, aby dłużej porozmawiać i wyperswadować mi ten pomysł z głowy. Nie wiem czy uda mi się jej postawić.




Wyrażanie emocji

Dzieje się na tyle dużo, że sama nie wiem o czym pisać. Może napiszę o terapii.
Otóż byłam w tym tygodni na sesji, na której dowiedziałam się, że... tłumię emocje. Okazało się, że sama umiejętność nazwania ich i "przepuszczenia" przez siebie nie wystarczy. Trzeba jeszcze umieć je wyrazić wobec innych i wobec siebie, a tego zdecydowanie nie potrafię.



Najważniejszym pytaniem jakie padło na terapii było "a wyrażanie emocji to..?". 
To coś niebezpiecznego.
To okazanie słabości.
To wystawienie się na zranienie.
To manipulacja.

Takie ja znalazłam w sobie odpowiedzi. 
Terapeutka miała jednak inne zdanie. 
Ona uważa, że okazywanie emocji to cecha ludzi silnych.
I się z nią zgadzam. Trzeba mieć w sobie siłę, aby odważyć się pokazać komuś swoje emocje. Wystawić się na ocenę, dać komuś szansę na zrozumienie, asertywnie bronić swoich emocji.

Minęło już kilka dni od tego spotkania, a ja dalej jestem roztrzęsiona.
Terapeutka przypomniała mi, że moje spotkania z nią są "bezpieczną strefą" i mogę tam pokazywać emocje. Zrobiło mi się głupio, poczułam jakąś taką presję... Bo tak bardzo chciałabym się w tym temacie odblokować, ale tak bardzo nie potrafię. Może z jej pomocą mi się to uda.

Czym według Was są emocje? Czy zdarza Wam się rozpłakać podczas rozmowy z kimś? Czy jesteście w stanie nie tylko powiedzieć komuś o przeżywanej aktualnie emocji, ale również ją wyrazić płaczem, krzykiem, uśmiechem? 

Ja nie potrafię, jestem totalnie zamrożona w tym temacie. Racjonalizuję wszystko do bólu i tym samym tłumię w sobie.


Wewnętrzna dziewczynka

Było po piętnastej, gdy zadzwoniła do mnie mama i uprzedziła, że tata kolejny dzień z rzędu pije. Chciała go nie wpuścić do mieszkania, dzwoniła, aby mi o tym powiedzieć. Po rozważeniu kilku opcji: policji wezwanej przez sąsiadów, izby wytrzeźwień, policji wezwanej przez nią, skończyło się na tym, że go wpuściła bo jeśli tego nie zrobi to ja nie będę miała jak wejść do mieszkania.
Najpierw byłam zdziwiona stoickim spokojem z jakim tę rozmowę przyjęłam. Gdy go sobie uświadomiłam - rozpoczął się mój stres. Co zastanę w domu, gdy wrócę? Jak powinnam się zachować? Co jeśli ojciec zacznie się mnie czepiać? Co jeśli będzie agresywny?

wewnętrzne dziecko

Wewnętrzna dziewczynka drżała na myśl o powrocie do domu. Na szczęście wiem już o jej istnieniu dlatego postanowiłam zrobić wszystko, aby pomóc jej przez to przejść w poczuciu bezpieczeństwa związanym z moją obecnością.
Wiedziałam, że wewnętrzna dziewczynka nie może być głodna, gdy wróci do domu. Kupiłam nam dwa hot-dogi i poprosiłam ją, aby zjadła je spokojnie. Spacerowałyśmy wspólnie po osiedlu. Gdy ta zaczynała się przejmować, starałam się ją uspokoić. Zapewniłam ją, że może płakać, ale nie chciała, wstydziła się mijających nas ludzi. Kiedy już zjadłyśmy było wiadome, że trzeba się kierować w kierunku domu. Najpierw sprawdzimy okna - palą się światła.
W tym momencie i mi puściły nerwy. Nagle ja i ona stałyśmy się jednym. A raczej ja stałam się nią.
Postanowiłam, że pójdę sobie po piwo. Wypiję jedno, najwyżej nie wezmę dawki leków. Albo inaczej - najpierw wezmę leki a potem wypiję piwo. Wypiję piwo a potem wezmę leki? Najlepiej to popiję leki piwem i pokażę im jak bardzo się bałam! Jak bardzo to na mnie wpłynęło! A zresztą, oni mogą sobie niszczyć życie? To niech zobaczą jak ktoś im drogi robi to samo! Pokażę im!
Już szłam w kierunku sklepu, gdy wewnętrzna dziewczynka cicho zachlipała.
Opamiętałam się.
Jeżeli to zrobię to zachowam się tak, jak oni się zawsze wobec niej zachowywali - zostawię ją samą sobie. A przecież ona jest dla mnie w tym wszystkim najważniejsza, to, aby czuła się przy mnie bezpiecznie. Bo skoro nie przy mnie, to przy kim?
Zawróciłam. Przytuliłam ją i zapewniłam, że jest bezpieczna, że jej nie zostawię.
Drzwi otworzył mi ojciec. Pijany. Bardzo bardzo pijany.
Odwrócił się i poszedł do kuchni. Mi ziemia zatrzęsła się pod nogami, przez chwilę byłam pewna, że zaraz zemdleję. Ścisnął puszkę po piwie, wyrzucił ją i poszedł do sypialni. Weszłam do siebie i oparłam się o szafę. Zdjęłam buty, kurtkę i rzuciłam się na łóżko.
To był moment, w którym wewnętrznej dziewczynce puściły tamy i rozpłakała się na całego. A ja tylko leżałam przy niej i zapewniałam, że może płakać, że ma powód, że traktuję ją poważnie, że jest dla mnie ważna i nie pozwolę, aby coś jej się stało.

Uważam, że tę bitwę o siebie wygrałam.
Wygrałam ją strachem i płaczem.
I na tym właśnie polega moja wygrana, że nie dałam się zamrozić emocjonalnie.

Lęk

Ostatnio nachodzą mnie myśli dotyczące życia - jego sensu, sposobu funkcjonowania świata i mojego życia w nim, podjętych decyzji...

Zastanawiałam się wczoraj czy nie skomplikowałam sobie niepotrzebnie życia chcąc odnaleźć swoją drogę w świecie. Dużo łatwiej byłoby po prostu robić to, co robią inni lub do czego mnie nakłaniają. Nie zastanawiać się, nie myśleć, nie zadawać pytań, nie rozumieć. Po prostu żyć.
Czy byłoby łatwiej tak po prostu płynąć z prądem? Czy nie byłoby tak, że po pewnym czasie te pytania by wróciły i żałowałabym zmarnowanego czasu?
Ale moje myślenie o przyszłości niewiele przynosi dobrego - jedynie większy stres, strach i wątpliwości. Przyszłość wymaga podejmowania decyzji, a ja nie potrafię, nie chcę tego dzisiaj zrobić, nie jestem gotowa. Dlatego nie widzę przyszłości, nie wiem jak wygląda, nie potrafię jej sobie wyobrazić. Kiedy wybiegam myślami w przyszłość od razu włącza mi się mechanizm "musisz coś zdecydować!". Mówi mi o tym, że powinnam podjąć decyzję jak chcę żyć. Kiedy wyobrażam sobie życie we wspólnocie, z Bogiem, według zasad i wartości wiary - nie podoba mi się ta wizja. Kiedy wyobrażam sobie, że porzucam te wartości, zasady, przestaję chodzić do kościoła, utożsamiać się z Kościołem - też mi się nie podoba. Kiedy wyobrażam sobie, że jestem trochę taka, a trochę taka... To mi najbardziej podchodzi. Tak jest teraz. Ale mam ludzi wokół siebie, którzy mówią, że nie można żyć w takim rozkroku... że nie chcą mnie takiej. Nie rozumieją, że na więcej mnie teraz nie stać. Boję się odrzucenia.



Jest mi ciężko w ostatnich dniach. Ukradli mi telefon, miałam grypę i do tego jeszcze te życiowe rozterki, których za nic nie potrafię się pozbyć. W dodatku nie wiadomo czy nie będę musiała przerwać terapii z moją terapeutką, bo kończy się umowa z NFZ i nie wiadomo gdzie ona będzie dalej pracować. Często kręci mi się w głowie, pojawiają się derealizacje. Jest. Mi. Ciężko.

Dzisiaj zwiałam ze spotkania wspólnoty, bo się bałam. Nie potrafiłam po prostu tam zostać. Nie chciałam tam być. Lęk, lęk, lęk.
Staram się codziennie myć, nie unikać rozmów ze współlokatorkami... Ale znowu czuję się nijaka, jak robot.
Jak słyszę pytanie "i co tam dobrego?" to szlag mnie trafia, bo wcale nie mam ochoty mówić o tym, co dobre, gdy dzieje się tyle złego. Tyle cierpienia we mnie, wokół mnie.
Dużo lęku. Wielka niewiadoma przyszłości. Nieumiejętność życia dzisiaj. Brak apetytu. Spodziewanie się samych złych doświadczeń. Lęk przed odrzuceniem. Nienawiązywanie kontaktu wzrokowego z ludźmi. Spowolnione myślenie.
Depresja.

Czarny kot



Jestem zmęczona swoimi emocjami.

Nie wiem co ze sobą zrobić. Wraca depresja, jak nic.
Tęsknie za moim gachem, a prawdopodobnie się nie zobaczymy przez kilka tygodni, bo zaczyna mi się czas urlopo-wyjazdów.

I czego bym nie zrobił i tak za każdym razem
Te same słyszę głosy, te same widzę twarze

Czarny kot przebiega drogę mi co noc
Nawet gdybym nie chciał

Każdy kolejny dzień wygląda tak jak ten

Co dalej?!

Dużo lepiej się dogaduję z siostrą. To zasługa terapii. Mimo to czuję się samotna. To chyba już po prostu tak jest.


Studnia bez dna

Och, tyle myśli, odczuć, poglądów, czynników zewnętrznych się dzieje… I to wszystko mnie przygniata. Tak mocno, mocno. Kiepsko się czuję.

Zauroczenie tamtym panem powoli mija… Pewnie dlatego, że w tym tygodniu nie mieliśmy ze sobą dłuższego kontaktu. Jednak w niedzielę spędzimy razem 24h. Nie wiem co z tego wyjdzie.
Zauważam jednak, że niezależnie co z tego wyjdzie to ja już coś w sobie odkryłam. Terapeutka powiedziała, że odkrywam w sobie kobietę. Też tak czuję. Obudziło się we mnie coś, czego nie było wcześniej.

Mój kryzys wiary trwa w najlepsze. Jest coraz gorzej. Zgodziłam się w sobie na życie w opozycji do wielu Bożych przykazań, te przykazania mnie męczą, tłumią. Wiem, że są dane dla mojego dobra, ale mam ich totalnie dosyć. Na początku sierpnia wyjeżdżam na jeden dzień z kierownikiem duchowym żeby pogadać i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ostatnio tak mam, że odchodzę i wracam, odchodzę i wracam… Ale wierzę, że ani Bóg ani ksiądz nie będą mieli mnie dosyć. Każdy ma prawo być zagubionym i szukać swojego życia.

Zarezerwowałam dzisiaj bilety do Gdańska. W sierpniu pojadę w te okolice na pięć dni, dołączę do mamy, która już tam będzie. Taki niespodziewany urlop. Potem we wrześniu jadę na tygodniowe rekolekcje w ciszy do pustelni. Nie wiem czy chcę tam jechać – kusi mnie ta cisza i to, że będę mogła odnaleźć pytania, które we mnie są, a których w normalnym życiu nie potrafię odnaleźć.



Jest mi ciężko. Jestem samotna. Ostatnio pewnej nocy zorientowałam się jak ogromne pokłady samotności skrywa moje serce. Dlaczego interesuje mnie Uwodziciel? Chciałabym aby choćby w odrobinie zagłuszył tę samotność. Wiem, że to sztuczne rozwiązanie, na skróty, ale chciałabym ten ból jakoś ukoić. Chcę czułości, bliskości i uwagi, wspólnego śmiechu i zachwycania się sobą. Ale bez zobowiązań, bez myślenia o tym co będzie za tydzień, po prostu, być tu i teraz.

Zobaczymy czy ten romans wyjdzie. Wydaję mi się, że Uwodziciel wziął sobie do serca moje notoryczne odmowy i wyśmiewania i jednak się poddał. Jednak już raz tak myślałam (wtedy odczułam ulgę, bo jeszcze nie chciałam z nim być), a on mnie zaskoczył i zaatakował z nową siłą (i wtedy mu się udało choć chyba o tym nie wie).
To zabawne. On nie wie, że ubieram się dla niego, że maluję się dla niego, że gdy szykuję ubrania do pracy to wyobrażam sobie to w jaki sposób na mnie spojrzy w jakim ubraniu.

Spróbuję w niedzielę jakoś dać mu do zrozumienia, że chce bliższej relacji, zobaczymy czy się uda. Choć tak jak mówię – nie zależy mi na tym już tak bardzo, także jak wyczuję, że on nie chcę to nie będę rozpaczać.



Kiedy szłam na spotkanie z terapeutką to wcale nie chciałam jej wtajemniczać w to, co się we mnie dzieje. Szczególnie nie chciałam jej mówić o pragnieniu i uwodzeniu żonatego mężczyzny. Jednak w toku rozmowy powiedziałam jej o tym i w żadnym razie mnie nie oceniła ani nie odwodziła od niczego. Po prostu pytała co w nim widzę i w jaki sposób on się zachowuje. Wysłuchała wszystkich moich wątpliwości  i wszystkich argumentów za tym, aby w to pójść. Poczułam, że ona nie ma zamiaru wpływać na moje decyzje życiowe, w jakiś sposób mnie zniewolić tylko chce mnie nauczyć żyć swoim życiem. Zdecydowanie zaplusowała.







Psycholog

Jutro mam spotkanie z panią psycholog. Znamy się od trzech lat, spotykamy się sporadycznie na spotkaniach wspólnoty, ale jeszcze nigdy nie rozmawiałam z nią na takim gruncie. Zgłosiłam się do niej z prośbą czy mogłaby mi polecić jakiegoś godnego zaufania psychoterapeutę, opisałam krótko swoją sytuację. No i jutro się z nią spotykam – poświęci mi 1.5h! Boję się, bo to konkretna babka jest. Jak zadzwoniła i się umówiłyśmy to aż zrobiło mi się niedobrze.

Gdy wracałam z kościoła w niedzielę to byłam w fatalnym stanie. Wołałam wściekła do Boga, że już nie daję rady, żeby mnie zabił, że tak się nie da. Jeszcze tydzień temu było naprawdę w porządku, było dobrze, a teraz znowu ten ból i agresja. Dzisiaj rano jak wróciłam z pracy to też byłam zagubiona. Myśli samobójcze, o samookaleczaniu, o alkoholu – żeby się upić i olać wszystko. Tak bardzo mi wstyd, że to jest takie nagłe. Że jednego dnia mówię bliskim, że czuję się wspaniale, a drugiego dnia musiałabym powiedzieć, że jest tragicznie. No kurde. Dlatego żyję bez ludzi. I przeczuwam, że jak wrócę do siebie (a jutro się przeprowadzam) to znowu będę wszystkich oszukiwać, i samą siebie.

No właśnie – oszukiwać. Jasne, czasem kłamię na temat mojego samopoczucia (jest źle, a mówię, że jest dobrze – nigdy na odwrót), ale dzisiaj rano zastanawiałam się nad tym jak to jest. Tydzień temu byłam u psychiatry i mówiłam mu, że leki działają, że czuję się dużo lepiej… Następnego dnia spadek. No i co? Kłamałam wtedy? Nie, byłam szczera. Tylko sytuacja się zmieniła. Ale mam poczucie winy i wstydu jakbym go okłamała. Jest mi głupio przyznać się, że się zmieniło.

borderline

Cóż to był za dzień! Byłam z ojcem godzinę na rowerach, potem poszłam jeszcze pobiegać. Tyle sportu to ja nie miałam od kilku miesięcy.

Jest lepiej niż było. Potrafię się spotkać z przyjaciółką, potrafię zadzwonić do siostry czy babci. W pracy zaczyna mi się podobać.

Wróciłam do rysowania. Staram się codziennie coś naszkicować żeby się szkolić – i nie przejmować się, że nie wychodzi, bo praktyka czyni mistrza :)

Nie pisałam długo, bo nie miałam natchnienia, a w końcu to blog jest dla mnie a nie ja dla bloga. Nie będę się zmuszać.

Byłam dzisiaj u lekarza. Miesiąc temu zwiększył mi dawkę Oroesu i od tej pory zaczęło się poprawiać. Szału ni ma, ale już potrafię cokolwiek zrobić. Na przykład poprosić o pomoc. Poprosiłam przyjaciółkę żeby pomogła mi znaleźć psychoterapeutę. Wcale nie było łatwo o to poprosić, nosiłam się z tym kilka dni, a jak doszło co do czego to ledwo to wykrztusiłam. Nie wiem czy A. wie jak trudne to dla mnie było.

Lekarz postanowił, że zostajemy na tych dawkach, które mam i wypisał mi recepty na trzy miesiące. Jest tylko jeden problem. Wstępna diagnoza… najbliżej mi do borderline. No jak się o tym  dowiedziałam to czułam się jak wtedy, kiedy wypowiedział słowo depresja - jakbym dostała w pysk.

To na razie wstępna diagnoza, więc może to nie prawda. Tak naprawdę przekonam się jak w końcu pójdę na tę terapię.

Co to znaczy, że mam depresję?

Diagnoza to z jednej strony wyzwolenie od dręczących nas wątpliwości - zarówno koniec jak i początek pewnego etapu.

co to znaczy, że mam depresję?

Mam depresję

Nie od dwóch tygodni, dwa tygodnie temu lekarz mi ją po prostu zdiagnozował. Pewnie gdybym nie odwołała w zeszłym roku wizyty u innego psychiatry to miałabym ją zdiagnozowaną wcześniej. Albo gdybym zdecydowała się dwa-trzy lata temu iść do lekarza to też by wyszła.

Mam ją od dawna.

Pomimo tego, że już jest diagnoza… nie dowierzam? Czytam w internecie. Czytam objawy, czytam o leczeniu, czytam blogi innych osób, które chorują. Tak, zgadza się. Wszystko mówi, że mam depresję.

Ale co to znaczy?

Nie wiem kiedy do mnie przyszła. Myślę, że wszystko mogło się zacząć ok. 10 lat temu. Chyba się zaprzyjaźniłyśmy. Moje patrzenie na świat, moje zmęczenie, moje wysiłki, aby być pozytywną i dobrą osobą to ja. Nie wyobrażam sobie siebie innej. Mam wrażenie, że ja i depresja zrosłyśmy się w jedno i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jaka będę? I jak tu się leczyć, gdy boję się wyzdrowieć?

Pewnie dlatego jest potrzebna psychoterapia.

© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X