Kilka godzin temu zasiadłam przed komputer, aby napisać notkę i... włączyła mi się aktualizacja systemu. Nie powiem, że miałam jakąś ogromną wenę do pisania, właściwie miałam pomysł tylko na tytuł. Wiele się nie zmieniło, ale zdążyłam przemyśleć powód, dla którego nie wiem co napisać. Otóż chyba chodzi o to, że ciężko jest mi pogodzić się z tym, że moja mama też choruje na chorobę afektywną dwubiegunową.
Po swojej próbie samobójczej mama trafiła do bardzo dobrego szpitala psychiatrycznego. Już po kilku dniach dostała diagnozę - ChAD. Trochę za moją sprawą, ponieważ ja mam diagnozę, a ChAD bywa genetycznie uwarunkowany, prawdopodobne było, że ona też go ma. Opowiedziała o swoich pomysłach, zakupach, sprzątaniu, gotowaniu i o nagłych spadkach nastroju i próbach samobójczych.
Także mamy to na papierze. W dodatku leki dobrane pod kątem ChADu okazały się skuteczne. Choćbym chciała to nie mogę temu zaprzeczyć - takie są fakty.
Dlaczego tak ciężko mi to zaakceptować?
Myślę, że powody są bardzo egoistyczne.
Nie jestem już tak wyjątkowa - okazało się, że mama choruje na to samo, w dodatku choruje dłużej i wydaje się, że intensywniej. Licytowanie się w próbach samobójczych jest głupie, ale w ten sposób określam ciężkość choroby. Ja nie miałam żadnej próby, mama tylko za mojego życia miała trzy (o których wiem, a ile ich było naprawdę?).
Mama bardzo mnie w życiu poraniła. Dopiero od jakichś trzech lat mogę powiedzieć, że mam mamę. Dotąd ciągle piła, po spożyciu stawała się agresywna, krzyczała, prowokowała, oskarżała i manipulowała. W dodatku te próby samobójcze. Wiele razy po prostu chciałam, aby umarła. Zniszczyła mi razem z tatą całe nastoletnie życie. Wiedziałam, że odpowiedzialny za to jest alkohol, a teraz dochodzi do tego ChAD. Powinnam ją zrozumieć, teraz już mogę się domyślać co przeżywała w środku, jak wielki ból zapijała. Ale cały czas nie potrafię tego zrozumieć, a co dopiero wybaczyć. Nawet gdy nie piła przez dziesięć lat, gdy byłam dzieckiem, nie pamiętam żeby mnie przytulała lub okazywała inną czułość. Po prostu jej nie było, choć była obecna.
Mama jest chora na wszystko. I z każdej kolejnej choroby wydaje się cieszyć. Oczekuje opieki i współczucia. I się nie leczy. Dostaje kolejne poważne diagnozy - borelioza, choroba płuc, choroba serca - i zamiast wziąć się poważnie za leczenie, brać tabletki, ona nadużywa alkoholu i narzeka dalej jaka to jest biedna i chora. Będąc teraz w psychiatryku powiedziała mi, że jeszcze nigdy nie czuła się tak dobrze jak po tych tabletkach i na pewno będzie je brać. I że będzie chodzić na spotkania AA. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Chciałabym mieć mamę.
To są chyba trzy główne powody, dla których ciężko mi zdzierżyć to, że razem z mamą chorujemy na tę samą chorobę.
Kiedy to pisałam wróciły wspomnienia, przykre wspomnienia, awantur, gdy jeszcze byłam nastolatką i musiałam mieszkać z rodzicami alkoholikami i bratem alkoholikiem i narkomanem. Ten lęk przed powrotem do domu co zastanę? w jakim będzie nastroju? czy będzie pijana? czy będzie spać? czy będzie żyć? Jeszcze dopóki starsza siostra z nami mieszkała to miałam jakieś wsparcie, ale ona też w wieku dwudziestu jeden lat uciekła na swoje. Ja miałam wtedy dziesięć lat. I przez następne jedenaście byłam z nimi. Potem udało mi się wyrwać również na swoje. Niestety mój starszy o sześć lat brat poszedł w ślady rodziców, a w dodatku jeszcze bierze te prochy.
Na pewno wiele z Was również wychowywało się w domach alkoholowych. Znacie ten niepokój, ten lęk, tę złość, gniew i frustrację.
Ja terapeutyzowałam się przez cztery lata, w tym rok na terapii grupowej. Dużo mi to dało, ale wiem, że czeka mnie jeszcze sporo terapii, aby pogodzić się ze sobą po tym moim małym piekiełku, które urządzili mi moi najbliżsi.
ChAD (Choroba Afektywna Dwubiegunowa) - Osobisty blog o tematyce psychologicznej, który przedstawi czytelnikom życie z chorobą psychiczną.
Moja twórczość
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antydepresanty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antydepresanty. Pokaż wszystkie posty
Bądź na już
Bądź na już
Nie chcę czekać dłużej tu
Tracę oddech, ślad mych stóp
Rozwieje wiatr
Brak mi słów
Potrzebuję ciebie tu
Coraz więcej myśli w głowie nie o Tobie mam
Biorę oddech, gubię krok
Tyle zdarzeń, wyobraźni głos
Znów pod prąd, gdzieś nas gna
Nie istnieje wokół czas
Nierozsądny życia bieg
Lecz nie mów mi, nie mów mi nie
Ref:
Ucieknijmy za horyzont gdzieś
Ten pierwszy raz
Zapomnijmy o tym, czego tak nam było brak
Grawitacji mówimy pas
Tyle sił jest w nas
Uciekniemy za horyzont gdzieś
I nie mów mi, nie mów mi nie
Składam znów
To, co było w prosty wzór
Nie chcę liczyć wszystkich ról
W tej grze na czas
Kilka słów
Podzieliło nas na pół
Sama nie wiem, czy tak dobrze Ciebie znam
Biorę oddech, gubię krok,
Tyle zdarzeń, wyobraźni głos
Znów pod prąd, gdzieś nas gna
Nie istnieje wokół czas
Nierozsądny życia bieg
Lecz nie mów mi nie mów mi nie
Bądź na już
Nie wybieraj dróg na skrót
Nigdy wcześniej tak jak dziś
Nie było nas
I nie mów mi, nie mów mi nie
A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać razem za granicę? Porzucić to, co mamy tutaj i zbudować coś naszego? Być razem każdego dnia. I nie mów mi, nie mów mi nie!
Ja: Tęsknię za tobą. Może rzucimy wszystko i wyjedziemy daleko za granicę?
Uwodziciel: Rozmawialiśmy już o tym... Nie szalej!
Ja: Tak, wiem. Ale będę co jakiś czas próbować!
Śmiechy chichy... Ale gdyby się zgodził to bym pojechała. Jejku, marzę o tym! Gdybym miała jego to miałabym to, czego potrzebuję. Z przyjaciółmi bym zachowała kontakt, z siostrą i babcią też. Może wreszcie bym zaczęła żyć swoim życiem!
Ja: Tęsknię za tobą. Może rzucimy wszystko i wyjedziemy daleko za granicę?
Uwodziciel: Rozmawialiśmy już o tym... Nie szalej!
Ja: Tak, wiem. Ale będę co jakiś czas próbować!
Śmiechy chichy... Ale gdyby się zgodził to bym pojechała. Jejku, marzę o tym! Gdybym miała jego to miałabym to, czego potrzebuję. Z przyjaciółmi bym zachowała kontakt, z siostrą i babcią też. Może wreszcie bym zaczęła żyć swoim życiem!
Doktorka zwiększyła mi antydepresant w zeszłym tygodniu i chyba zaczyna mi się górka, bo szalone pomysły wpadają mi do głowy. Chodzę na siłownię, jestem nerwowa. Za cztery dni mam wizytę, zobaczymy co na to powie. Nie umiem usiedzieć na miejscu, a ludzie doprowadzają mnie do szału.
To tabletki czy Uwodziciel?
Pamiętam jak jeszcze kilka dni temu siedziałam w depresji i zbierałam się na heroiczny wysiłek jakim było wyjście z domu, aby iść na siłownię. Zrezygnowałam. Aż w pewnym momencie on zadzwonił. I tak jakby słońce we mnie wzeszło. Zyskałam siły na wszystko!
Pamiętam jak jeszcze kilka dni temu siedziałam w depresji i zbierałam się na heroiczny wysiłek jakim było wyjście z domu, aby iść na siłownię. Zrezygnowałam. Aż w pewnym momencie on zadzwonił. I tak jakby słońce we mnie wzeszło. Zyskałam siły na wszystko!
I to teraz działa za każdym razem jak dzwoni. Jest moim słońcem, budzi we mnie nadzieję. Tak jeszcze nie było.
Nie ma mnie dla nikogo
Schowałam się w swoim świecie i nikogo do siebie nie dopuszczam.
Rozmawiałam wczoraj z Przyjaciółką. Ona żyje pełnią życia. Wychodzi z domu, poznała mężczyznę, realizuje swoje pasje i marzenia, jest szczęśliwa. Podejmuje wyzwania, poznaje nowych ludzi, cieszy się tym. A ja co? Siedzę w domu z pijaną rodzinką, a gdy ktoś mnie gdzieś zaprasza to kombinuję tylko w jaki sposób mogę się z tego wykręcić.
Mam wrażenie, że każdy korzysta z życia i tylko ja jestem nijaka. Zastanawiam się dlaczego Przyjaciółka tak mnie kocha skoro jestem ucieleśnieniem nudy.
Rozmawiałam też wczoraj z moją panią doktor. Poleciła mi zwiększyć Miansec z 30mg na 45mg (antydepresant) i gdyby coś się działo (głębszy dół lub wysoka górka) to mam znowu dzwonić. Cenię sobie to, że mam taką dostępną lekarkę. Normalnie musiałabym się zapisywać na wizytę, czekać, a potem jeszcze płacić za jej dwa zdania. A konsultacje telefoniczne mam za darmo. To naprawdę lekarka z powołania.
Rozmawiałam wczoraj z Przyjaciółką. Ona żyje pełnią życia. Wychodzi z domu, poznała mężczyznę, realizuje swoje pasje i marzenia, jest szczęśliwa. Podejmuje wyzwania, poznaje nowych ludzi, cieszy się tym. A ja co? Siedzę w domu z pijaną rodzinką, a gdy ktoś mnie gdzieś zaprasza to kombinuję tylko w jaki sposób mogę się z tego wykręcić.
Mam wrażenie, że każdy korzysta z życia i tylko ja jestem nijaka. Zastanawiam się dlaczego Przyjaciółka tak mnie kocha skoro jestem ucieleśnieniem nudy.
Nie ma mnie dla nikogo...
Nie ma mnie dla nikogo...
Znasz to, nie?
(...)
Chcę mieć spokój
W stresowych sytuacji
Natłoku
Jestem jak statek zadokowany
W doku
Od półtora roku
Nikogo na widoku
(...)
Badam grunt pod stopami
Gdzie mi kurwa z butami?
To jak Koontz'a szepty
Słyszane za uszami
Wciąż sam jak palec
To dobrze nie wróży
Obcy jak ósmy pasażer podróży
Milionami
Na przestrzeni Ziemi rozsiani
Obcują tu obcy wyobcowani
Ludzie
Co to ma być?
Pytam
Co to ma znaczyć?
(...)
Panie i panowie
Są tacy co stają na głowie
Tak jakby wszyscy byli w zmowie
Do czasu aż sobie jeden z drugim uzmysłowi
Jacy oni wszyscy są małostkowi
Aż rzygać się chce
Ten kto to wie kurwa
Życie upstrzone jak gołębim gównem
Bulwar
Zrobi tak jak ja
Pójdzie własną drogą
Prócz cienia
Nie ma mnie dla nikogo
Zmiana lekarza psychiatry
Długo mnie tu nie było, bo nie miałam ochoty pisać. Nawet nie miałam o czym, bo wszystko stało w miejscu. Ani poprawy, ani terapii ani nic specjalnego…
W tym czasie zmieniłam lekarza psychiatrę. Teraz chodzę na NFZ. Ten lekarz polecił mi psycholożkę, też na NFZ, z tej samej przychodni, która podobno jest dobra. Na skierowaniu do niej miałam wpisane borderline…
W tym czasie zmieniłam lekarza psychiatrę. Teraz chodzę na NFZ. Ten lekarz polecił mi psycholożkę, też na NFZ, z tej samej przychodni, która podobno jest dobra. Na skierowaniu do niej miałam wpisane borderline…
Ten lekarz jest inny. Bardzo żywy, dużo mówi, nawet się denerwuje, na co jestem wyczulona. Chociaż może to nie tyle zdenerwowanie co frustracja i chęć pomocy i złość, że coś idzie nie tak. Jest o wiele bardziej ludzki. Choć zakręcony i czasem mnie przytłacza. No i terminy są długie, widzę się z nim raz na 2-3 miesiące, a na recepty zostawiam wniosek w recepcji. W każdym razie oszczędzam i równocześnie jestem pod opieką dobrego psychiatry (ma bardzo dobre opinie) i mam terapię. Będę na nią chodziła w czwartki, co tydzień. Miałam już jedną wizytę i się wkurzyłam. Zorientowałam się, że moje zainteresowania są bezsensowne, że nie wiem co mnie w tych zainteresowaniach interesuje, dlaczego je lubię. Zorientowałam się też, że nie wiem dlaczego jestem w Kościele, co mnie w nim pociąga, co mnie w nim interesuje, zorientowałam się, że raczej nie nawiązuje w Kościele relacji z ludźmi. Jednak na Mszy św. zostałam pocieszona – może nic nie wiem, może jestem pusta, wszystko przede mną, ale na ten moment ja po prostu wierzę. A jak mówi Słowo Boże:
„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”
(Mt 11, 25)
Lekarz polecił mi wycofywać powoli Oroes i dodaje pregabalinę. Na chwilę obecną moje leczenie farmakologiczne wygląda w ten sposób:
antydepresant: oroes [escitalopramum] 20mg (to max. dawka i powoli z niego schodzę – mam czas do końca września)
stabilizator: pregabalina 300mg (docelowo 600mg)
nasennie: ketipinor[kwetiapina] 50mg (mogę brać do 75mg-doraźnie)
uspokajające: alprox [alprazolamum] 0.5mg (doraźnie)
Ze skutków ubocznych to masakryczne kręcenie się w głowie przy odstawianiu oroesu. Poza tym stawiam na to, że przez pregabalinę mam problemy z pamięcią, zapominam słów, myślę „czwartek” mówię „wtorek”, jestem nieco na „haju”. Czasem działa tak, że czuję równocześnie senność i jakieś takie pobudzenie. Docelowo ma działać stabilizująco, nie blokować emocji – nie ma mieć działania ani sadującego ani euforystycznego, ma spokojnie tonować. Pomimo tego „haju” i nieogarnięcia lubię ten lek. Dzięki niemu jak na razie budzę się z mniejszym bądź zerowym niepokojem. Po prostu wstaję i zaczynam dzień, a nie, że budzę się i już jestem spięta, bo muszę zrobić herbaty ;)
Niestety miałam w tym czasie napad anoreksji, który trwał kilka tygodni. Już jest lepiej, ale dalej boję się uprawiać sport. Lekarz powiedział, że mam nie ćwiczyć tak, aby to było męczące, takie ostre tylko moją aktywnością powinien być np. spacer, coś normalnego, spokojnego co nie będzie kierowało moich myśli w kierunku spalania kalorii. Nie wiem czy to jest możliwe ;)
Zakochałam się w Łagiewnikach. Byłam tam już trzy razy w przeciągu tego czasu od ostatniego wpisu. Zawsze miałam sentyment do Łagiewnik, bo św. Faustyna to pierwsza święta, którą poznałam. Jednak postanowiłam sobie, że będę Łagiewniki odwiedzać przynajmniej raz w miesiącu! To piękne miejsce.
Chciałabym porozmawiać z siostrą, bo zorientowałam się, że bardzo się boję, że nie spełniam jej oczekiwań i mam też do niej żal o wiele rzeczy. Na razie jednak nie mam odwagi.
To nie jest wszystko, co chciałam tutaj napisać, ale już mi ciężko układać zdania. Myślę, że teraz będę pisać częściej, bo zaczynam terapię, więc pewnie sporo myśli będzie mi przechodzić przez głowę ;)
Dziękuję za obecność i cierpliwość w czytaniu :) :) :)
Aaa! Jeszcze jedno!
W czwartek idę do fryzjera i robie zmianę image’u! Będę miała grzywkę!
Są spore szanse na to, że wyjdzie tak, jak chcę, bo wydaje się, że mam podobne włosy do pani, która jest moją inspiracją. Mam nieco inną twarz, ale brwi podobne. Także będzie ekstra. Kupiłam sobie też soczewki kontaktowe, bo boję się, że okulary+grzywka i będę wyglądać jak brzydula. Zobaczymy. W każdym razie soczewki były tanie i zawsze warto je mieć, więc spoko ;)
borderline
Cóż to był za dzień! Byłam z ojcem godzinę na rowerach, potem poszłam jeszcze pobiegać. Tyle sportu to ja nie miałam od kilku miesięcy.
Jest lepiej niż było. Potrafię się spotkać z przyjaciółką, potrafię zadzwonić do siostry czy babci. W pracy zaczyna mi się podobać.
Wróciłam do rysowania. Staram się codziennie coś naszkicować żeby się szkolić – i nie przejmować się, że nie wychodzi, bo praktyka czyni mistrza :)
Nie pisałam długo, bo nie miałam natchnienia, a w końcu to blog jest dla mnie a nie ja dla bloga. Nie będę się zmuszać.
Byłam dzisiaj u lekarza. Miesiąc temu zwiększył mi dawkę Oroesu i od tej pory zaczęło się poprawiać. Szału ni ma, ale już potrafię cokolwiek zrobić. Na przykład poprosić o pomoc. Poprosiłam przyjaciółkę żeby pomogła mi znaleźć psychoterapeutę. Wcale nie było łatwo o to poprosić, nosiłam się z tym kilka dni, a jak doszło co do czego to ledwo to wykrztusiłam. Nie wiem czy A. wie jak trudne to dla mnie było.
Lekarz postanowił, że zostajemy na tych dawkach, które mam i wypisał mi recepty na trzy miesiące. Jest tylko jeden problem. Wstępna diagnoza… najbliżej mi do borderline. No jak się o tym dowiedziałam to czułam się jak wtedy, kiedy wypowiedział słowo depresja - jakbym dostała w pysk.
To na razie wstępna diagnoza, więc może to nie prawda. Tak naprawdę przekonam się jak w końcu pójdę na tę terapię.
Jest lepiej niż było. Potrafię się spotkać z przyjaciółką, potrafię zadzwonić do siostry czy babci. W pracy zaczyna mi się podobać.
Wróciłam do rysowania. Staram się codziennie coś naszkicować żeby się szkolić – i nie przejmować się, że nie wychodzi, bo praktyka czyni mistrza :)
Nie pisałam długo, bo nie miałam natchnienia, a w końcu to blog jest dla mnie a nie ja dla bloga. Nie będę się zmuszać.
Byłam dzisiaj u lekarza. Miesiąc temu zwiększył mi dawkę Oroesu i od tej pory zaczęło się poprawiać. Szału ni ma, ale już potrafię cokolwiek zrobić. Na przykład poprosić o pomoc. Poprosiłam przyjaciółkę żeby pomogła mi znaleźć psychoterapeutę. Wcale nie było łatwo o to poprosić, nosiłam się z tym kilka dni, a jak doszło co do czego to ledwo to wykrztusiłam. Nie wiem czy A. wie jak trudne to dla mnie było.
Lekarz postanowił, że zostajemy na tych dawkach, które mam i wypisał mi recepty na trzy miesiące. Jest tylko jeden problem. Wstępna diagnoza… najbliżej mi do borderline. No jak się o tym dowiedziałam to czułam się jak wtedy, kiedy wypowiedział słowo depresja - jakbym dostała w pysk.
To na razie wstępna diagnoza, więc może to nie prawda. Tak naprawdę przekonam się jak w końcu pójdę na tę terapię.
Wiosna!
Prima Aprilis. Popełniłam dzisiaj dwa żarty na najbliższych – i świetnie się przy tym bawiłam :)
Ten atak depresji, złego stanu, trwał dwa dni. Jest już lepiej i myślę nad tym co zrobić żeby ten stan utrzymać. Pojechałam dzisiaj do mojego mieszkania i wzięłam ładne, wiosenne ciuszki, cztery pary butów, paletę do makijażu i rolki. Wiosna zawsze zachęca mnie do tego, aby wyglądać lepiej.
Miałam nawet dzisiaj iść na rolki, ale chwycił mnie znowu ten stan podgorączkowy i niezbyt dobrze się czuję. Na szczęście tylko fizycznie, bo psychicznie potrafię odganiać nieliczne złe myśli, które mi się pchają do głowy.
W tym tygodniu muszę zdecydować czy ten zestaw leków (Oroes+Ketipinor) mi pomaga. I dochodzę do wniosku, że tak, pomaga. W końcu miałam tylko dwa koszmarne dni, a jeszcze niedawno podobnie wyglądały wszystkie moje dni. Raczej nie miewam już tych stanów niemocy, bezwładu siebie. Także chyba wykupię tę receptę na kolejne opakowanie oroesu.
Jestem dzisiaj umówiona ze swoim kierownikiem duchowym na rozmowę. Zadzwoniłam do niego w te beznadziejne dni, bo potrzebowałam rozmowy. Nie miał czasu i umówiliśmy się na dzisiaj. Czuję się lepiej i już nie tak bardzo chcę rozmawiać, ale z drugiej strony problem nie zniknął. Problem, czyli pytanie jak to zrobić żeby nie odwracać się od Boga w chorobie. Mam wiele takich… egzystencjalnych pytań. Myślę, że powinnam je spisać. I zrobić rachunek sumienia, bo czeka mnie też spowiedź. Ostatnio naprawdę niecierpię spowiedzi. O tym też muszę porozmawiać. Bez sensu jest z niej rezygnować, bo bez Boga to daleko nie zajdę. Chcę się dowiedzieć jak przygotowywać się do spowiedzi w moim stanie, jakie pytania sobie zadawać? Jak się modlić kiedy nie chcę się modlić? Co mam robić kiedy jest tak totalnie źle, kiedy nic do mnie nie dochodzi, kiedy wyjście do sklepu jest zadaniem nie do przejścia, a leżenie w łóżku tylko mnie przytłacza i prowokuje myśli żeby zniknąć, bo nie umiem ze sobą wytrzymać. Równocześnie nie mam siły/ochoty na to, aby z niego wyjść. Jak na to patrzeć w sytuacji kiedy wiem, że to choroba sprawia, że tak jest?
Ten atak depresji, złego stanu, trwał dwa dni. Jest już lepiej i myślę nad tym co zrobić żeby ten stan utrzymać. Pojechałam dzisiaj do mojego mieszkania i wzięłam ładne, wiosenne ciuszki, cztery pary butów, paletę do makijażu i rolki. Wiosna zawsze zachęca mnie do tego, aby wyglądać lepiej.
Miałam nawet dzisiaj iść na rolki, ale chwycił mnie znowu ten stan podgorączkowy i niezbyt dobrze się czuję. Na szczęście tylko fizycznie, bo psychicznie potrafię odganiać nieliczne złe myśli, które mi się pchają do głowy.
W tym tygodniu muszę zdecydować czy ten zestaw leków (Oroes+Ketipinor) mi pomaga. I dochodzę do wniosku, że tak, pomaga. W końcu miałam tylko dwa koszmarne dni, a jeszcze niedawno podobnie wyglądały wszystkie moje dni. Raczej nie miewam już tych stanów niemocy, bezwładu siebie. Także chyba wykupię tę receptę na kolejne opakowanie oroesu.
Jestem dzisiaj umówiona ze swoim kierownikiem duchowym na rozmowę. Zadzwoniłam do niego w te beznadziejne dni, bo potrzebowałam rozmowy. Nie miał czasu i umówiliśmy się na dzisiaj. Czuję się lepiej i już nie tak bardzo chcę rozmawiać, ale z drugiej strony problem nie zniknął. Problem, czyli pytanie jak to zrobić żeby nie odwracać się od Boga w chorobie. Mam wiele takich… egzystencjalnych pytań. Myślę, że powinnam je spisać. I zrobić rachunek sumienia, bo czeka mnie też spowiedź. Ostatnio naprawdę niecierpię spowiedzi. O tym też muszę porozmawiać. Bez sensu jest z niej rezygnować, bo bez Boga to daleko nie zajdę. Chcę się dowiedzieć jak przygotowywać się do spowiedzi w moim stanie, jakie pytania sobie zadawać? Jak się modlić kiedy nie chcę się modlić? Co mam robić kiedy jest tak totalnie źle, kiedy nic do mnie nie dochodzi, kiedy wyjście do sklepu jest zadaniem nie do przejścia, a leżenie w łóżku tylko mnie przytłacza i prowokuje myśli żeby zniknąć, bo nie umiem ze sobą wytrzymać. Równocześnie nie mam siły/ochoty na to, aby z niego wyjść. Jak na to patrzeć w sytuacji kiedy wiem, że to choroba sprawia, że tak jest?
Ketipinor
Minął tydzień. Nogi mnie swędzą, bo się goją. Ale jak to mówią cierp ciało jak się chciało.
Tak trochę staram się do tego podchodzić z humorem, bo inaczej to przecież bym się… znienawidziła.
W poniedziałek dostałam od lekarza receptę na kolejny lek. Ketipinor 25mg. Powiedział, że przepisuje mi go, aby mnie stłumić, wyciszyć. A to dlatego, że mam mnóstwo agresji w sobie i żalu, a w dodatku kiepsko ze snem. Tutaj mógł pomyśleć, że trochę się mieszam w zeznaniach, bo na drugiej wizycie mu powiedziałam, że raczej nie mam problemów ze snem, a na trzeciej, że mam… No, ale się zmieniło, co poradzić. Może to przez Oroes.
Co nieco o leku:
Lek z grupy neuroleptyków, należący do grupy pochodnych diazepiny, stosowany w leczeniu schizofrenii i choroby afektywnej dwubiegunowej.
Brzmi groźnie, ale nie ma tak źle. Poza tym, że to neuroleptyk, czyli już dużo poważniejszy lek niż Oroes.
W schizofrenii i CHaD stosuje się dużo wyższe dawki niż moje. Ja mam max. 75mg, a w tych chorobach jest nawet i 600-800mg. Lekarz mi powiedział, że można nawet dojść do 1000mg/dobę. Z tego, co czytałam w internecie to często w depresji lekarze przepisują właśnie kwetiapinę na problemy ze snem.
A teraz jak to ustrojstwo na mnie działa… To jest ciekawa rzecz. Mogę sobie ustalać dawkowanie sama byleby nie przekroczyć 75mg. Jedna tabletka ma 25mg. Więc mogę brać w schemacie rano-popołudnie-wieczór np. 0-0-25, albo 25-0-25, albo 25-25-25, albo 25-0-50. Bez sensu byłoby brać 25-0-0, bo w nocy bym nie spała ;)
Pierwszą tabletkę wzięłam w poniedziałek wieczorem… I teraz relacja. Do czwartku miałam wolne, w piątek pierwszy dzień szłam do pracy (okres ochronny się skończył ;) )
wtorek: obudziłam się po dosyć niespokojnym, ale nieprzerywanym śnie, spałam ok. 9 godzin. Jak się przebudziłam to ok. 15 minut zastanawiałam się czy mogę wstać, bo kręciło mi się w głowie. Byłam trochę przymulona, ale koło południa ten skutek uboczny ustąpił i miałam po prostu… dobry humor! Miałam dość sporo energii i odwagi. Odwagi to nawet więcej niż sporo, zaskoczyłam samą siebie w jednej sytuacji ;) Pojawiła się we mnie jakaś taka… obojętność? Asertywność? Coś takiego, że kiedy nie miałam na coś ochoty to nie było dla mnie problemem zakomunikowanie tego.
środa: byłam bardzo przymulona. Tylko bym spała. Miałam kilka rzeczy do załatwienia, ale jak tylko mogłam to się kładłam i leżałam przynajmniej kilkanaście minut. Nastrój kiepskawy, takie trochę zombie byłam.
czwartek: obudziłam się podminowana, rozbita, rozdrażniona, agresywna. I tak było przez większość dnia. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Obiecałam rodzicom, że tego dnia zrobię wypasioną zapiekankę z makaronem i musiałam z tatą jechać do sklepu po zakupy. Nie wiem jak opisać ten stan. Chodziłam po sklepie i czułam się jakbym była obok siebie. Czułam się obca i patrzyłam na świat innymi oczami. Byłam zwyczajnie przyćpana. Jakieś takie odrealnienie mnie dopadło. Jak wróciłam do domu to wzięłam się za gotowanie, ale bardzo się trzęsłam, rozpierała mnie jakaś taka chora energia. Kiedy brat zrobił coś nie po mojej myśli to ostatkiem sił powstrzymałam się żeby się na niego nie wydrzeć. Wzięłam połówkę Alproxu, czyli 0,25mg i po chwili troszkę się uspokoiłam. Dalej się trzęsłam, ale nie byłam w środku tak roztrzęsiona. Zastanawiałam się czy nie wziąć całej tabletki, ale wiedziałam, że czeka mnie wizyta u fryzjera z przyjaciółką i wspólny obiad, więc przeczuwałam, że jej obecność mi pomoże. I rzeczywiście tak się stało, wieczorem już byłam sobą.
piątek: pierwszy dzień w pracy na lekach. Byłam śpiąca, ale nie jakoś bardzo. Lek zdecydowanie mniej teraz działa nasennie, nie jest tak jak pierwszego dnia – obuchem w łeb i spać. Teraz mam wrażenie, że po prostu wspomaga zasypianie. Byłam trochę nieobecna, miałam zwiechy, ale umiałam rozmawiać z ludźmi. Było dobrze (w dalszej części Wam napiszę o „chłopcu”, który pojawiał się w poprzednich notkach). Na nockę nie wzięłam Ketipinoru, bo jednak się bałam, że nie obudzę się na nocne obchody… Muszę któregoś dnia spróbować wziąć go jak będę zmęczona i spróbować nie spać żeby zrobić sobie próbkę przed wzięciem go w pracy. Niby już nie działa tak silnie, ale łatwo się mówi jak w każdej chwili mogę się położyć do łóżka…
sobota (dziś) : rano, gdy wróciłam z pracy wzięłam zaległą tabletkę, ale zupełnie nie czułam działania nasennego. Pomyślałam, że to idealny moment żeby powoli zwiększyć dawkę i wzięłam drugą. Chcę dojść do 25-0-50. Mam nadzieję, że przy takim zestawieniu osiągnę cel, który z lekarzem chcemy osiągnąć, mianowicie wyciszenie tego agresora, którego mam w sobie. Na pracę z emocjami jeszcze przyjdzie czas, na razie chcę się stłamsić żeby przed podjęciem tej pracy nie zrobić sobie albo komuś jeszcze większej krzywdy.
Podsumowując. Nie wiem czy to Oroes zaczyna działać czy to po prostu Ketipinor mnie uspokaja, albo może to wpływ rodzinki, z którą teraz mieszkam (czyt. mam z kim pogadać), ale czuję się zdecydowanie lepiej niż tydzień temu, gdy się pocięłam.
Co do chłopca… Daję mu szansę. Może zrobiłam głupotę (choć nie wydaje mi się), ale on nie daje za wygraną i poprosiłam go wczoraj żeby do mnie przyszedł na stanowisko i poszliśmy na spacer. Powiedziałam mu, że naprawdę świetny z niego facet, ale trafił na najgorszy możliwy moment w moim życiu i ma pecha. Zapytał się czy chodzi o jakieś poprzednie związki, powiedziałam mu, że nie, że po prostu sporo się w moim życiu dzieje i nie mam ani ochoty, ani siły na angażowanie się w jakiekolwiek nowe znajomości. W dalszej rozmowie powiedziałam mu, że… mam depresję. Pomyślałam – no cóż, jak rozgada to będzie wiadomo, że nie wart żadnej uwagi, a ja i tak nie chcę tam pracować xD Zachował się bardzo w porządku, okazało się, że ma w najbliższym otoczeniu już kogoś z depresją. Powiedziałam mu też, że w związku z tym albo uzbroi się w anielską cierpliwość albo niech zawczasu odpuści, bo inaczej nie ma sensu. Powiedział, że jest cierpliwy. I przyniósł mi obiecaną kiedyś gorącą czekoladę na moje stanowisko. (Wymawiałam się kilka tygodni temu ze spotkania z nim, zapraszał mnie właśnie na gorącą czekoladę. Kiedy dałam mu do zrozumienia, że nie ma szans na spotkanie po pracy to powiedział, że czekolada przyjdzie do mnie).
Dzięki temu, że tak przedstawiłam mu sprawę czuję się wolna w tej znajomości i nie boję się, że zrobię coś nie tak. Przedstawiłam mu sytuację i jak chce to niech się stara. A ja wcale nie muszę mieć ochoty z nim rozmawiać. Ot co.
Może zrobiłam głupio, ale on wydaje się być taki… normalny. Taki swojski. Wydaje się, że można mu zaufać. Cóż, najwyżej się przejadę na własnej naiwności. Jestem dobrej myśli.
Tak trochę staram się do tego podchodzić z humorem, bo inaczej to przecież bym się… znienawidziła.
W poniedziałek dostałam od lekarza receptę na kolejny lek. Ketipinor 25mg. Powiedział, że przepisuje mi go, aby mnie stłumić, wyciszyć. A to dlatego, że mam mnóstwo agresji w sobie i żalu, a w dodatku kiepsko ze snem. Tutaj mógł pomyśleć, że trochę się mieszam w zeznaniach, bo na drugiej wizycie mu powiedziałam, że raczej nie mam problemów ze snem, a na trzeciej, że mam… No, ale się zmieniło, co poradzić. Może to przez Oroes.
Co nieco o leku:
Lek z grupy neuroleptyków, należący do grupy pochodnych diazepiny, stosowany w leczeniu schizofrenii i choroby afektywnej dwubiegunowej.
Brzmi groźnie, ale nie ma tak źle. Poza tym, że to neuroleptyk, czyli już dużo poważniejszy lek niż Oroes.
W schizofrenii i CHaD stosuje się dużo wyższe dawki niż moje. Ja mam max. 75mg, a w tych chorobach jest nawet i 600-800mg. Lekarz mi powiedział, że można nawet dojść do 1000mg/dobę. Z tego, co czytałam w internecie to często w depresji lekarze przepisują właśnie kwetiapinę na problemy ze snem.
A teraz jak to ustrojstwo na mnie działa… To jest ciekawa rzecz. Mogę sobie ustalać dawkowanie sama byleby nie przekroczyć 75mg. Jedna tabletka ma 25mg. Więc mogę brać w schemacie rano-popołudnie-wieczór np. 0-0-25, albo 25-0-25, albo 25-25-25, albo 25-0-50. Bez sensu byłoby brać 25-0-0, bo w nocy bym nie spała ;)
Pierwszą tabletkę wzięłam w poniedziałek wieczorem… I teraz relacja. Do czwartku miałam wolne, w piątek pierwszy dzień szłam do pracy (okres ochronny się skończył ;) )
wtorek: obudziłam się po dosyć niespokojnym, ale nieprzerywanym śnie, spałam ok. 9 godzin. Jak się przebudziłam to ok. 15 minut zastanawiałam się czy mogę wstać, bo kręciło mi się w głowie. Byłam trochę przymulona, ale koło południa ten skutek uboczny ustąpił i miałam po prostu… dobry humor! Miałam dość sporo energii i odwagi. Odwagi to nawet więcej niż sporo, zaskoczyłam samą siebie w jednej sytuacji ;) Pojawiła się we mnie jakaś taka… obojętność? Asertywność? Coś takiego, że kiedy nie miałam na coś ochoty to nie było dla mnie problemem zakomunikowanie tego.
środa: byłam bardzo przymulona. Tylko bym spała. Miałam kilka rzeczy do załatwienia, ale jak tylko mogłam to się kładłam i leżałam przynajmniej kilkanaście minut. Nastrój kiepskawy, takie trochę zombie byłam.
czwartek: obudziłam się podminowana, rozbita, rozdrażniona, agresywna. I tak było przez większość dnia. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Obiecałam rodzicom, że tego dnia zrobię wypasioną zapiekankę z makaronem i musiałam z tatą jechać do sklepu po zakupy. Nie wiem jak opisać ten stan. Chodziłam po sklepie i czułam się jakbym była obok siebie. Czułam się obca i patrzyłam na świat innymi oczami. Byłam zwyczajnie przyćpana. Jakieś takie odrealnienie mnie dopadło. Jak wróciłam do domu to wzięłam się za gotowanie, ale bardzo się trzęsłam, rozpierała mnie jakaś taka chora energia. Kiedy brat zrobił coś nie po mojej myśli to ostatkiem sił powstrzymałam się żeby się na niego nie wydrzeć. Wzięłam połówkę Alproxu, czyli 0,25mg i po chwili troszkę się uspokoiłam. Dalej się trzęsłam, ale nie byłam w środku tak roztrzęsiona. Zastanawiałam się czy nie wziąć całej tabletki, ale wiedziałam, że czeka mnie wizyta u fryzjera z przyjaciółką i wspólny obiad, więc przeczuwałam, że jej obecność mi pomoże. I rzeczywiście tak się stało, wieczorem już byłam sobą.
piątek: pierwszy dzień w pracy na lekach. Byłam śpiąca, ale nie jakoś bardzo. Lek zdecydowanie mniej teraz działa nasennie, nie jest tak jak pierwszego dnia – obuchem w łeb i spać. Teraz mam wrażenie, że po prostu wspomaga zasypianie. Byłam trochę nieobecna, miałam zwiechy, ale umiałam rozmawiać z ludźmi. Było dobrze (w dalszej części Wam napiszę o „chłopcu”, który pojawiał się w poprzednich notkach). Na nockę nie wzięłam Ketipinoru, bo jednak się bałam, że nie obudzę się na nocne obchody… Muszę któregoś dnia spróbować wziąć go jak będę zmęczona i spróbować nie spać żeby zrobić sobie próbkę przed wzięciem go w pracy. Niby już nie działa tak silnie, ale łatwo się mówi jak w każdej chwili mogę się położyć do łóżka…
sobota (dziś) : rano, gdy wróciłam z pracy wzięłam zaległą tabletkę, ale zupełnie nie czułam działania nasennego. Pomyślałam, że to idealny moment żeby powoli zwiększyć dawkę i wzięłam drugą. Chcę dojść do 25-0-50. Mam nadzieję, że przy takim zestawieniu osiągnę cel, który z lekarzem chcemy osiągnąć, mianowicie wyciszenie tego agresora, którego mam w sobie. Na pracę z emocjami jeszcze przyjdzie czas, na razie chcę się stłamsić żeby przed podjęciem tej pracy nie zrobić sobie albo komuś jeszcze większej krzywdy.
Podsumowując. Nie wiem czy to Oroes zaczyna działać czy to po prostu Ketipinor mnie uspokaja, albo może to wpływ rodzinki, z którą teraz mieszkam (czyt. mam z kim pogadać), ale czuję się zdecydowanie lepiej niż tydzień temu, gdy się pocięłam.
Co do chłopca… Daję mu szansę. Może zrobiłam głupotę (choć nie wydaje mi się), ale on nie daje za wygraną i poprosiłam go wczoraj żeby do mnie przyszedł na stanowisko i poszliśmy na spacer. Powiedziałam mu, że naprawdę świetny z niego facet, ale trafił na najgorszy możliwy moment w moim życiu i ma pecha. Zapytał się czy chodzi o jakieś poprzednie związki, powiedziałam mu, że nie, że po prostu sporo się w moim życiu dzieje i nie mam ani ochoty, ani siły na angażowanie się w jakiekolwiek nowe znajomości. W dalszej rozmowie powiedziałam mu, że… mam depresję. Pomyślałam – no cóż, jak rozgada to będzie wiadomo, że nie wart żadnej uwagi, a ja i tak nie chcę tam pracować xD Zachował się bardzo w porządku, okazało się, że ma w najbliższym otoczeniu już kogoś z depresją. Powiedziałam mu też, że w związku z tym albo uzbroi się w anielską cierpliwość albo niech zawczasu odpuści, bo inaczej nie ma sensu. Powiedział, że jest cierpliwy. I przyniósł mi obiecaną kiedyś gorącą czekoladę na moje stanowisko. (Wymawiałam się kilka tygodni temu ze spotkania z nim, zapraszał mnie właśnie na gorącą czekoladę. Kiedy dałam mu do zrozumienia, że nie ma szans na spotkanie po pracy to powiedział, że czekolada przyjdzie do mnie).
Dzięki temu, że tak przedstawiłam mu sprawę czuję się wolna w tej znajomości i nie boję się, że zrobię coś nie tak. Przedstawiłam mu sytuację i jak chce to niech się stara. A ja wcale nie muszę mieć ochoty z nim rozmawiać. Ot co.
Może zrobiłam głupio, ale on wydaje się być taki… normalny. Taki swojski. Wydaje się, że można mu zaufać. Cóż, najwyżej się przejadę na własnej naiwności. Jestem dobrej myśli.
Powinnam - czyli telefoniczne relacje międzyludzkie
Od wczoraj czuję się kiepsko. Nie wiem czy to przez depresję, przez antydepresanty czy może przez zbliżający się okres. Który chyba dostałam..? Może ten znak zapytania jest tutaj nie na miejscu, a słówko „chyba” zdaje się być mylące, ale jest jedna rzecz, która bardzo mnie dziwi. Nie boli mnie brzuch. Od ponad dwóch lat bardzo ciężko przechodziłam dwa pierwsze dni miesiączki. Do tego stopnia, że pomagał jedynie ketonal i nierzadko wolne w pracy.
A teraz nic mnie nie boli.
Jednym ze skutków ubocznych moich leków jest krwawienie, ale termin mi się zgadza. Hmm… Jeżeli antydepresanty będą działały na moje bóle miesiączkowe to mogę je brać całe życie, nie mam nic przeciwko ;)
Zastanawia mnie jednak jeszcze jedno… a może mój ból miesiączkowy siedział w głowie? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale może..?
***
Napisałam dzisiaj do siostry smsa sugerującego potrzebę kontaktu. Wie o depresji, napisałam jej, że źle się czuję, że nie wiem czy to przez leki czy nie i że nie mam ochoty z nikim gadać. A ponieważ ta niechęć jest bardzo silna to pomyślałam, że powinnam się do kogoś odezwać i pogadać, choćby smsowo. Nie odpisała, nie zadzwoniła. Nie wiem czy zignorowała smsa czy może zapomniała telefon z pracy (to do niej podobne), ale jest mi trochę przykro z tego powodu.
Jutro zwiększam dawkę leku. Lekarz przepisał mi Oroes 10mg 30 tabl. i doraźnie Alprox 0,5mg tabl.
Oroesu przez pierwszy tydzień miałam brać 5mg rano, a potem zwiększyć dawkę do jednej tabletki czyli 10mg. No i jutro nadchodzi ten dzień zwiększenia dawki.
Dotychczas nie odczułam jakichś silnych skutków ubocznych. No może suchość w ustach, dużo więcej piję ostatnio wody, i drżenie mięśni.
Wczoraj nie wytrzymałam i wzięłam też Alprox. Od rana miałam koszmarny humor, zdarzyło się kołatanie serca, totalne zniechęcenie (naprawdę umycie kilku kubków było dla mnie nie lada wyzwaniem) i mocne napięcie mięśni. Przyznam, że nie bardzo mi pomógł. Może zrobiłam się troszkę senna… ale żeby spokojniejsza? Nie bardzo.
Mój plan na jutro to wyłączyć telefon. I być może zostawić go wyłączonym aż do niedzielnego popołudnia. Nie chcę myśleć o tym do kogo powinnam zadzwonić, do kogo powinnam napisać itp., telefon mnie mocno przytłacza. Prawdę mówiąc nie umiem sobie tego wyobrazić. Mam wrażenie, że wyłączony telefon jeszcze bardziej mnie zestresuje i wpędzi w poczucie winy, w poczucie robienia krzywdy innym. Ale spróbuję. Chcę się uwolnić od telefonu. Uprzedziłam już większość najważniejszych osób, została jeszcze przyjaciółka. Gdybym im wszystkim nie powiedziała, że chcę wyłączyć telefon to na pewno nie byłabym w stanie tego zrobić. Nie zniosłabym myśli, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować i nie wie co się dzieje.
A teraz nic mnie nie boli.
Jednym ze skutków ubocznych moich leków jest krwawienie, ale termin mi się zgadza. Hmm… Jeżeli antydepresanty będą działały na moje bóle miesiączkowe to mogę je brać całe życie, nie mam nic przeciwko ;)
Zastanawia mnie jednak jeszcze jedno… a może mój ból miesiączkowy siedział w głowie? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale może..?
***
Napisałam dzisiaj do siostry smsa sugerującego potrzebę kontaktu. Wie o depresji, napisałam jej, że źle się czuję, że nie wiem czy to przez leki czy nie i że nie mam ochoty z nikim gadać. A ponieważ ta niechęć jest bardzo silna to pomyślałam, że powinnam się do kogoś odezwać i pogadać, choćby smsowo. Nie odpisała, nie zadzwoniła. Nie wiem czy zignorowała smsa czy może zapomniała telefon z pracy (to do niej podobne), ale jest mi trochę przykro z tego powodu.
Jutro zwiększam dawkę leku. Lekarz przepisał mi Oroes 10mg 30 tabl. i doraźnie Alprox 0,5mg tabl.
Oroesu przez pierwszy tydzień miałam brać 5mg rano, a potem zwiększyć dawkę do jednej tabletki czyli 10mg. No i jutro nadchodzi ten dzień zwiększenia dawki.
Dotychczas nie odczułam jakichś silnych skutków ubocznych. No może suchość w ustach, dużo więcej piję ostatnio wody, i drżenie mięśni.
Wczoraj nie wytrzymałam i wzięłam też Alprox. Od rana miałam koszmarny humor, zdarzyło się kołatanie serca, totalne zniechęcenie (naprawdę umycie kilku kubków było dla mnie nie lada wyzwaniem) i mocne napięcie mięśni. Przyznam, że nie bardzo mi pomógł. Może zrobiłam się troszkę senna… ale żeby spokojniejsza? Nie bardzo.
Mój plan na jutro to wyłączyć telefon. I być może zostawić go wyłączonym aż do niedzielnego popołudnia. Nie chcę myśleć o tym do kogo powinnam zadzwonić, do kogo powinnam napisać itp., telefon mnie mocno przytłacza. Prawdę mówiąc nie umiem sobie tego wyobrazić. Mam wrażenie, że wyłączony telefon jeszcze bardziej mnie zestresuje i wpędzi w poczucie winy, w poczucie robienia krzywdy innym. Ale spróbuję. Chcę się uwolnić od telefonu. Uprzedziłam już większość najważniejszych osób, została jeszcze przyjaciółka. Gdybym im wszystkim nie powiedziała, że chcę wyłączyć telefon to na pewno nie byłabym w stanie tego zrobić. Nie zniosłabym myśli, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować i nie wie co się dzieje.
Living with depression
Myślę, że ten film jest dobry na początek.
Bo tak to wygląda.
Diagnoza - depresja
Niedawno lekarz stwierdził u mnie przewlekłą depresję. Dostałam leki i powinnam zdecydować się na psychoterapię.
Mam bliskich wokół siebie. Tylko, że naprawdę nie chcę im sprawiać problemu, nie potrafię z nimi rozmawiać, bo oni oczekują tego, że jeśli źle się czuję to mam jakiś ku temu powód. A powodem jest sama depresja. Co zrobić, gdy już się przełamię, aby do kogoś zadzwonić i poprosić żeby przyjechał, bo źle się czuję, a on mówi, że ma inne plany… Jasne, nie ma problemu, poradzę sobie. Nie, nie martw się.
Od niecałego tygodnia przyjmuję antydepresanty. Lekarz ostrzegał mnie, że te pierwsze tygodnie mogą być ciężkie. No i są.
Mam zamiar tutaj pisać kiedy będzie dobrze i kiedy będzie źle. Wtedy, kiedy będę miała ochotę. Nikt mnie tu nie zna dlatego nie muszę się martwić, że kogoś urażę, że ktoś będzie znudzony, że straci do mnie cierpliwość. Mogę tu być sobą i pisać prawdę. Prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


