Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lęk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lęk. Pokaż wszystkie posty

Zaufaj sobie

 Kochani! 

U mnie wszystko dobrze. Miłość kwitnie i się stabilizuje. Przy M. czuję się coraz bezpieczniej. Przez chwilę miałam niewielkie lęki, że mnie zostawi, że mu się odwidzi, ale porozmawiałam z nim o tym i lęki minęły jak ręką odjął.

Jeśli chodzi o pracę to też dobrze. W dalszym ciągu czuję się tam potrzebna i chciana. 

Studia? No w połączeniu z pracą nie jest łatwo, ale też daję radę. Nie opuściłam jeszcze ani jednego wykładu. Na niektórych się nudzę, ale wtedy inne rekompensują mi to z nawiązką. 

Co do studiów to przyznam jeszcze, że pewnego dnia obudziłam się z myślą "jak żyć?!'. Byłam tak potwornie zmęczona po jednym ze zjazdów, a tu następnego dnia od razu do pracy, w której miałam tego dnia prowadzić szkolenia dla innych pracowników. To był okres kiedy odkładałam wszystko na później, bo byłam zbyt zmęczona. I w ten sposób cały czas myślałam o tym, co muszę zrobić, stresowałam się tym, a w efekcie nic nie robiłam sensownego. Każdego dnia budziłam się i zasypiałam z gonitwą myśli. Doszłam do wniosku, że nie mogę tak żyć, trzeba coś zmienić. I tutaj jestem z siebie dumna, bo nie pomyślałam o tym, aby rzucić szkołę albo wziąć urlop, ale zaczęłam się zastanawiać co mogę zmienić w organizacji mojego dnia. Zaczęłam prowadzić kalendarz i planować sobie tydzień i każdy dzień z osobna. Zadziałało.

Ale uwierzcie, byłam już w takim stanie, że kręciło mi się w głowie, miałam ogromne lęki, niepokoje (takie, że płakałam ze strachu nie wiadomo przed czym), a kiedy się poruszałam to na moich oczach pojawiało się jakby takie niebieskie szkiełko, przez które wszystko w ułamku sekundy widziałam na niebiesko. Bardzo przestraszyłam się tym stanem i następnego dnia zadzwoniłam do psychoterapeutki. 

Kiedy do niej poszłam byłam już wypoczęta (w końcu zaczęłam planować) i wcześniej sama znalazłam sposób na rozwiązanie swojego problemu. Ale mimo to chciałam się z nią zobaczyć. Chciałam z nią porozmawiać, bo zwyczajnie się za nią stęskniłam. Dała mi zadanie domowe - zaufać sobie. Zapytałam: co to znaczy? Odpowiedziała, że mogą mi się zdarzyć różne załamania, niepokoje, szczególnie, gdy znajduję się w nowej sytuacji. Jednak zamiast podejmować drastyczne kroki warto odczekać tydzień lub dwa, aby sytuacja się unormowała i abym zdążyła się przekonać, że ze wszystkim sobie dam radę. 

M. bardzo mnie wspiera, troszczy się i martwi, gdy coś jest nie tak. Zawsze jest chętny do pomocy, nie krytykuje i nie ocenia. Oby mu tak zostało ;)





Stanął w ogniu nasz wielki dom!

Mam tysiąc myśli w głowie. Może nawet trochę więcej. Są jak te takie wielkie, bzyczące i odbijające się od okna muchy, które istnieją chyba tylko po to, aby doprowadzać ludzi do szewskiej pasji.




Doktorka stwierdziła u mnie wczoraj stan mieszany. Najgorsze gówno. I tak, jak szłam na to L4 głównie dla pieniędzy, tak teraz nie wyobrażam sobie jak mogłabym w takim stanie iść do pracy.
Przedwczoraj, tego samego dnia, gdy napisałam poprzednią notkę, napisałam również komentarz u zaprzyjaźnionej blogerki - Chadowej.
Przytoczę go tutaj, bo już on świadczył o moim mieszanym stanie. Gdy go pisałam zorientowałam się, że to może być to.

Rozumiem. Ja powoli znowu wychodzę z tego stanu i… idę na L4 na pół roku. Mam nadzieję, że mi to pomoże, a nie zaszkodzi – choć idę przede wszystkim ze względów finansowych.

Siedzę sobie teraz z winkiem, wiesz? Carlo Rossi brzoskwiniowe, jeszcze nigdy go nie piłam. Od kilku dni prześladują mnie myśli o żyletce. A raczej o rozwaleniu maszynki do golenia, bo nigdy nie zdobyłam się na to żeby kupić sobie normalną żyletkę. Siedzę sobie z tym winem i zastanawiam się w jakim jestem stanie. Wiem na pewno, że to nie jest tryb „remisja”, bo niedawno ją przeżyłam i to jest najpiękniejsze co może być. Nawet hipomania nie jest tak piękna jak kochana remisja. Ale wracając – nie wiem co to jest – czy początek depresji czy może początek manii? Pewnie to znasz. Może to jest ten stan mieszany. Wiem, że dzisiaj nie wezmę leków, bo przecież mam całą butelkę wina do wychlania. I przypomina mi się ten pierwszy raz, gdy się tak masakrycznie pocięłam, gdy urwał mi się film i dzwoniłam do rodziców o 3 w nocy. Pamiętasz? Mam nadzieję, że ten wieczór tak się nie skończy. Boję się tego L4, wiesz? Cholernie się boję, że nie spełnię swoich oczekiwań, że się rozwalę kompletnie.
Tak, wiem. To Twój blog. Pewnie złoszczą Cię moje wynurzenia tutaj. We mnie pewnie pojawiłaby się złość… W końcu mam swojego bloga na takie wynurzenia. Ale piszę to wszystko żebyś wiedziała, że na mnie zawsze możesz liczyć – napisać, zadzwonić, choćby pomilczeć. Bo ja wiem, Chadowa, ja wiem i rozumiem.

Tego dnia się pocięłam. Nie dałam rady. A ponad rok tego nie robiłam.
Następnego dnia byłam u mojej doktorki i zachowywałam się jak wariatka. To znaczy, do takiego wniosku doszłam w połowie wizyty i zrobiło mi się głupio. Wszystko mi leciało z rąk, zaczynałam po piętnaście wątków i nie kończyłam, miałam luki w pamięci, a na koniec jeszcze zapomniałam jej zapłacić. No wariatka.

Jutro jadę do Łagiewnik z przyjacielem. W sensie on jedzie do Krakowa, a ja do św. Faustyny. To moje ulubione miejsce na ziemi - ta kaplica, w którym jest zawieszony obraz Jezusa Miłosiernego. Może uda mi się wyciszyć.

Bo mówię Wam, masakra jakaś. Mam wrażenie co chwilę, że ktoś za mną łazi. Dzisiaj zamknęłam drzwi mieszkania nie jak zwykle - po prostu na zamek, ale zamknęłam jeszcze kluczem tak, aby nikt nie mógł wejść nawet jeśli ma klucz (mieszkanie mam wynajmowane, więc jedna sąsiadka ma do niego klucz).
Prawie by mnie dzisiaj auto przejechało, bo jestem tak roztargniona, że spojrzałam tylko w prawo i weszłam na jezdnię.

Palę papierosa za papierosem.

Lekarka powiedziała, że jak się będzie pogarszać to mam dzwonić. Pogarsza się. Jeżeli jutro nie zdołam się ogarnąć u Faustyny to do niej zadzwonię.

Dajcie znać jak żyjecie, jestem ciekawa.
Jestem też ciekawa czy mam tu jakichś stałych czytelników, którzy starają się czytać każdą notkę. Jeśli tam jesteś Ktosiu to się pochwal. Dobrze jest wiedzieć kto mi towarzyszy w życiu.
I tak jestem zaskoczona, że mam tak dużo polubień strony na fb. W końcu piszę tu po prostu swoje wynurzenia, swoje życie. Czemu Was to ciekawi? Dlaczego to czytasz, Czytelniku?

Usłysz mnie!

Znam ten utwór od lat, ale dzisiaj po raz pierwszy wzbudził we mnie takie emocje. Yiruma i jego River flows in you. Polecam posłuchać!



W akompaniamencie Yirumy chcę wykrzyczeć mój żal, moją frustrację i złość.
Uwodzicielu... Moje uczucia względem Ciebie są tak dziecięco szczere i gwałtowne. Uwielbiam z Tobą rozmawiać, przytulać się do Ciebie, kochać się z Tobą. Usłysz jak bardzo blisko chcę z Tobą być. Chciej i Ty być przy mnie, chciej mi ufać, ufaj...
Dlaczego jesteś podejrzliwy i zazdrosny? Dlaczego nie powiesz jasno co Ci nie odpowiada tylko chodzisz okrężną drogą milczenia? Dlaczego grozisz rozstaniem? Dlaczego manipulujesz mną? Wiesz, że nie mogę się na to godzić! Nie pozwolę nikomu, aby mną manipulował, aby manipulował moim lękiem przed odrzuceniem.
Uwodzicielu, to był ostatni raz kiedy pozwoliłam Ci na takie zachowanie względem mnie. Kocham Cię. Ale nie będę pozwalała, aby Twoje niskie poczucie własnej wartości wpływało na mnie, budząc we mnie tak wiele frustracji, żalu i złości. Nie potrafię sobie z tym radzić, a muszę szanować siebie i swoje zdrowie.
Nasza relacja powoli dobiega końca, oboje o tym wiemy.
Jeszcze trochę to potrwa, ale niedługo. Dobrze będzie rozstać się w przyjaźni.


Zagoniona w kąt
Twoim milczeniem
Krzyczę: Usłysz!
Bez słów.

Z sercem przepełnionym lękiem
Nasłuchuję twoich kroków
Szepczę: nie opuszczaj mnie
Ale ty nie słyszysz.

Bo zatonąłeś

w milczeniu

Konflikt

Lubię to uczucie po alproxie, gdy świat wydaje się piękny, a wszystkie zmartwienia wydają się błahe.
Wzięłam dzisiaj 0,5mg, bo wróciłam z pracy roztrzęsiona. Ostatnio tak mam. Dlaczego?
Otóż mam konflikt w pracy z dwiema osobami. Właściwie to z jedną, a druga robi to, co pierwsza chyba ze względu na słabość charakteru. No cóż, bywa. Wow! Powiedziałam "no cóż, bywa"! Jeszcze dwie godziny temu to był problem rangi 10/10.
Co pół tabletki potrafi zrobić z człowiekiem.
Już wyjaśniam o co chodzi.



Dwie sprzątaczki, z którymi przez ostatni rok miałam raczej dobry kontakt, były takimi najlepszymi znajomymi z pracy, nie odzywają się do mnie. Ignorują mnie, dają mi wyraźnie do zrozumienia, że mną gardzą. Tak naprawdę nie wiem dlaczego. Od kolegi dowiedziałam się, że one wiedzą, że Uwodziciel był ze mną w Krakowie. Ha! Dosyć mocno posunięta plotka. Tak, w każdej plotce jest ziarnko prawdy i nie mam im za złe, że "przestały mnie lubić", ale ich zachowanie jest zwyczajnie wredne i dziecinne. W dodatku nie wiem czy naprawdę o to im chodzi. Równie dobrze może chodzić o to, że pewnego razu minęłam jedną z nich bez słowa, bo od tego momentu przestały się do mnie odzywać. Nie wiem o co im chodzi, nie chcę tworzyć własnych historii, ale zachowują się bardzo nieprzyjemnie w stosunku do mnie. Nie będę tu podawać przykładów, bo szkoda pisać nawet, ale przez to w pracy jestem zalękniona i zestresowana.
Terapeutka tydzień temu podała mi dwie możliwości podejścia do tej sytuacji - albo próba konfrontacji albo ignorowanie tego zachowania. Stwierdziła, że zwykle w moim życiu (a właściwie to zawsze) wybieram pierwszą opcję nie dając w ten sposób wolności drugiemu człowiekowi. Postanowiłam wobec tego nie iść na łatwiznę (czyt. próby konfrontacji i tłumaczenia się z rozpaczliwym przekazem "polub mnie! polub!") i zostawić sytuację samą sobie. Staram się zmierzyć z tym, że ktoś ma do mnie jakiś problem, ma do tego prawo, a ja wcale nie muszę się tym przejmować. Terapeutka powiedziała mi, że powinnam do tego podejść zadaniowo, jako doświadczenie, które może mi pomóc w przyszłości zmierzyć się z podobnymi sytuacjami.
Najważniejsze jest to, aby pamiętać, że "mają coś do mnie" jedynie dwie osoby, a nie cała firma. "Lubię" takie rzeczy uogólniać. Sytuacja ze sprzątaczkami zmusza mnie do wyjścia ze swojej strefy komfortu i do nawiązywania nowych znajomości. Z zaskoczeniem zorientowałam się, że poza nimi dwiema są też inne osoby, z którymi mogę wyjść na papierosa i pogadać o pierdołach. Ludzie traktują mnie z sympatią. Przyznaję, że jest dla mnie stresującym rozmowa z nowymi osobami. Ale dam radę. Mam tę moc!
Zobaczymy jak to się dalej potoczy. Teraz, na alproxie i po terapii sprawa wydaje się mniej poważna, ale kiedy wytrzeźwieję z uspokajacza i będę zmuszona iść do pracy i znowu się z nimi zmierzyć - pewnie znowu będzie trudno. Jednak może z każdym dniem łatwiej? W końcu nie one jedne istnieją w budynku, w którym pracuję.
Uprzedzam, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to, o czym plotkują po części jest prawdą. I jak chcą to niech sobie mnie tak traktują-nie wnikam w to czy mają do tego prawo czy nie.
Piszę tu o tym, że to ja muszę sobie z tym poradzić i moim problemem jest to, że w ten sposób na to reaguję.

Wypompowana

Nie mam siły na nic.
Czuję się jakby ktoś ze mnie wypompował całą energię.
O, przepraszam. Od dwóch godzin czuję się odrobinę lepiej i tylko dlatego udało mi się zmusić do tego, aby cokolwiek napisać.



Całymi dniami śpię, w nocy chodzę do pracy. Jak mam dwa dni wolnego to dwa dni śpię. I dwie noce. Nie mam siły się myć. Nie mam siły - fizycznie. Robi mi się słabo, gdy tylko podejmę jakiś większy wysiłek. Co wieczór mam stany podgorączkowe. Sen nie daje wypoczynku.
A przecież w życiu wszystko idzie dobrze, wszystko się układa. A ja nie mam siły na nic.

Ja już nie chcę..!

W niedzielę, po spotkaniu z Uwodzicielem, dopadł mnie pierwszy od jakiegoś czasu stan depresyjny. Kilkugodzinny atak.
Znowu czułam ten przeszywający ból, ten bezsens, brak nadziei, poczucie bezwartościowości, wszechogarniającą obojętność połączoną z irracjonalnymi lękami.
Nie mogłam spać, miałam mdłości.

depresja

Na szczęście następnego dnia miałam wizytę u pani psychiatry.
Opowiedziałam jej w skrócie o ostatnich dwóch tygodniach, o tym jak się czułam, o swoich radościach, o energii, ale też o lękach, drażliwości i agresji.
Przyznałam się również do strachu - strachu przed kolejną depresją.
Pani doktor, ja już nie chcę tego znowu przeżywać, ja nie chcę, boję się, ostatnio było tak strasznie, ja już nie chcę... - prosiłam jak dziecko. Myślę, że moje oczy były tak samo żałosne w tym momencie jak moje błagania.
Uspokoiła mnie mówiąc, że właśnie dlatego tak szybko zwiększa mi dawki leków, aby spróbować stłumić tę depresję w zarodku. Uchwyciłam się tej myśli jak tonący pierwszej lepszej rzeczy - może nie będzie tak strasznie!
Od dzisiaj zaczynam nowe dawkowanie. Pani doktor zapowiedziała, że prawdopodobnie przez pewien (bliżej nieokreślony) czas będę przede wszystkim spała.
I tak do końca miesiąca nie pracuję, więc mnie to nie boli.
Zresztą... chętnie zrobię sobie przerwę od życia. Szczególnie teraz, gdy naprawdę nie wiem co się dzieje wokół mnie. Najpierw jakieś lęki irracjonalne, potem deprecha, potem energia nie wiadomo skąd, teraz za to drażliwość i skołowanie, nieumiejętność zebrania myśli... I znowu deprecha... Pomieszanie z poplątaniem.
Proszę państwa, dziękuję bardzo - ja na chwilę wysiadam, biorę wolne od życia.
Będę w łóżku.
W razie pożaru przenieść w bezpieczne miejsce.

Załamanie

Nie mam siły na nic.
Psychicznie i fizycznie.
Płakałam. Wczoraj i dziś.
Wczoraj miałam jakieś załamanie. Nie wiem skąd. Coś we mnie pękło.
Nawet nie mam siły pisać.
Wczoraj mogłam się zabić. Nie wiem. Brat. Nie potrafię po prostu znieść tego gościa. Jego prowokacyjnego zachowania. I tej bezsilności wobec niego. I tego, że ja nie chcę kłótni i staram się żeby ich nie było. I nie mam głosu. 

Nie potrafię, nie mam, nie wiem.
Uwodziciel mi chyba wczoraj uratował życie. Nie wie o tym. Chciałam wziąć więcej tabletek, nie żeby się zabić (nie byłam pewna) tylko żeby zniknąć na trochę. Chciałam do niego zadzwonić i życzyć dobrej nocy, a on niespodziewanie zaczął więcej gadać. I przegadaliśmy dwie godziny, było mi lepiej. Potem przed północą, jak wrócili brat z tatą to znowu do niego zadzwoniłam żeby ich nie słuchać. Gadaliśmy do pierwszej aż tamci zasnęli. Rano tata zajrzał do pokoju sprawdzić czy żyje. Nie wiem czy rzeczywiście chciał to sprawdzić czy nie, ale jeśli tak to moją przytomność zawdzięcza Uwodzicielowi. Obudziłam się w południe. Nie potrafiłam nic. Wszystko za trudne, za ciężkie, nie dam rady wstać z łóżka. Nie dam rady. Ale trzeba, nie mogę się poddać, bo szesnastego spotkanie dłuższe z Uwodzicielem. Potem mogę iść do szpitala. Ale nie wcześniej. Jeszcze tylko to spotkanie, to jedno.
Tak jakby zamykały mi się kolejne drogi. Co z pracą? Co z moim życiem jak będę bez niej? Ale jak się nie ogarnę to nie będzie żadnego  życia. A jeśli w szpitalu mnie postawią na nogi (o ile) to wtedy może nie będzie tak ciężko ogarnąć pracy. Jejku. Nie wiem, nie wiem...


depresja rozpacz lęki



To mój wpis z dziennika, który napisałam kilka godzin temu. Byłam totalnie bez sił, nie potrafiłam nawet sklecić zdania. 
Teraz jest trochę lepiej, jak co wieczór.
Wczoraj rano miałam sesję z terapeutką, na której dowiedziałam się, że w tym i przyszłym miesiącu mogę mieć jedynie dwa refundowane spotkania, a w przyszłym roku nie wiadomo jak będzie.
Na tej sesji zapadły mi w pamięć jej słowa, że jeśli w dalszym ciągu będę pozwalała na ten ogromny dysonans jaki jest pomiędzy tym co czuję, a tym co okazuje na zewnątrz to będzie tylko gorzej.
Może stąd to moje wczorajsze załamanie?
Codziennie słyszę jak pijany tata mówi o mnie o moim bracie, że jesteśmy dorośli i jak nam się nie podoba to wypad. Dzień w dzień. Ignorowałam to, udawałam, że nie słyszę... ale bardzo starałam się nie podpaść. Sprzątałam w mieszkaniu i pilnowałam żeby codziennie był obiad. Wiedziałam, że gdyby to nie było zrobione to mój brat mógłby wylecieć z mieszkania. Chciałam go przed tym uchronić. Ale on nic, siedział i grał na kompie. Miał to w dupie. I tylko prowokował, dogadywał... I wczoraj też to zrobił. Powiedziałam mu, że mógłby z siebie wykrzesać choćby trochę bezinteresowności. Powiedział, że chyba mnie pojebało i on nigdy nie będzie bezinteresowny. Kolejna kropla do czary goryczy.
Poszłam do pokoju i słyszałam jak tata się nakręca znowu na "jak wam się nie podoba to wypierdalać" i "macie się dogadać między sobą". Moja frustracja rosła. Z nim się nie da dogadać, można tylko robić za niego. I co ja mam zrobić? Frustracja, agresja, lęk, poczucie krzywdy, zagubienie... Miałam ochotę iść tam do nich i się na nich rzucić z łapami, ale zwyczajnie bałam się, że mogę brata przez przypadek zabić, tyle było we mnie agresji, i zaczęłam płakać. Poszłam do mamy (też pijanej) i przytuliłam się do niej. Miałam potężne myśli samobójcze. Nie widziałam wyjścia z tego wszystkiego.
W końcu oni wyszli pić na dworze. Po godzinie wyszłam po papierosy i spotkałam ich nawalonych w sklepie. Tata spojrzał na mnie z pijackim zadowoleniem, nasze oczy się spotkały - z moich zionęła pustka, jestem tego pewna. Przecież bardzo poważnie rozważałam wtedy samobójstwo. Wzięłam gorącą kąpiel i chciałam wziąć więcej tabletek. Nie zabiłabym się na pewno, nie mam ich na tyle... Chciałam się wyłączyć kompletnie. Zadzwoniłam jeszcze do Uwodziciela żeby życzyć mu dobrej nocy i, tak jak pisałam w dzienniku, przegadaliśmy pół nocy. 
Kiedy wstałam byłam tak bardzo bez sił. Tak bardzo.
Ale chyba udało mi się ogarnąć.
Trzeba się wziąć w garść. Jeśli za dwa tygodnie dalej będzie beznadziejnie to idę do szpitala. Stracę pracę w ochronie. Będzie kurwa gówno. Ale może to coś da? A może za dwa tygodnie już będzie lepiej? Zacznie się górka? Przecież ten stan nie może trwać bez końca, zawsze się kończy.

Stany lękowe i depresyjne

depresja stany lękowe

Jakby nie patrzeć u mnie niezbyt dobrze.

Nie mam siły. Nie wiem czy to kwestia tego, że od miesiąca jestem przeziębiona czy może tego, że w mojej głowie pojawiają się trudne stany. Nie zdziwiłabym się gdyby choroba fizyczna wpływała na głowę i na odwrót. Wiecie, jak fizyczna zmęczy się kopaniem dołu to przekazuje łopatę psychicznej i w ten oto sposób dół pogłębia się bez przerwy.
Do życia potrafię się zmotywować dopiero koło 13. Wcześniej nie mam zwyczajnie siły, aby wstać, czymś się zająć. Kręci mi się w głowie, cierpnie mi twarz i mam mdłości. Włosy mi wypadają, a paznokcie mam tak słabe jak jeszcze nigdy. Zwykłe pisanie na klawiaturze może je uszkodzić. Jestem drażliwa, ale raczej nie kieruję żadnej agresji względem innych - obwiniam siebie, zamykam to w sobie. Nie wiem od kiedy, ale zauważyłam, że nie mam żadnych dobrych myśli. Dobrych, czyli takich, które budzą nadzieję lub motywują do życia, działania.
Dominują raczej stany depresyjne, pustka, trudność koncentracji, brak nadziei. Jednak jest też sporo lęku, a przedwczoraj to przeszedł sam siebie. 
Godzinę po przebudzeniu zapukał do mnie lęk i nie pytał czy może wejść. Po prostu wszedł i zrujnował mi dzień. 
Na początku skoncentrował moją uwagę na telefonie i wiadomościach, które przychodziły. Z lękiem podchodziłam do każdej wiadomości, która do mnie przychodziła. Czułam się jakby każdy rozmówca - telefoniczny, smsowy, mailowy czy massengerowy - mógł mieć do mnie uzasadnione pretensje o to, że nie jestem taka jak powinnam, bądź nie zachowałam się tak jak należało. Dotyczyło to przełożonej w mojej pracy w Krakowie, ale to obiektywnie stresująca rozmowa, bo odeszłam stamtąd bez słowa. Nie można jednak stresującą nazwać rozmowy z najlepszą przyjaciółką, na której wiadomości mój organizm i głowa reagowały z podobnym lękiem. Miałam poczucie winy, że nie jestem dla niej tak dobra jak powinnam, że ją zawiodłam i że ona właśnie się zorientowała jak bardzo ją wykorzystuję. Oczywiście staram się ją wspierać jak mogę (ma ciężką sytuację), ale mam poczucie, że robię o wiele za mało. W końcu zadzwoniłam do pewnej koleżanki z prośbą żeby do mnie przyjechała, bo oszaleje. To było przed południem, a spotkałyśmy się dopiero koło 19. Wcześniej wyżej wspomniana przyjaciółka skończyła pracę, więc do niej zadzwoniłam. W pewnym momencie rozmowy ona się rozpłakała i ogromnie podziękowała mi za to, że jestem przy niej, wyraziła wdzięczność i powiedziała, że nie wie co by beze mnie zrobiła. To było tak sprzeczne z tym, co sama o moim wspieraniu jej sądziłam, że nie wiedziałam co powiedzieć. Nie pierwszy raz mi dziękowała, ale zawsze to jakoś obracałam w żart lub w komplement w jej stronę, ale tego dnia nie potrafiłam. Zwierzyłam jej się z tego, że tak bardzo kilka godzin wcześniej obawiałam się jej wiadomości. Oczywiście opowiadałam jej o tym z wyrzutami sumienia, bo nie chciałam, czułam, że nie powinnam jej obciążać dodatkowo swoimi problemami (niezmiennymi cholera od dawna, więc po co o tym mówić?). Ona jednak nie miała nic przeciwko i wysłuchała mnie cierpliwie.
Wzięłam chlorprothixen, który mnie trochę ogarnął - dzięki temu byłam w stanie zapisać się do psychiatry na przyszły tydzień (to lekarka, do której będę szła pierwszy raz).
Potem lęki/nerwy wróciły razem ze sporą sennością, porządnym bólem głowy i kłopotliwymi mdłościami. Położyłam się na godzinę, a gdy wstałam tata już był w mieszkaniu i, jakżeby inaczej!, miałam wrażenie, że coś do mnie ma. Objawy somatyczne nie ustąpiły.
Po spotkaniu z koleżanką czułam niesmak. Rozmawiało nam się dobrze, spędziłyśmy ze sobą dwie godziny... Ale ja czułam, że jestem niewystarczająca. Pewnie nie było tego widać, ale cały czas byłam ociężała, spowolniona i miałam dziury w pamięci. 
Kiedy położyłam się do łóżka to, jak co wieczór, bałam się zasnąć. Na tym polega moja bezsenność. Boję się zasnąć, bo nie chcę po raz kolejny przeżywać momentu przebudzenia, gdy jestem półświadoma i właściwie świat jest dobry. Po kilkunastu sekundach świadomość wraca i z siłą torpedy wracają lęki i beznadzieja. One najbardziej bolą rano, w ciągu dnia zwykle się do nich przyzwyczajam i nie wydają się tak silne. Boję się przebudzenia.

Chciałabym uciec na chwilę ze świata, do którego wydaje mi się, że jestem przyczepiona. Świat się toczy swoim torem, a ja nie mam siły reagować na bodźce. Kiedy patrzę na chlorprothixen to kusi mnie żeby wziąć trochę więcej - po to aby na kilka godzin wziąć wolne od życia. Codziennie też mam myśli, aby się pociąć. Na szczęście nie robiłam tego na tyle długo, że widzę bezsens takiego zachowania. Hmm... właściwie jak to piszę to ten bezsens wydaje mi się bezsensowny. Już tłumaczę: tnąc się dodaję sobie bólu (to pierwszy bezsens), ale właściwie to właśnie o to chodzi - dodaję sobie bólu fizycznego, dzięki któremu nie skupiam się tak na psychicznym (obalenie pierwszego bezsensu). Niezależnie czy to nie ma sensu czy ma jest jeszcze Uwodziciel, który zapewne by się zmartwił nowymi bliznami i jeszcze mógłby mnie zostawić. A tego nie chcę, bo dodałoby to bólu psychicznego (wtedy obalenie pierwszego bezsensu byłoby bezsensowne).




Powinnam - czyli telefoniczne relacje międzyludzkie

Od wczoraj czuję się kiepsko. Nie wiem czy to przez depresję, przez antydepresanty czy może przez zbliżający się okres. Który chyba dostałam..? Może ten znak zapytania jest tutaj nie na miejscu, a słówko „chyba” zdaje się być mylące, ale jest jedna rzecz, która bardzo mnie dziwi. Nie boli mnie brzuch. Od ponad dwóch lat bardzo ciężko przechodziłam dwa pierwsze dni miesiączki. Do tego stopnia, że pomagał jedynie ketonal i nierzadko wolne w pracy.

A teraz nic mnie nie boli.

Jednym ze skutków ubocznych moich leków jest krwawienie, ale termin mi się zgadza. Hmm… Jeżeli antydepresanty będą działały na moje bóle miesiączkowe to mogę je brać całe życie, nie mam nic przeciwko ;)

Zastanawia mnie jednak jeszcze jedno… a może mój ból miesiączkowy siedział w głowie? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale może..?

***

Napisałam dzisiaj do siostry smsa sugerującego potrzebę kontaktu. Wie o depresji, napisałam jej, że źle się czuję, że nie wiem czy to przez leki czy nie i że nie mam ochoty z nikim gadać. A ponieważ ta niechęć jest bardzo silna to pomyślałam, że powinnam się do kogoś odezwać i pogadać, choćby smsowo. Nie odpisała, nie zadzwoniła. Nie wiem czy zignorowała smsa czy może zapomniała telefon z pracy (to do niej podobne), ale jest mi trochę przykro z tego powodu.


Jutro zwiększam dawkę leku. Lekarz przepisał mi Oroes 10mg 30 tabl. i doraźnie Alprox 0,5mg tabl.

Oroesu przez pierwszy tydzień miałam brać 5mg rano, a potem zwiększyć dawkę do jednej tabletki czyli 10mg. No i jutro nadchodzi ten dzień zwiększenia dawki.

Dotychczas nie odczułam jakichś silnych skutków ubocznych. No może suchość w ustach, dużo więcej piję ostatnio wody, i drżenie mięśni.

Wczoraj nie wytrzymałam i wzięłam też Alprox. Od rana miałam koszmarny humor, zdarzyło się kołatanie serca, totalne zniechęcenie (naprawdę umycie kilku kubków było dla mnie nie lada wyzwaniem) i mocne napięcie mięśni. Przyznam, że nie bardzo mi pomógł. Może zrobiłam się troszkę senna… ale żeby spokojniejsza? Nie bardzo.

Mój plan na jutro to wyłączyć telefon. I być może zostawić go wyłączonym aż do niedzielnego popołudnia. Nie chcę myśleć o tym do kogo powinnam zadzwonić, do kogo powinnam napisać itp., telefon mnie mocno przytłacza. Prawdę mówiąc nie umiem sobie tego wyobrazić. Mam wrażenie, że wyłączony telefon jeszcze bardziej mnie zestresuje i wpędzi w poczucie winy, w poczucie robienia krzywdy innym. Ale spróbuję. Chcę się uwolnić od telefonu. Uprzedziłam już większość najważniejszych osób, została jeszcze przyjaciółka. Gdybym im wszystkim nie powiedziała, że chcę wyłączyć telefon to na pewno nie byłabym w stanie tego zrobić. Nie zniosłabym myśli, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować i nie wie co się dzieje.

© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X