Moja twórczość

Obrazy na sprzedaż

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty

Wypompowana

Nie mam siły na nic.
Czuję się jakby ktoś ze mnie wypompował całą energię.
O, przepraszam. Od dwóch godzin czuję się odrobinę lepiej i tylko dlatego udało mi się zmusić do tego, aby cokolwiek napisać.



Całymi dniami śpię, w nocy chodzę do pracy. Jak mam dwa dni wolnego to dwa dni śpię. I dwie noce. Nie mam siły się myć. Nie mam siły - fizycznie. Robi mi się słabo, gdy tylko podejmę jakiś większy wysiłek. Co wieczór mam stany podgorączkowe. Sen nie daje wypoczynku.
A przecież w życiu wszystko idzie dobrze, wszystko się układa. A ja nie mam siły na nic.

Nie dam rady!

Są tacy ludzie, których znosisz wokół siebie tylko dlatego, że nie masz innego wyjścia. Może to być koleżanka z pracy, sąsiadka, współlokatorka... Uczepi się taka i nie chce się odczepić, nie rozumie słowa "nie" i zupełnie nic nie robi z sygnałów jasno mówiących "nie lubię cię! Odejdź!". Pomimo tego, że raczej całkiem nieźle radzę sobie z takimi osobami, to jest jedna, wobec której jestem bezsilna - ma na imię Depresja.



Przychodzi i rozsiada się w fotelu, nalegając, aby zrobić jej herbaty. Mówię jej: wyjdź! i staram się traktować ją jak powietrze, ale ona nic sobie z tego nie robi! Wstaje, robi sobie sama tej pieprzonej herbaty i zachowuje jakby była u siebie. Niech ją szlag! Przecież zaraz mają przyjść goście, których chcę przyjąć. Znają się z Depresją, bo już nie raz spotykaliśmy się, gdy ona się wprosiła, ale jednak spotkanie bez niej jest dużo fajniejsze. Ona potrafi naprawdę popsuć atmosferę. Ja coś opowiadam z zapałem, a ona nagle zaczyna melancholijnie milczeć. Albo świetnie się bawię, a ona mi mówi, że powinnam coś zrobić, bo mam bardzo smutne oczy. "Zobacz jakie są smutne" - powtarza - "zobacz jak cierpisz". Najgorzej jest jak zbieram się do pracy, a ona, bezczelna, zbiera się ze mną! Rozumiesz!? Wlecze się za mną do roboty! Zwykle nikogo o to nie podejrzewam, ale mam czasem wrażenie, że ona celowo psuje mi humor. Idę do tej pracy, a ona zaczyna swoją gadkę o tym, że nie chce jej się tam tyle czasu siedzieć, że to tyle godzin, że nie wiadomo co się stanie. "Patrz na tego gościa" - zmienia na chwilę temat - "czy mi się wydaje, czy patrzy na ciebie z politowaniem?". Mówi to z tak autentyczną troską, że trochę mi głupio, że podejrzewałam ją o niecne zamiary. Ten gość rzeczywiście tak na mnie patrzy. I tamta kobieta też. Gdyby nie Depresja to bym tego nie zauważyła, dobrze, że była przy mnie. Nagle przypominam sobie, że siostra też tak na mnie patrzyła ostatnio. I przyjaciółka. Pewnie męczę ich tak, jak mnie męczy Depresja, mają mnie dosyć.
Chcę do łóżka.
Poważnie.


Załamanie

Nie mam siły na nic.
Psychicznie i fizycznie.
Płakałam. Wczoraj i dziś.
Wczoraj miałam jakieś załamanie. Nie wiem skąd. Coś we mnie pękło.
Nawet nie mam siły pisać.
Wczoraj mogłam się zabić. Nie wiem. Brat. Nie potrafię po prostu znieść tego gościa. Jego prowokacyjnego zachowania. I tej bezsilności wobec niego. I tego, że ja nie chcę kłótni i staram się żeby ich nie było. I nie mam głosu. 

Nie potrafię, nie mam, nie wiem.
Uwodziciel mi chyba wczoraj uratował życie. Nie wie o tym. Chciałam wziąć więcej tabletek, nie żeby się zabić (nie byłam pewna) tylko żeby zniknąć na trochę. Chciałam do niego zadzwonić i życzyć dobrej nocy, a on niespodziewanie zaczął więcej gadać. I przegadaliśmy dwie godziny, było mi lepiej. Potem przed północą, jak wrócili brat z tatą to znowu do niego zadzwoniłam żeby ich nie słuchać. Gadaliśmy do pierwszej aż tamci zasnęli. Rano tata zajrzał do pokoju sprawdzić czy żyje. Nie wiem czy rzeczywiście chciał to sprawdzić czy nie, ale jeśli tak to moją przytomność zawdzięcza Uwodzicielowi. Obudziłam się w południe. Nie potrafiłam nic. Wszystko za trudne, za ciężkie, nie dam rady wstać z łóżka. Nie dam rady. Ale trzeba, nie mogę się poddać, bo szesnastego spotkanie dłuższe z Uwodzicielem. Potem mogę iść do szpitala. Ale nie wcześniej. Jeszcze tylko to spotkanie, to jedno.
Tak jakby zamykały mi się kolejne drogi. Co z pracą? Co z moim życiem jak będę bez niej? Ale jak się nie ogarnę to nie będzie żadnego  życia. A jeśli w szpitalu mnie postawią na nogi (o ile) to wtedy może nie będzie tak ciężko ogarnąć pracy. Jejku. Nie wiem, nie wiem...


depresja rozpacz lęki



To mój wpis z dziennika, który napisałam kilka godzin temu. Byłam totalnie bez sił, nie potrafiłam nawet sklecić zdania. 
Teraz jest trochę lepiej, jak co wieczór.
Wczoraj rano miałam sesję z terapeutką, na której dowiedziałam się, że w tym i przyszłym miesiącu mogę mieć jedynie dwa refundowane spotkania, a w przyszłym roku nie wiadomo jak będzie.
Na tej sesji zapadły mi w pamięć jej słowa, że jeśli w dalszym ciągu będę pozwalała na ten ogromny dysonans jaki jest pomiędzy tym co czuję, a tym co okazuje na zewnątrz to będzie tylko gorzej.
Może stąd to moje wczorajsze załamanie?
Codziennie słyszę jak pijany tata mówi o mnie o moim bracie, że jesteśmy dorośli i jak nam się nie podoba to wypad. Dzień w dzień. Ignorowałam to, udawałam, że nie słyszę... ale bardzo starałam się nie podpaść. Sprzątałam w mieszkaniu i pilnowałam żeby codziennie był obiad. Wiedziałam, że gdyby to nie było zrobione to mój brat mógłby wylecieć z mieszkania. Chciałam go przed tym uchronić. Ale on nic, siedział i grał na kompie. Miał to w dupie. I tylko prowokował, dogadywał... I wczoraj też to zrobił. Powiedziałam mu, że mógłby z siebie wykrzesać choćby trochę bezinteresowności. Powiedział, że chyba mnie pojebało i on nigdy nie będzie bezinteresowny. Kolejna kropla do czary goryczy.
Poszłam do pokoju i słyszałam jak tata się nakręca znowu na "jak wam się nie podoba to wypierdalać" i "macie się dogadać między sobą". Moja frustracja rosła. Z nim się nie da dogadać, można tylko robić za niego. I co ja mam zrobić? Frustracja, agresja, lęk, poczucie krzywdy, zagubienie... Miałam ochotę iść tam do nich i się na nich rzucić z łapami, ale zwyczajnie bałam się, że mogę brata przez przypadek zabić, tyle było we mnie agresji, i zaczęłam płakać. Poszłam do mamy (też pijanej) i przytuliłam się do niej. Miałam potężne myśli samobójcze. Nie widziałam wyjścia z tego wszystkiego.
W końcu oni wyszli pić na dworze. Po godzinie wyszłam po papierosy i spotkałam ich nawalonych w sklepie. Tata spojrzał na mnie z pijackim zadowoleniem, nasze oczy się spotkały - z moich zionęła pustka, jestem tego pewna. Przecież bardzo poważnie rozważałam wtedy samobójstwo. Wzięłam gorącą kąpiel i chciałam wziąć więcej tabletek. Nie zabiłabym się na pewno, nie mam ich na tyle... Chciałam się wyłączyć kompletnie. Zadzwoniłam jeszcze do Uwodziciela żeby życzyć mu dobrej nocy i, tak jak pisałam w dzienniku, przegadaliśmy pół nocy. 
Kiedy wstałam byłam tak bardzo bez sił. Tak bardzo.
Ale chyba udało mi się ogarnąć.
Trzeba się wziąć w garść. Jeśli za dwa tygodnie dalej będzie beznadziejnie to idę do szpitala. Stracę pracę w ochronie. Będzie kurwa gówno. Ale może to coś da? A może za dwa tygodnie już będzie lepiej? Zacznie się górka? Przecież ten stan nie może trwać bez końca, zawsze się kończy.

Lęk

Ostatnio nachodzą mnie myśli dotyczące życia - jego sensu, sposobu funkcjonowania świata i mojego życia w nim, podjętych decyzji...

Zastanawiałam się wczoraj czy nie skomplikowałam sobie niepotrzebnie życia chcąc odnaleźć swoją drogę w świecie. Dużo łatwiej byłoby po prostu robić to, co robią inni lub do czego mnie nakłaniają. Nie zastanawiać się, nie myśleć, nie zadawać pytań, nie rozumieć. Po prostu żyć.
Czy byłoby łatwiej tak po prostu płynąć z prądem? Czy nie byłoby tak, że po pewnym czasie te pytania by wróciły i żałowałabym zmarnowanego czasu?
Ale moje myślenie o przyszłości niewiele przynosi dobrego - jedynie większy stres, strach i wątpliwości. Przyszłość wymaga podejmowania decyzji, a ja nie potrafię, nie chcę tego dzisiaj zrobić, nie jestem gotowa. Dlatego nie widzę przyszłości, nie wiem jak wygląda, nie potrafię jej sobie wyobrazić. Kiedy wybiegam myślami w przyszłość od razu włącza mi się mechanizm "musisz coś zdecydować!". Mówi mi o tym, że powinnam podjąć decyzję jak chcę żyć. Kiedy wyobrażam sobie życie we wspólnocie, z Bogiem, według zasad i wartości wiary - nie podoba mi się ta wizja. Kiedy wyobrażam sobie, że porzucam te wartości, zasady, przestaję chodzić do kościoła, utożsamiać się z Kościołem - też mi się nie podoba. Kiedy wyobrażam sobie, że jestem trochę taka, a trochę taka... To mi najbardziej podchodzi. Tak jest teraz. Ale mam ludzi wokół siebie, którzy mówią, że nie można żyć w takim rozkroku... że nie chcą mnie takiej. Nie rozumieją, że na więcej mnie teraz nie stać. Boję się odrzucenia.



Jest mi ciężko w ostatnich dniach. Ukradli mi telefon, miałam grypę i do tego jeszcze te życiowe rozterki, których za nic nie potrafię się pozbyć. W dodatku nie wiadomo czy nie będę musiała przerwać terapii z moją terapeutką, bo kończy się umowa z NFZ i nie wiadomo gdzie ona będzie dalej pracować. Często kręci mi się w głowie, pojawiają się derealizacje. Jest. Mi. Ciężko.

Dzisiaj zwiałam ze spotkania wspólnoty, bo się bałam. Nie potrafiłam po prostu tam zostać. Nie chciałam tam być. Lęk, lęk, lęk.
Staram się codziennie myć, nie unikać rozmów ze współlokatorkami... Ale znowu czuję się nijaka, jak robot.
Jak słyszę pytanie "i co tam dobrego?" to szlag mnie trafia, bo wcale nie mam ochoty mówić o tym, co dobre, gdy dzieje się tyle złego. Tyle cierpienia we mnie, wokół mnie.
Dużo lęku. Wielka niewiadoma przyszłości. Nieumiejętność życia dzisiaj. Brak apetytu. Spodziewanie się samych złych doświadczeń. Lęk przed odrzuceniem. Nienawiązywanie kontaktu wzrokowego z ludźmi. Spowolnione myślenie.
Depresja.

Nic, chcę nie czuć nic

Wczoraj w pracy zaczęłam pisać notkę, ale zrezygnowałam. Nie chciałam znowu pisać, że jest źle. Pomyślałam, że mi przejdzie. Ale nie przeszło. Notka zapisała się jako szkic.

Tak, wiem. Biadolę i biadolę. Ale w życiu realnym nie biadolę, więc chociaż tutaj sobie pozwalam.

Gdyby tak ktoś wymyślił coś takiego żeby nic nie czuć. Żeby być pustym. To by było fajne.

I w tym miejscu postanowiłam, że nic nie piszę.

Zmieniłam zdanie.

Od akcji z cięciem tydzień temu chodzi mi po głowie cały czas jedna piosenka – dlatego, że w czasie, którego nie pamiętam (urwany film) słuchałam jej. Wiąże się z nią kilka lat mojego życia. Czas, w którym się odchudzałam z ruchem pro-ana i pro-mia. Ja byłam głównie w pro-ana. Po nawróceniu do Pana kategorycznie zakazałam sobie jej słuchać, bo wiedziałam, że nie jest do dla mnie dobre. Chodzi o piosenkę O.N.A. – Szpetot, jak ktoś chce to niech sobie posłucha, nie chcę jej wstawiać na bloga.

Dlaczego o tym piszę?

Dzisiaj wróciłam z pracy (po 24h) i zaraz poszłam spać. Obudziłam się po 12, zapaliłam papierosa i chciałam dalej iść spać. Cały czas z myślą, że wspaniale byłoby nic nie czuć, tak zniknąć. Nie chodzi mi o samobójstwo, broń Boże, ale tak po prostu zniknąć, rozpłynąć się, przeczekać to życie. Oczywiście zaraz pojawiła się w głowie ta piosenka, która zaczyna się słowami „nic, chce nie czuć nic”. I naszła mnie taka bardzo silna myśl, aby znowu się odchudzać. Nie chodzi tutaj o to żeby rzeczywiście schudnąć (choć przyznam, że ilość spożywanego przeze mnie jedzenia mnie zatrważa, boję się, że przytyję), ale żeby mieć nad czymś kontrolę. Coś czym mogłabym się zająć, zająć myśli, zająć całą siebie. Równocześnie pozwolić sobie na jakąś formę autodestrukcji. To jest chore. Nie mówiłam mojemu psychiatrze zbyt dużo o tych latach odchudzania, ale dzisiaj myślę, że zdecydowanie muszę położyć nacisk też na ten fragment mojego życia. To cały czas jest we mnie żywe. Jest to jakiś etap w życiu, który porzuciłam, a za którym nadal część mnie tęskni.

Dzisiaj jest ze mną naprawdę źle. Po pierwsze te myśli o odchudzaniu, po drugie poczucie, że rodzice mnie nie chcą w mieszkaniu, że tu przeszkadzam. Minął tydzień, więc już trochę zapomnieli o tym, co się stało. Zapomnieli, że jest źle. Po trzecie myśli o tym, że Bóg mi nie pomaga, że mi przeszkadza i pytanie czy ja w ogóle chcę z Nim być? Chciałabym się po prostu poddać, porzucić wiarę, zacząć się odchudzać, pieprzyć to wszystko i całe to życie, w którym nie mam żadnych celów. Olać wszystkie obowiązki. Może zasłużyć na szpital psychiatryczny i tam się zamknąć żeby nic nie musieć. Przestać walczyć ze sobą.



Pewnie żałośnie to brzmi, wiem o tym. Ale to mam w głowie do jasnej ciasnej :/ Co ja poradzę? Tak myślę no. Temperatura mi skacze jakoś dziwnie, może to z tłumionych emocji? najpierw mam 37.0, po pół godziny 36.6, po kolejnym pół godziny 37.2. Tak, to tylko stan podgorączkowy, przesadzam i w ogóle. Ale takie skoki są strasznie męczące.



Nic.

Bóg, wiara i depresja

„Kiedy raz miałam jedno cierpienie wielkie, uciekłam od obowiązku do Pana Jezusa i prosiłam, aby mi udzielił swej mocy. Po króciutkiej modlitwie wróciłam do obowiązku, pełna zapału i radości. Wtem mi mówi jedna z sióstr, że: Pewno siostra dziś ma wiele pociech, bo taka siostra jest rozpromieniona. Bóg pewno siostrze nie daje żadnego cierpienia – tylko same pociechy. – odpowiedziałam: Myli się siostra bardzo, bo właśnie wtenczas, kiedy wiele cierpię, to i radość moja większa, a kiedy mniej cierpię, to i radość moja mniejsza. Jednak ta dusza dawała mi poznać, że mnie w tym nie rozumie. Starałam się jej to wytłumaczyć: Kiedy cierpimy wiele, to mamy sposobność wielką okazać Bogu, że Go kochamy, a kiedy cierpimy mało, to mamy mało sposobności, by okazać Bogu swą miłość[...]„ Dz. 303



Jeżeli depresja może mnie doprowadzić do większej bliskości z Bogiem.. to ok. Chociaż nie wydaje mi się żeby tak miało być. Depresja oddala od Boga. To walka z depresją może do Niego zbliżyć.

Jak katolik ma przeżyć depresję?


 „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23)

Poddanie się depresji to, paradoksalnie, zrzucenie krzyża z ramion. To uciekanie przed rzeczywistością.

To nie Bóg nakłada mi krzyż na ramiona. Depresja jest wynikiem cierpienia w życiu. A Bóg nie chce mojego cierpienia. On sam, w Ogrójcu, trząsł się, gdy pomyślał o cierpieniu, nie chciał go. Cierpienie wynika z grzechu – moja depresja też. Ludzie krzywdzą siebie nawzajem – ja krzywdzę jednych, inni krzywdzą mnie, bo ktoś inny wcześniej ich skrzywdził, to reakcja łańcuchowa. Moim zadaniem (powołaniem!) jest wziąć ten krzyż (cierpienie) i z pomocą Boga zamienić go w miłość. Powołaniem każdego Chrześcijanina jest świętość, a świętość to wieczna szczęśliwość z Bogiem. Jeśli zrezygnuje z leczenia depresji, jeśli się poddam, to nie osiągnę świętości… tam smutasów nie wpuszczają ;) I znowu, nie chodzi o to, że Bóg nie kocha smutasów, nie chce ich. Rzecz w tym, że godząc się na smutek, odrzuca się Boga. On daje nam codziennie swoją łaskę do tego, abyśmy byli szczęśliwi, daje nam siłę, aby ze smutkiem walczyć, aby wykorzystać cierpienie, aby zamienić je w modlitwę, która jest wyrazem miłości – do Boga, siebie i bliźniego. Jeśli temu zaprzeczamy to codziennie odrzucamy Jego łaskę. A gdy codziennie odrzucamy Jego łaskę to jak możemy przyjąć tę ostateczną – czyli zaproszenie na ucztę pełną szczęśliwości?

Depresja drogą do świętości

Depresję mam przez co najmniej połowę swojego życia. Jednak dopiero niedawno odważyłam się pójść do lekarza i została ona zdiagnozowana. Dlaczego akurat teraz? Od trzech lat jestem osobą wierzącą. Co za tym idzie – staram się żyć w prawdzie. Każdego dnia dowiaduję się o sobie czegoś nowego, staram się poznać siebie taką, jaką mnie Bóg stworzył, czyli piękną. Staram się oddawać Mu wszystko – i radości i smutki. Nie mogę uciekać. Wielu sposobów ucieczki wyrzekłam się stając się uczennicą Chrystusa, dzień po dniu wyrzekałam się kolejnych. Pozostało mi tylko jedna ucieczka – Jezus. To Jemu chcę wylewać swoje żale. To na Niego krzyczę, Jemu narzekam… Ile to już razy powiedziałam z rezygnacją „no, ale Jezu… kurwa! Co jeszcze!?”. Hmm, może nie powinnam tak mówić? Może się obrazi? Nie wiem co na to powiedzieliby księża, ale oni mówią, że z Bogiem trzeba być szczerym. A to jest u mnie właśnie szczerość. I On słucha. I jest. Nikt nie wspiera mnie w mojej depresji bardziej niż On. Kiedy miałam kryzys i czułam się od Boga odrzucona, kiedy się na Niego zamknęłam i chciałam zupełnie zrezygnować ze spowiedzi, później z Mszy św. On jak rycerz na białym koniu zrobił wszystko, aby mnie od tego pomysłu odwieść. Przez Słowo dotknął mojego serca tak gorącym dotykiem miłości, czułości, troskliwości, obecności i pewności, że już wiedziałam, że ani na chwilę mnie nie zostawił i nie obraża się o moje słabości. On wie jak cierpię i wie jak bardzo się staram, aby każdego dnia Go kochać.

Kochani, a jak Wy radzicie sobie z codziennym życiem? Wierzycie w Boga? Macie z Nim relację?



© Sleepwalker | Wioska Szablonów | X | X